Léon Cristiani
Znaki obecnosci szatana we wspolczesnym swiecie
Szatan w Lourdes
MALE MIASTECZKO
Podczas gdy zabita deskami wioska Ars swoja slawe zawdzieczala wylacznie Proboszczowi, jako ze wczeniej niemal nikomu nie byla znana, tego samego nie da sie powiedziec o Lourdes. Abel Hugo, starszy brat Wiktora, napisal w swym dziele France pittoresque, opublikowanym w roku 1835: "Ta stolica dawniejszego Lavedan-en-Bigorre nazywana byla Miranbel, co w miejscowym dialekcie oznaczalo «piekny widok»".
W Lourdes znajdowal sie stary zamek, od XIV wieku sluzacy przewaznie za tamtejsze wiezienie. Zamek ten, jak pisal Abel Hugo, odrestaurowano. Autor ten stwierdzil jeszcze: "Miasteczko to skupia sie wokol skaly na przeciwleglym brzegu Gave i przechodzi w wawoz kryjacy w sobie szybki nurt. Zbudowane solidnie, choc nieco nieregularne, nie kryje w sobie budynkow wartych przypomnienia; jednakze znajduje sie u zbiegu czterech dolin, przez ktore prowadza drogi do Pau, Tarbes, Bareges i Bagneres".
A jednak nie z uwagi na piekne polozenie naplynely do Lourdes miliony patnikow w roku 1958, w stulecie "Objawien". Doc dobrze wiemy, czym byly owe objawienia. W dniu 11 lutego roku 1858 mlodziutka Bernadetta Soubirous, dziewcze proste, ubogie i nie znajace wiata, niespodziewanie dojrzala u wejcia do Groty Massabieille, w zaglebieniu w skale, "mloda panne w bieli".
Wizja ta powtorzyla sie osiemnacie razy, liczac od 11 lutego do 16 lipca. Ale przeciez nie musimy tu przytaczac szczegolow tej historii, tak dobrze znanych na calym wiecie. Dla nas znaczenie ma jedynie, w jaki sposob diabel wtracal sie w te zadziwiajace zdarzenia. Wszak jego milczenie lub obojetnoc w tej materii bylyby co najmniej dziwne, skoro dreczac wietego z Ars, wykazal tak ogromna aktywnoc. Malo prawdopodobne, by trzymal sie z dala, gdy w Grocie w Lourdes dzialy sie cuda. Wszyscy piszacy o nich klada nacisk na wplyw demonow. Przybral on forme, jaka w teologii nazywa sie "nawiedzeniem", w omawianym przypadku, jak przystalo na dzielo szatanskie, prawdziwie groteskowa.
PIERWSZE OSTRZEZENIE
Wedlug. B. Estrade'a, ktory jako jeden z pierwszych donosil o tych objawieniach czy tez wizjach, przyjac mozna, iz do pierwszego ostrzezenia doszlo juz 11 grudnia, a zatem podczas pierwszego objawienia.
Wrociwszy do domu, Bernadetta oznajmila podobno, ze w Grocie przeszkadzaly jej dziwne, wrecz zaskakujace odglosy. Wydawalo sie, ze dobiegaja z rzeki. Odbijaly sie echem, wywolujac nastepne. Slychac tez bylo liczne glosy, pytania, swary i krzyki, jakby zebral sie tam poruszony czym tlum. Ponad te chaotyczne glosy wybijal sie wciekly, zatrwazajacy krzyk:
- Uciekaj! Uciekaj!
Bernadetta pojela natychmiast, ze to wezwanie skierowane bylo nie tyle do niej, tak malo znaczacej i niegronej, co raczej do "mlodej panny w bieli", ktora objawila sie jej oczom, i ktorej imienia jeszcze nie poznala. Jak podal. B. Estrade, wystarczylo zaledwie, by wietlista Pani zwrocila wzrok ku miejscu, z ktorego dobiegaly owe glosy, a w jej spojrzeniu tyle bylo wladczoci i mocy, ze zaraz umilkly.
J. B. Estrade owiadczyl, ze o tym pierwszym ostrzezeniu opowiedzialy mu Bernadetta i jej siostra. Wizjonerka powiadomila o nim rowniez ks. Nogaro, wikarego z katedry w Tarbes.
Uznajemy zatem, podobnie jak ks. Trochu, wiarygodnoc owego zdarzenia, choc pewnych problemow moze przysporzyc brak konkretnych danych. Faktem jest, ze ojciec Cros, jezuita, ktory doglebnie zbadal sprawe tych objawien, nie wspomina o nim w odniesieniu do 11 grudnia, ani tez zadnej z poniejszych wizji. Skoro ojciec Cros przy wielu okazjach podawal w watpliwoc dobra pamiec Estrade'a, przyjac mozna, ze ten ostatni popelnil blad, opatrujac to zdarzenie wczeniejsza data. Sam fakt uwazamy zatem za bezsporny, przyjmujac jedynie, ze mial on miejsce znacznie poniej.
Przejdziemy teraz do tych przykladow aktywnoci diabelskiej, ktore uznaje sie za lepiej umiejscowione w czasie i bardziej wiarygodne. A skoro trzymac sie mamy faktow potwierdzonych, oprzemy sie doc cile na danych przekazanych przez ojca Crosa.
Najpierw wiec fakty, a potem ich interpretacja.
KOLEJNE WIZJONERKI
Dnia 15 lipca, we czwartek, pan Lacada, mer Lourdes, przeslal podprefektowi z Argeles wstepny raport, dotyczacy kolejnych wizjonerow z Lourdes. Zapamietajmy te date. Wedlug obliczen ojca Crosa pomiedzy 11 lutym a 17 kwietnia mialo miejsce osiemnacie objawien. Na tym owa seria sie zakonczyla. Bernadetta nie brala udzialu w tym, co dzialo sie poniej. A oto fragment raportu mera:
"W ostatnia sobote, 10 kwietnia, kiedy trzy dziewczynki z Lourdes modlily sie w Grocie, okolo godziny czternastej, objawila sie im Najwietsza Panienka. Jedna z nich zlozyla zeznanie na pimie, a proboszcz przeslal je biskupowi.
Niejaka Pauline Labantes, ktora wczoraj, 14 grudnia, okolo godziny dziesiatej rano, poszla do Groty, by sie pomodlic, owiadcza, ze widziala Najwietsza Panienke".
Ale to byl dopiero poczatek.
Kolejny raport, sporzadzony przez wielce skrupulatnego nadinspektora policji Jacometa, trafil, zgodnie z droga sluzbowa, najpierw do rak podprefekta, poniej za do samego prefekta.
Wizjonerow wciaz przybywalo. Mozna by niemal rzec, ze usuneli oni w cien Bernadette. Trudno byloby jej rywalizowac z tak wielka rzesza innych wiadkow cudownych zdarzen. Nadinspektor nie szczedzil w swym raporcie szczegolow, dla nas bezcennych, ogromnie ulatwiajacych ocene wartoci tych nowych objawien. Widzenia te w zaden sposob nie wiazaly sie z miejscem, gdzie Bernadetta ogladala Najwietsza Panienke i poznala jej imie. Wydawac sie moglo, ze i ten zakatek, i sama wizjonerke kto niewidzialny otaczal opieka. Co wiecej, podczas gdy Bernadetta wciaz zachowywala sie "naturalnie", a zatem pozostala ta sama dziewczynka, prostoduszna, skromna i niewiadoma wielu spraw, a zarazem calkowicie szczera i prawa, niektore z nowych wizjonerek prezentowaly sie zgola inaczej.
Do 10 kwietnia doszukano sie ich pieciu, a nie trzech, jak wynikalo z pierwszego raportu mera.
"Jedna z nich" - napisal nad inspektor - "jest Claire-Marie Cazenave, lat dwadziecia dwa, dziewcze cnotliwe, bardzo religijne i obdarzone bogata wyobrania. «Zauwazylam» - zeznala - «bialy kamien i, niemal jednoczenie, sylwetke kobiety redniego wzrostu, z dzieckiem na lewym reku; jej umiechnieta twarz, falujace wlosy, ktore spadaly na ramiona, i co bialego na glowie, przypietego jakim grzebieniem; i jeszcze biala suknie. Co do dziecka, to za pierwszym razem widzialam je niewyranie, a poniej juz go nie ogladalam.»
Druga, Madeleine Cazaux, czterdziestopiecioletnia mezatka o zlej reputacji, uzalezniona od trunkow, tak opisuje swoja wizje: «Zobaczylam co na bialym kamieniu, jakby dziesiecioletnia dziewczynke; na glowie miala bialy welon, zakrywajacy ramiona, a wlosy jej byly tak dlugie, ze przeslanialy piersi. Ilekroc przesuwano wiece, ta postac znikala».
Trzecia, Honorine Lacroix, przeszlo czterdziestoletnia prostytutka o zlej reputacji, utrzymuje, ze pierwsza ujrzala Najwietsza Panienke. «Panienka», - jak owiadczyla - «wygladala jak czteroletnia dziewczynka, okryta bialym welonem, o wlosach siegajacych do ramion i sczesanych z czola. Oczy miala niebieskie, wlosy jasne, dolna polowe twarzy niezwykle biala, a policzki rozowe.
Co do dwoch cudzoziemek, z ktorych jedna podobno rowniez miala widzenie, to wiecej o nich nie slyszano; nie wiadomo, gdzie przebywaja".
Wszystko to, nawet na pierwszy rzut oka, wydaje sie co najmniej podejrzane! Rownie dziwnie wyglada tlo tych domniemanych objawien.
Temu samemu nadinspektorowi zawdzieczamy dokladny opis tla tych niezwyklych zdarzen.
Po objawieniach Bernadetta Grota przyciagac zaczela pielgrzymow, totez postawiono tam prowizoryczny oltarz, na ktorym odwiedzajacy skladali ofiary z kwiatow dzikich i ogrodowych. Grota ksztaltem swym przypominala piec, gleboki na jakie trzynacie stop i przykryty omio- lub dziewieciostopowa kopula. W stropie, na wysokoci omiu stop, a wiec w miejscu osiagalnym jedynie przy pomocy drabinki, znajdowal sie korytarz, z jednej strony wiodacy do jednego z wyjc, a z drugiej skrecajacy pod ostrym katem w glab skaly. Korytarz ten mial okolo trzynastu stop dlugoci i prowadzil do owalnej komory, szerokiej na osiem stop. Trzynacie lub czternacie stop dalej droga byla zablokowana, ale w wietle wiec dawalo sie dojrzec polacie bialawej skaly.
Azeby dostac sie do tej komory, nalezalo sie czolgac, co bylo wielce niewygodne, a w przypadku kobiet poniekad groteskowe. Co wiecej, "wizjonerki" nie przynosily ze soba drabin, jak to czyniono poniej. Chcac dostac sie do tajemniczego korytarza, zmuszone byly wspinac sie na oltarz, popelniajac tym samym wietokradztwo. wiatla dostarczaly im wiece, a nie ulega watpliwoci, ze rozedrgane plomienie nadawac moga cieniom nawet ksztalt, w ktorym - przy odrobinie wyobrani - da sie dostrzec sylwetke kobiety, dziesiecioletniej dziewczynki lub czteroletniego dziecka.
Nadinspektor nie ukrywal swego niezadowolenia: "Dniem w ktorym te kobiety po raz pierwszy wybraly sie do opisanego przeze mnie miejsca, byla sobota, 10 kwietnia. Nie powstrzymala ich ani przyzwoitoc, ani tez szacunek nalezny oltarzowi, ktory przeciez musialy podeptac. Bylo ich piec i tworzyly doc dziwna grupe, zwazywszy na roznice wieku, przyzwyczajen i sposobu zycia".
Ta pierwsza wyprawa nie zwrocila wiekszej uwagi. Zdaniem nadinspektora, Marie Cazenave, najgodniejsza z tych trzech "wizjonerek", zdawala sie byc "zawstydzona tym, co podobno dane bylo widziec jej raczej nieslawnym towarzyszkom". Ale - tak czy inaczej - zaczeto o tym mowic. Ciekawoc okazala sie silniejsza od szacunku. Kolejne kobiety poczely piac sie ku owej komorze. Niejedna z nich nic nie zobaczyla i wracala jakby speszona. Ale 14 kwietnia Suzette Lavants, piecdziesiecioletnia sluzaca, wspiela sie tam i powrocila na noszach. Z miejsca zarzucono ja pytaniami. Ona widziala. Cala sie jeszcze trzesla. Co takiego zobaczyla?
- Bialy zarys, niemal tak duzy, jak ja, co w rodzaju mgielki, jakby welon, a pod nim dluga, wlokaca sie po ziemi szate, ale nie moglam wyroznic ludzkich ksztaltow: ani glowy, ani rak, ani nog, ani tez innych czeci ciala. Jednym slowem - dodala - to, co widzialam, bylo tak ulotne i niewyrane, ze nie potrafie tego okrelic.
Tych zdarzen wystarczylo, by podsycic plomien. Od tamtego czasu pielgrzymki do trudno dostepnego korytarza przybraly na sile. W dniu 17 kwietnia w tych watpliwych poszukiwaniach wzieli udzial takze mezczyni. Pietnastoletnia Josephine Albario wygladala na poruszona, a nawet sie rozplakala. Zaczeto ja pocieszac i sprowadzono na dol. Potem zostala zabrana do domu, gdzie polozono ja do lozka. Owiadczyla, ze widziala:
- Niepokalanie Poczeta, niosaca dziecko, a obok niej czlowieka z dluga broda.
To samo ogladala, podobno, gdy juz lezala w lozku. Rozgorzaly dyskusje. Zaczely sie ksztaltowac dwa nurty pogladow na te sprawe. Jedni, zadziwieni, wierzyli we wszystkie objawienia, czy chodzilo tu o Bernadette, czy tez o jej rywalki. Inni, zaszokowani wieloma szczegolami doniesien o tych nowych widzeniach, nie dawali juz wiary nawet i slowom Bernadetty. Zapanowal totalny zamet. Dnia 18 kwietnia konwulsji dostala sluzaca mera, bowiem i ona co zobaczyla. I nie musiala nawet wspinac sie do korytarza, gdyz ow atak nastapil, gdy odmawiala Rozaniec przed oltarzem w Grocie. Mer zawsze w pelni ufal swej sluzacej. Postanowil zbadac, czy owych zjawisk, ktore zawrocily w glowach tak wielu kobietom, nie wywolaly jakie igraszki wiatla. W dniu 19 kwietnia do gornej groty udala sie niewielka komisja ledcza, zdecydowana wyjanic te kwestie i przekonac sie, czy te wizje, a zwlaszcza to, co wprowadzilo Josephine Alberio w utrzymujacy sie przez trzy kwadranse stan ekstazy, daloby sie wytlumaczyc w zgodzie z natura. Ale ledztwo nie przynioslo zadnych pozytywnych rezultatow.
Winnimy pamietac, ze objawienia, jakich dowiadczyla Bernadetta, mialy miejsce w okolicznociach calkowicie odmiennych od tu opisanych. Nie mozna sie jednak dziwic, ze opinii publicznej obce bylo takie rozroznienie. Dlatego tez realici, tacy jak nadinspektor Jacomet, czuli sie upowaznieni do jednoznacznego dyskredytowania i jednych, i drugich, utozsamiajac je z pozalowania godnymi urojeniami. Dnia 18 kwietnia prokurator Dutour, w licie skierowanym do prokuratora generalnego, tak narzekal na reakcje kleru: "Nie czyni sie nic, by religijnoc powstrzymac od dalszych zwiazkow ze ciezka, ktora juz teraz zdaza, wiedziona albo szalenstwem, albo tez rozmylnym szalbierstwem. Mnoza sie objawienia, cudow zbyt wiele, by je przedstawic, a kler i mer zdaja sie zadowalac jedynie ich spisywaniem". Potem, podobnie jak Jacomet, przypomnial wszystko, co wiazalo sie z tymi nowymi widzeniami.
Uznac wiec nalezy, ze u schylku kwietnia roku 1858 zamieszanie wokol sprawy tych objawien siegalo zenitu.
PIERWSZE OBAWY
Z tego zametu wylonil sie jednak jeden glos, ktory nalezy odnotowac jako dostarczajacy pewnej zasady rozroznienia. Jak juz napisalimy, w opinii publicznej cieraly sie dwa prady: pelna akceptacja i podziw cieraly sie z dyskredytowaniem i negowaniem wszystkiego, co sie tam dzialo. Pierwsza wywazona sugestia, opowiadajaca sie za tym, co poniej uznano za prawde, pochodzila od jednego z kaplanow.
W owym czasie do grona "wizjonerek" dolaczyla niejaka Marie Bernard z Carrerebasse.
"Utrzymywala ona" - oglosil ks. Pene - "ze ujrzala w Grocie grupe skladajaca sie z trzech osob: czlowieka z siwa broda, mloda kobiete i dziecko. Starzec: w jednej rece mial pek kluczy, druga za podkrecal wasa. W miasteczku zaczeto mowic, ze chodzi tu o wieta Rodzine. Te sama wizje odnotowano i poniej, tyle ze owe osoby pozwalaly sobie na gesty nader nieprzystojne. Ani ja, ani moja siostra nie bylimy w stanie ustalic, czy gesty te zaobserwowala ta sama wizjonerka, czy tez innym osobom dane bylo ogladac taka sama scene. Rzecz w tym, ze owa dziewczyna byla moja penitentka i wielokrotnie opowiadala mi te historie, na co nie zwracalem wiekszej uwagi, mniemajac, ze byla to jedynie diabelska sztuczka, majaca na celu rzucenie cienia na objawienia wczeniejsze ".
Wyroznienie tego zdania kursywa jest naszym dzielem. Uwazamy, ze stwierdzenie to najrozsadniej tlumaczy opisane tu zjawiska.
Jeli nawet przypisywac wizje, ktore odnotowano po objawieniach zwiazanych z Bernadetta. Egzaltacji, wybujalej wyobrani czy tez zaburzeniom psychicznym, jasne jest, ze na reke byly one zlym mocom i ze we wszystkich tych epizodach, a opisalimy tu zaledwie kilka, dostrzec mozna zarys konkretnego celu: dazenia do tego, by autentyczne wizje i udokumentowane objawienia Najwietszej Panienki pograzone zostaly pod fala ich dziwacznych, a nawet groteskowych naladownictw, przyjmowanych entuzjastycznie przez czec mieszkancow Lourdes, podczas gdy ci roztropniejsi wzruszac beda ramionami. Utopienie prawdy w falszu to dzielo prawdziwie szatanskie. Poniejsze wydarzenia w pelni potwierdzily taka interpretacje owych faktow.
Warto napomknac, ze cale to powatpiewanie w prawdziwoc objawien Bernadetty wyszlo im na dobre, chocby o tyle, ze poskromilo agresywnoc demona, a przynajmniej znacznie ja ograniczylo. Z czasem stalo sie jasne, ze chodzi nie o akceptowanie lub negowanie wszystkiego, a tylko o wlaciwe rozroznienie.
Za najwiarygodniejsza z owych "wizjonerek" uchodzila Josephine Albario. Ale i w jej przypadku bylo za wiele poruszenia, ekscytacji oraz lez. Cytowany przez nas kilkakrotnie Estrade - a jego osadom ufac mozna bardziej niz jego pamieci - pierwotnie zaliczyl ja do tej samej kategorii, co Bernadette, poniej jednak napisal:
"Zachwyt moj zaklocalo jednakze niejasne przeczucie, jakby ostrzegajace mnie, ze nie tu lezy prawda. Porownalem oba przypadki i uwiadomilem sobie, ze podczas gdy opowiec Bernadetty podniosla mnie na duchu, to relacja Josephine... jedynie zaskoczyla. Przyjrzawszy sie blizej owym pierwszym objawieniom, bylem w stanie dostrzec w nich dzialanie prawdziwie boskie; przypatrujac sie ostatnim, widzialem jedynie poruszenie nadmiernie podnieconego organizmu..."
Rozumujac tak, Estrade, podobnie jak i inni ludzie rozsadni, dokonal owego niezbednego aktu, ktory w. Ignacy Loyola nazwal "rozroznieniem ducha". A sam Loyola powtarzal tylko, swoimi slowami, nader wazne zalecenie w. Pawla: "Ducha nie gacie, proroctwa nie lekcewazcie! Wszystko badajcie, a co szlachetne zachowujcie!" (1 Tes 5, 19-21).
GLOS ROZS¥DKU
A zatem prawda zaczynala wychodzic na jaw. Ludziom stopniowo rozjanialo sie w glowach, choc - jak sie przekonamy czekala ich jeszcze dluga droga. Ale zanim zajmiemy sie kolejna seria reakcji gwaltownych i niepokojacych, w ktorych jeszcze mocniej uwidocznil sie wplyw demonow, winnimy podac jeszcze kilka przykladow z owczesnej, nadto obszernej listy "wizjonerow" rywalizujacych z pokorna Bernadetta. Wspomnielimy juz o Josephine Albario, dziewczeciu o nieposzlakowanej opinii. Mowa byla tez o Marie Courrech, sluzacej mera. Zbyt wiele miejsca zajeloby tu jej zeznanie, ale znalec je mozna w dziele ojca Crosa (t. VII, s. 96 i nastepne).
Uderzajaca jest natomiast opinia owczesnej mieszkanki tamtych stron, Antoinette Garros:
"Nie dawalam wiary wizjom Marie Courrech. Brakowalo jej takich gestow i wyrazu twarzy, jak u Bernadetty. Nekaly ja nagle drgawki i konwulsje. Czestokroc, gdy miala te swoje wizje po drugiej stronie Gave, gnala przed siebie, wyjaniajac potem, ze Wizja wzywa ja do Groty. Gdybymy nie powstrzymywaly jej z niemalym trudem, rzucilaby sie do rzeki. Ktorego dnia, kiedy usilnie staralam sie ja przytrzymac, jacy ludzie, przygladajacy sie temu, zaczeli wolac: «Puc ja, jeli przejdzie przez Gave, bedziemy mieli kolejny cud». Ale nie zwazalam na nich. Wolalam uniemozliwic jej utoniecie i powiedzialam sobie: «Jeli Najwietsza Panienka pragnie, by ona przeszla przez Gave, na pewno da jej doc sil, by wyrwac sie z moich rak»".
Niniejsze przyklady i komentarze sluzyc maja udowodnieniu, iz zawsze istnieje sposob na odroznienie rzeczywistego daru, prawdziwej charyzmy, od jego namiastki oferowanej przez diabla.
MROWIE WIZJONEROW
Takie zaburzenia - bo tak nalezy je nazwac - rychlo przestaly byc problemem jedynie kilku kobiet i dziewczynek. Powiekszala sie liczba wizjonerek i wizjonerow, a ich groteskowe, a nawet absurdalne pozy dawaly sie zauwazyc jeszcze na poczatku roku 1859.
Ojciec Cros, niespelna dwadziecia lat poniej, zbadal te sprawe. "W czerwcu roku 1878" - napisal - "zdolalimy jeszcze, w Lourdes, odslonic nazwiska i dzieje przeszlo trzydzieciorga takich wizjonerow, obojga plci i ze wszystkich przedzialow wiekowych; a byly to jedynie osoby najbardziej znane, jako ze w owym czasie nikt juz nie szczycil sie swym wizjonerstwem".
I tak ojciec Cros dowiodl, ze nadinspektor Jacomet, ktoremu wielokrotnie zarzucano stronniczoc, nadmierna oschloc i wrogoc wobec wszystkiego co boskie, pod zadnym wzgledem nie przesadzil. Co wiecej, nadinspektor nie o wszystkim wiedzial: doniosl jedynie o kilku przypadkach, inne za zlekcewazyl, a moze uszly one jego uwadze:. Problem nowych "objawien" tak bardzo sie rozrosl, ze stal sie powszechnym skandalem, a sam proboszcz z Lourdes zmuszony byl wyglosic nader powazne kazanie, apelujac do rodzicow, by polozyli kres temu zjawisku, chroniac dzieci przed angazowaniem sie w ten nie konczacy sie lancuch dziwactw.
Zapoznajac sie z dowodami zgromadzonymi przez ojca Crosa, odniec mozemy wrazenie, ze mamy do czynienia z epidemia. Przyjrzyjmy sie kilku typowym wiadectwom.
Brat Laobard, przelozony szkol w Lourdes: "Diabel sprawil, ze ujrzelimy caly zastep wizjonerow, oddajacych sie najbardziej szalonym praktykom. Czy ludzie ci rzeczywicie co ujrzeli? Tak, mamy wszelkie podstawy, by wierzyc, ze wielu z nich widzialo co, widzialo Zlego, pod ktora z jego rozlicznych postaci. Wielu sporod moich uczniow utrzymywalo, ze mieli wizje. Czestokroc wagarowali... Tym dziwactwom oddawali sie nie tylko w Grocie i nad potokiem plynacym nie opodal bazyliki, ale i w ich wlasnych domach, gdzie ustawiali sobie kapliczki..."
Brat Carase: "Mrowie dziewczynek i malych chlopcow utrzymywalo, ze objawila sie im Najwietsza Panienka. Czasami spotykalem te dzieci na drodze do Groty. Trzymaly w dloniach wiece albo kleczaly nad sadzawka. Przy jednej z takich okazji pewien czlowiek powiedzial mi: «Moja coreczka rowniez widzi w Grocie Najwietsza Panienke; tak wiele z nich ja widzi!.» Uznalem to za zart i zaczalem powaznie powatpiewac w wartoc objawien Bernadetty, przy ktorych nigdy mnie nie bylo..."
I tu kursywa pochodzi od nas. Ten zalew ingerencji demonow powaznie zagrozil misji Bernadetty. Przytoczymy i inne dowody owego zagrozenia.
Teraz jednak powrocmy do przykladow uzyskanych dzieki dlugotrwalym badaniom, jakie przeprowadzil ojciec Cros. Dominique Vignes, Marie Pvrtau, Dominiquelle Cazenave, Ursule Nicolau, wiadkowie nader wiarygodni: "W Grocie czesto widywalam wizjonerow. Lapali za bukiety kwiatow, ktore znosili tam ludzie, i wybierali z nich wszystkie lilie i roze, ktore potem ciskali do Gave, mowiac: «Panienka nie chce ani lilii, ani roz»".
"Slyszalam, jak pewna dziewczynka, dziesiecio- lub jedenastoletnia, rozwrzeszczala sie przed nisza skalna, w ktorej znajduje sie dzi domek dozorcy. Powiedziala, ze tam wlanie miala wizje. Dziecko to potem ogromnie wyslawiano, podobnie jak i wszystkie inne. ludzie lgneli do nich z naboznym oddaniem..."
"Kazde z nich trzymalo rozaniec, ale te wszystkie rozance byly nowiutkie i nie powiecone; nie chcieli innych. Rozance trzymali luno, krzyzyki znajdowaly sie na wysokoci ich oczu, a paciorki majtaly sie przed ich twarzami; rozbiegali sie na wszystkie strony, zgieci niemal w pol, strojac dziwne miny i ujadajac jak mlode pieski, otaczajace swoj lup..."
"Kiedy widzialam, jak taka procesja szla od rodla Merlasse az do slupka - do slupka, na ktorym zawieszono tablice zabraniajaca wstepu do Groty. Kiedy tam dotarli, ktore z nich krzyknelo: «Chodcie ze mna, a ujrzycie Najwietsza Panienke!» Czec kobiet dolaczyla do tej procesji i podazyla za nimi".
"Ktorego wieczoru, gdy juz zrobilo sie ciemno, jedna z wizjonerek, ukoronowana wiencem laurowym, krzyknela: «Wy wszyscy odmowicie teraz Rozaniec; Pan chce odmowic Rozaniec». Nie warto bylo tlumaczyc, ze sugerowanie, iz Bog modlic sie bedzie do Dziewicy Maryi, rowna sie wywroceniu wiata na opak; ich juz ponioslo. Nieco poniej wizjonerka ta zawolala: «Pocalujcie ziemie czterdzieci razy, czterdzieci razy». I wszyscy, ktorzy tam byli, calowali ziemie. Jezeli chodzi o mnie, to ja sie mialam, ale w duchu wciekla bylam, ze musze ogladac te wszystkie diabelstwa".
Panna Tardhivail: "Dzi nie ma sie pojecia, jaka latwowiernoc przewazala wowczas w Lourdes: ludziom palilo sie w glowach; pewien obcy, przybywszy z Saint-Pe, owiadczyl, ledwie pojawil sie w miasteczku: «Przejezdzajac, zajrzalem do Groty; tam zobaczylem przechadzajaca sie Najwietsza Panienke; wszyscy ja widzieli». I cale tlumy pospieszyly do Groty; moja siostra i ja znalazlymy sie w tej rzeszy".
Jean Domingieux: "Ktorego dnia, z Ribere, zobaczylem wizjonera stojacego przed grota, a on zawolal do rzeszy ludzi, jacy ; zgromadzili sie pomiedzy kanalem i Gave, a nawet po drugiej i stronie rzeki, na polu, na ktorym stalem: «Przyniecie wasze rozance! Ja je dla was poblogoslawie!». I wszyscy podnieli rozance, a wizjoner poblogoslawil je woda z Groty".
Najbardziej charakterystycznym rysem blazenstw jakim ulegala ta nieszczesna dziatwa, byla ich sklonnoc do krzywienia sie w sposob jak najstraszliwszy. Popieraja to dalsze dowody, rowniez zgromadzone przez ojca Crosa.
Gajowy Callet: "Pewnego dnia szedlem za wizjonerem Barraou az do mlyna. Wszedl on do sypialni i zaczal piac sie po zaslonach okrywajacych lozko, niesamowicie sie krzywiac: zaciskal zeby lub nimi zgrzytal, a w oczach jego kryl sie obled".
Pani Pratt: "Bylam tam, kiedy Minino mial wizje: ryczal, a jego twarz wygladala tak straszliwie, ze nie moglam zniec jej widoku".
Inni wiadkowie wspominali o dziwacznych wyglupach tych samozwanczych wizjonerow; wszak tamci widzieli, jak Bernadetta jadla trawe. A przynajmniej opowiadano, ze to czynila, i dlatego pragneli ja naladowac, co porednio dyskredytowalo i Bernadette, jako ze nowi wizjonerzy w wiekszoci sprawiali wrazenie niezbyt wiadomych sensu tego, co czynia. Ale mieli tez wlasne pomysly.
Pauline Bourdeu: "Widzialam, jak dwanacioro z nich szlo nasza ulica, wracajac z Groty; glowy swe ozdobili girlandami kwiatow".
Basile Casterot: "S., wizjoner, szedl przez miasto, obwiazawszy glowe wstazka zdjeta z wlosow jakiej dziewczynki. «Najwietsza Panienka kazala mi to uczynic» -wyjanial. Wielu ludzi podazalo za nim. Niektorzy mowili, ze oszalal, wiekszoc jednak utrzymywala, ze spotkalo go objawienie".
Pani Baup: Ktorego dnia, na drodze do Bois, spotkalam wizjonera M. pograzonego w ekstazie, ale z twarza wykrzywiona w straszliwym grymasie. Potrzasnelam nim, nic jednak nie powiedzial. W koncu doszedl do siebie i cofnal sie raptownie. Zapytalam go: «Co widziale?» Nie odpowiedzial, jedynie sie odsunal. «Co widziale?» - dopytywalam sie. Odchodzac, wyjanil wreszcie: «Najwietsza Panienke w bialej szacie i w koronie». W tej samej chwili nadeszla moja siostrzenica, namawiajac mnie, bym poszla zobaczyc troje czy tez czworo kolejnych wizjonerow, zdazajacych ta sama droga. «Chod, zobacz» - powiedziala. «Jest tam mala dziewczynka pograzona w najpiekniejszej ekstazie!» Zobaczylam te dziewczynke, dziesiecio- lub jedenastoletnia, na kolanach, z twarza calkiem odmieniona. Mijala nas wtedy kolejna mala wizjonerka, ze wieca w dloni. Wzielam te wiece i przesunelam przed jej twarza. Nawet nie mrugnela. Stan ekstazy powoli sie
wytlumil i to dziecko powiedzialo nam: «Widzialam Najwietsza Panienke w bialej sukni z niebieska szarfa i w koronie». «Co do ciebie powiedziala?» Dziewczynka odparla: «Odejd! Musze ic , do polewaczki».
Przyznac trzeba, ze wszystko to nie wygladalo zbyt gronie, jednakze niebezpieczny byl ow cien rzucony na autentyczne objawienia Bernadetty, ktore zdawaly sie tracic na znaczeniu.
I faktycznie, ludzie zaczeli watpic, zadawac pytania innym, jak i sobie. Nawet najwiatlejsze umysly pogubily sie w obliczu - tak wielu wizji, niekiedy jawnie falszywych, i wszystkich tych domniemanych cudow, z ktorych niejeden wydawal sie co najmniej watpliwy.
Skutki owego zametu wykazac latwo w oparciu o pewien znamienny przyklad. Do grona tych, ktorych zaliczano do grona najbardziej nieufnych, zaliczal sie dyrektor wyzszego seminarium w Tarbes, kanonik Ribes, w dobrej wierze odnoszacy sie sceptycznie do wszystkiego, co dzialo sie w Lourdes. Sam poniej wspominal, jak to wraz z pewnym kaplanem spoza Francji odwiedzil to miasteczko w sierpniu roku 1858. Obaj zadni byli informacji. Przede wszystkim chodzilo im o spotkanie z Bernadetta. Wszak byla ona w owym czasie najwazniejsza osoba w Lourdes, jako ze to jej przypisywano pierwsze objawienia.
Ci dwaj kaplani udali sie do rodzicow Bernadetty i powiedzieli, ze pragna sie z nia zobaczyc. Nie bylo jej w domu. Zapowiedzieli wiec, ze raz jeszcze odwiedza mlyn nalezacy wowczas do jej ojca. A potem doszlo do doc znamiennej sceny.
Z mlyna - relacjonowal kanonik Ribes - Udalimy sie do Groty, drozka biegnaca wzdluz zamku. Zeszlimy po stromym i nagim stoku, dzi obsadzonym drzewami i latwiej dostepnym dzieki zygzakowatej ciezce, tak dobrze znanej pielgrzymom. Doszlimy do cudownej Groty; droge do niej tarasowala drewniana barykada. Za ta zapora kleczal chlopiec dwunasto- lub czternastoletni, przesuwal w palcach rozaniec i bijac poklony jakiej tajemniczej istocie, powoli przesuwal sie w kierunku podnoza skaly. Teren podnosil sie tam ku gorze, ku skale, tworzac co na ksztalt malego amfiteatru, w ktorym wody Gave wyzlobily ciag plytkich stopni. Obserwowalimy wizjonera przez kilka chwil: twarz mial wykrzywiona i odpychajaca. Moj towarzysz krzyknal do niego: «Zabieraj sie stad! Pracujesz dla diabla!» Chlopiec, udajac, ze tego nie slyszy, nadal pchal sie do przodu. «Wyno sie stad!» - huknal jeszcze gloniej moj towarzysz. «Odejd, bo dosiegnie cie reka Boga!» Wizjoner z miejsca zgasil wieczke, przeszedl przez barykade i zniknal".
Ale byl to zaledwie pierwszy z epizodow, w jakie obfitowalo ich ledztwo. Ci dwaj kaplani szukali tropow, wciaz mierzac sie z watpliwociami, wiedzieli jednak, ze modlitwa moze im tylko pomoc. A oto dalszy ciag tej relacji:
"Pomodlilimy sie, zaczerpnelimy nieco wody ze rodla i poszlimy zobaczyc sie z proboszczem. Bernadetta juz na nas czekala. Opisala, z wlaciwa sobie bezstronnocia, co widziala i slyszala w Grocie. Uczynilem kilka uwag na temat «trzech tajemnic», jako ze wydawalo mi sie, iz moge miec tu do czynienia z powieleniem przypadku z La Salette. Bernadetta odparla bez wahania, ze tajemnice te powierzono wylacznie jej; ze nie powinna ujawniac ich nawet i papiezowi i ze przekonana jest, iz zdola zatrzymac je dla siebie.
Moj towarzysz oznajmil, ze jej wierzy; ja za nie bylem jeszcze przekonany. Powiedzialem mu: «Sklonny jestem dac temu wiare, wolalbym jednak zyskac dalsze dowody»".
To wahanie le przyjal proboszcz z Lourdes, juz wtedy calkowicie - i najzupelniej slusznie - przekonany o autentycznoci objawien Bernadetty. Po kilku dniach wystosowal do biskupa list zawierajacy pytanie: "Jak mozecie oczekiwac, ze obcy uwierza w te wizje, skoro powatpiewaja w nie przelozeni seminarium wyzszego?"
Ale juz w rok poniej kanonik Ribes powrocil do Lourdes, by odprawic Msze dziekczynna za uzdrowienie, jakie dokonalo sie dzieki wodzie z Lourdes. Ksiadz proboszcz powiedzial mu wtedy:
- Winien jeste Najwietszej Panience to zadocuczynienie, jako ze stawiale opor jej dzialaniom.
Jednakze kanonik postapil slusznie, czekajac na konkretne potwierdzenia. Wszak jeszcze w sierpniu roku 1858 dowody takie wydawaly sie dyskusyjne. Diabel, co juz wykazalimy, topil prawde w zalewie falszu. Biorac pod uwage wszystkie te fantastyczne objawienia i domniemane cuda, nie sposob sie dziwic, ze nadinspektor Jacomet w swym licie do prefekta tak skomentowal sugestie, iz zbadanie tych faktow winno sie powierzyc jakiej komisji kocielnej: "Osoby wrazliwe i prawdziwie religijne zachodza w glowe, ktoz mial zaproponowac zaangazowanie znaczniejszych przedstawicieli kleru w sprawy pachnace szarlataneria".
A jednak prefekt zgodzil sie na dopuszczenie takiej komisji, przekonany, iz raz na zawsze podwazy ona wszystkie doniesienia o wizjach, lacznie z objawieniami Bernadetty, ktore daly poczatek owej lawinie.
"Powolano komisje, ktora zweryfikuje cuda z Lourdes" napisal prefekt Tarbes, Massy "...Istnieje nadzieja, ze wypelniwszy to zadanie wiadomie i bez uprzedzen, komisja ta polozy kres calej tej zalosnej sprawie. Gotow jestem dostarczyc wszelkich informacji, ktore posluza przedstawieniu tych jakoby nadnaturalnych zjawisk we wlaciwej perspektywie".
INTERWENCJA NA SZCZEBLU MINISTERIALNYM
Jeli - jak utrzymywalo wielu ludzi nader wiatlych - za tymi jawnymi naladownictwami, umniejszajacymi wage objawien Bernadetty, stal diabel, przyznac trzeba, ze byly one, chociazby porednio, przez niego inspirowane.
Fakty, ktore tu podalimy byly, przynajmniej czeciowo, znane administracji panstwowej. Nic w tym dziwnego, skoro do powinnoci wladz nalezalo utrzymywanie porzadku - porzadku czestokroc, i to jawnie, podwazanego przez zamieszanie, jakie odnotowywano wokol Groty i w pobliskich wioskach. Dnia 30 lipca 1858 roku minister do spraw wyznan, Rouland, skierowal do biskupa Laurence'a z Tarbes nader istotny list. Wartoc tego listu dowodzi, iz powinnimy przytoczyc go w caloci.
"Ekscelencjo, odnosze wrazenie, ze ostatnie raporty o sprawie Lourdes moga wywolac znaczny niepokoj wrod ludzi szczerze oddanych religii. wiecenie rozancow przez dzieci, objawienia tak czesto przypisywane kobietom lekkich obyczajow, koronowanie wizjonerow i te groteskowe ceremonie, bedace jedynie parodia obrzedow religijnych, spowodowac moglyby fale atakow tak ze strony pism protestanckich, jak i reszty prasy, gdyby wladze nie zaangazowaly sie w powciagniecie ich zapalu.
Jednakze te skandaliczne sceny nadal sluzyc maja zdyskredytowaniu religii w oczach ludu, totez uwazam za niezbedne, Ekscelencjo, ponowne zaapelowanie, bycie potraktowali te fakty z jak najwieksza uwaga.
Wasza Laskawoc rozumie, ze rzad nie sprzeciwia sie powstaniu nowego miejsca kultu. Jeli obstawalem przy tym, iz cala sprawa powinna sie zakonczyc na pierwszych objawieniach w Lourdes, czynilem to dlatego, ze szczegolowe raporty z roznych rodel, przekonaly mnie, ze niczego istotnego ani godnego uwagi nie przyniosly ani poczatki, ani rozwoj, ani tez owoce tego tak powszechnego poruszenia.
Wypadki umocnily mnie w mym przekonaniu: juz sama liczba wizjonerow i ludzi tknietych ekstaza, przywolujaca na myl owe fatalne wypadki z konca osiemnastego stulecia, jeli dodac do niej te szalone manifestacje, jakie dzi odbywaja sie na obu brzegach Gave, w pelni uzasadnilaby rodki podjete przez wladze.
Owe pozalowania godne objawienia, upowazniaja, jak sadze, kler do zaprzestania odnoszenia sie do tej sprawy z tak wielka rezerwa.
Co do reszty, moge jedynie - goraco apelujac do waszej rozwagi i madroci-zapytac, czy Wasza Ekscelencja nie uwaza za stosowne publicznego potepienia takiej profanacji..."
List ten uznac trzeba za kurtuazyjne, lecz i kategoryczne wezwanie do dzialania. Tym, czego minister pragnal, oczekiwal i sie domagal, czyniac jednoznaczne aluzje do niepokojacych zdarzen, jakie mialy miejsce na cmentarzu Saint-Medard w XVIII wieku, byla interwencja wladz kocielnych - generalne zanegowanie i potepienie wszystkich doniesien o objawieniach, lacznie z przypadkiem Bernadetty, ktory niewatpliwie zainspirowal pozostale. Gdyby biskup przystal na to i zadzialal, nie zwazajac na Pawlowe zalecenie: "Trzymajcie sie tego, co jest dobre", zwyciestwo nalezaloby do zlych mocy.
MALOMIASTECZKOWA ZAWIC
Zagrozenie to nie bylo w zadnej mierze iluzoryczne, skoro juz w lipcu roku 1858 jeden z proboszczow powiadomil biskupa o nowej fali egzaltacji nie opodal Lourdes. Znow zaczal sie konkurs na najlepsze objawienie, i to w okolicznych miejscowociach, a nie tylko w Lourdes, gdzie tak wiele osob dazylo do pobicia rekordu malej Bernadetty, uwazajac ja za nieodpowiednia kandydatke na wybranke Najwietszej Panienki.
Dnia 9 lipca ks. Pierre Junca, proboszcz z Ossen, listownie powiadomil biskupa Laurence'a o tym, co dzialo sie w jego parafii.
Dziesiecioletni chlopiec, Laurent Lacaze, poprosil pewnego dnia, tuz po lekcjach, by pozwolono mu pojc do Groty. Bylo to 2 lipca. Nalegal tak bardzo, ze jego rodzice ustapili. Okolo poludnia Laurent i jego omioletni braciszek staneli przed Grota. Dziesieciolatek odmawial wlanie Rozaniec, kiedy uniosl oczy i ujrzal "kobiete w bieli, niosaca na lewym reku malenkie dzieciatko. Dziecko to trzymalo w prawej raczce wiazanke z trzech czerwonych roz. Na glowie mialo czerwona czapeczke, ozdobiona trzema bialymi rozami przywiazanymi czerwona wstazka. I kobieta trzymala w prawej dloni trzy roze. Z jej prawego ramienia zwisala czerwona, fryzowana wstega.
Ta sama reka ozdobiona byla pieknym rozancem. Na glowie kobieta miala bialy czepiec, obszyty biala wstazka. Po obu stronach tej pani stali mezczyni, obaj odziani w czern i niebieskie birety. Maz stojacy po prawej mial dluga siwa brode. Zarowno kobieta, jak i mezczyni nosili czarne trzewiki".
Taki opis znalazl sie w owym licie z 9 lipca. Mlody Lacaze mialby zatem doc czasu, by utrwalic sobie najdrobniejsze szczegoly tej cudownej wizji. Owa kobieta polecila mu, by wrocil w to miejsce jeszcze tego samego dnia po poludniu, on za posluchal jej. I znow ujrzal te same osoby, co poprzednio.
Potem one wszystkie poszly ciezka wiodaca do Ossen, odprowadzajac chlopca i towarzyszaca mu matke. Po drodze kobieta zartowala z Laurentem... W ciagu kolejnych dni chlopiec wracal do Groty, gdzie czekaly go kolejne wizje. Tyle, ze mial juz liczniejsze towarzystwo. Szly za nim cale procesje. Proboszcz, dowiedziawszy sie o tym uznal, ze warto skropic woda wiecona zarowno tego malca, jak i miejsce, gdzie podobno objawila mu sie owa kobieta - ale, jak sie wydaje, nie przynioslo to zadnych widomych skutkow.
Ta opowiec sama w sobie wydaje sie banalna. Ale w Ossen zawrzalo. Jego mieszkancy z oburzeniem przyjeli to, iz proboszcz nie kryl swoich watpliwoci. On za skonsultowal sie z biskupem co do swych dalszych posuniec. Rychlo pojawili sie kolejni wizjonerzy: trzynastoletni Jean-Marie Pomies i Jean-Marie Sarthe, dziesieciolatek. Ten ostatni pochodzil z Segus, kolejnej z okolicznych miejscowoci. Ale niedlugo przyszlo mu cieszyc sie wizjami. Proboszcz i inni doroli nakazali, by trzymal sie domu. Tak tez uczynil, a "objawienia" ustaly.
Ale obaj chlopcy z Ossen nie ustawali w swej aktywnoci, ktora doczekala sie nastepujacego opisu: "Przez dluzszy okres czasu byli, rzec mozna, przeladowani przez te Wizje i nia opetani. Uganiali sie za nia po ulicach i domach, jakby usilowali ja zlowic. Krzyki ich przypominaly raczej skowyt, a ruchy niezgrabne byly i chwiejne; ludzi przewaznie szokowalo ich niestosowne i gorszace zachowanie. Ich rodzicom, w swej niewinnoci dumnym z tego, iz maja dzieci, ktore ogladaly Najwietsza Panienke, zarzucic mozna poniekad, ze nie polozyli kresu tym zalosnym scenom". Zacytowalimy tu raport sporzadzony przez proboszcza z Segus.
Mer Ossen, Jean Vergez, rowniez zwrocil uwage na to, co sie dzieje. Ojciec Cros wielokrotnie powolywal sie na jego relacje, utrzymana w tym samym duchu. Wyglada na to, ze maly Lacaze rzeczywicie co widzial. Osoby towarzyszace mu w takich chwilach wierzyly, ze oglada on Najwietsza Panienke, i nie sposob sie temu dziwic. Czemu Bernadetta mialaby miec monopol na objawienia? Rodzice Laurenta Lacaze nie znali odpowiedzi na to pytanie. Mer po rozmowie z nimi napisal: "Panstwo Lacaze nie poszli do pracy; oboje, a zwlaszcza ojciec, cieszyli sie z tego, co przytrafilo sie ich synowi. Ktorego wieczoru spotkalem owego ojca, gdy szedl kosic siano. Powiedzialem: «Przepadl wam dzien pracy». Odparl: Tak, ale przynajmniej przebywalimy w dobrym towarzystwie, w towarzystwie Najwietszej Panienki»".
To jeszcze nie wszystko. Mer owiadczyl, ze z dziecmi z Ossen dzialy sie dziwne rzeczy. Laurence Lacaze, ktory znal jedynie lokalny dialekt, zaczal nagle mowic po francusku. Ale to jeszcze nie wszystko. Ponownie wrocmy do raportu mera.
"Ktorego dnia Jean-Pierre Pomies, chlopiec trzynastoletni, przebywal w domu panstwa Lacaze i stal okolo szeciu stop od okna na poddaszu, wychodzacego na podworze. Okno to, wysokie na dwie stopy i szerokie na osiemnacie cali, znajdowalo sie o przeszlo trzy stopy powyzej podlogi. Nagle ow chlopiec spojrzal na podworze, co tam dojrzal, blyskawicznie zniknal za oknem, nie dotykajac ram, dotknal stopami ziemi i popedzil za ta zjawa. Tak mnie to zmartwilo, ze natychmiast odszedlem stamtad, a po powrocie do domu powiedzialem zonie: «W tej sprawie kryje sie co dziwacznego; nie daje mi spokoju»".
Ojciec Cros cytowal tez innych wiadkow owego zdarzenia. Twierdzil, ze osobicie zbadal tamto miejsce, i uznal tamten fakt za "w rozumieniu ludzkim niepojety". Dodal, ze mlodych wizjonerow laczyla jeszcze jedna anomalia: budzily w nich lek powiecone rozance i pragneli jedynie nowych, nie poblogoslawionych. Jezeli w ich rece trafil jaki powiecony przedmiot, natychmiast go zwracali.
Biskup Laurence otrzymal dokladne i szczegolowe raporty, dotyczace tych zdarzen. Dnia 12 lipca 1858 roku odpisal proboszczowi z Ossen: "Uwazam tych dwoch malych wizjonerow, Lacaze'a i Pomiesa, za dotknietych rozstrojem nerwowym. Tak nalezy ich traktowac. Na ile moge ocenic, w ich dowiadczeniach nie ma nic nadprzyrodzonego. istoty wieczne nie bawia sie w pustoslowie. Nie zartuja i nie pozwalaja sobie na poufaloc. Jeli slowa i gesty tych chlopcow uragaja przyzwoitoci, nalezy ich zganic i potraktowac surowo".
Ale zeby te zalecenia zostaly przyjete i uszanowane przez prosty lud, biskup musial je ponowic. Totez wizjonerzy z Ossen uzyskali jeszcze troche czasu na kontynuowanie swych dziwacznych postepkow. Az nadto mamy dowodow, iz tych malych prorokow sluchano i podziwiano, a nawet podazano w ich lady. Przechodzac obok domu panstwa Lacaze, ludzie klekali na ulicy i zanosili modly do Najwietszej Panienki. Niektorzy z nich czuwali nocami w izbie, w ktorej spal dziesiecioletni wizjoner. Proboszcz przemawiajac z ambony, powolywal sie na list od biskupa, zakazujac dzieciom nie majacym jeszcze pietnastu lat odwiedzania Groty i zabraniajac wszystkim kontaktowania sie z wizjonerami. Ale parafianie nie wierzyli mu, dopoki nie przedstawil im owego listu. Siostra proboszcza, Francoise Junca, dodala: "Okoliczne miasteczka zazdrocily Ossen; ogromnie to na nas ciazylo i doprowadzilo mego brata do wielu nieprzespanych nocy".
Zwrocilimy juz uwage na zawic, jaka Ossen budzilo w sasiednich miejscowociach. Podobnie bylo z Lourdes. "Pewnego dnia" - wspominal mieszkaniec pobliskiego Omex - "kiedy przebywalem w Grocie, a mali wizjonerzy z Ossen, podobnie jak wielu ludzi z Lourdes, znajdowali sie w tamtej komorze, objawil sie im diabel. Nagle dal sie slyszec glos dobiegajacy ze szczeliny w skale, bardzo wysoki, jak glos skarconego i oburzonego dziecka. Oznajmil: «W dolinie Batsurguere, a zwlaszcza w Ossen, wielu jest dobrych ludzi; w Lourdes zyje jedynie halastra». Dlatego wystapilem przed wszystkich i powiedzialem: «Ktokolwiek to mowi, jest bardziej diabelski od samego diabla. Najwietsza Panienka nie odtraca nikogo, a zwlaszcza tych, ktorzy ogromnie potrzebuja nawrocenia»".
Jednakze innych, ktorzy byli tam obecni, nie przejelo to ani nie poruszylo. Pewna kobiete z Ossen tak urzeklo to, co uslyszala, ze gdyby maz jej nie powstrzymal, zamienilaby swa izbe w kaplice pod wezwaniem Najwietszej Panienki. Tak sie zlozylo, ze owa nieszczesna postradala zmysly i w przeciagu roku rozstala sie z zyciem.
Ale powiedzielimy juz wystarczajaco wiele, by nalezycie przedstawic zamet wywolany przez te "diabelstwa" w Lourdes i w najblizszym sasiedztwie tego miasteczka, a takie jednoznacznie wykazac, ze biskup, chcac przedrzec sie przez wszystkie te mniej lub bardziej fantastyczne reakcje, musial odwolac sie do calej swej roztropnoci. Jeli diablu chodzilo o zdyskredytowanie objawien Bernadetty poprzez pograzenie ich w masie groteskowych naladownictw i przejaskrawien, to trzeba przyznac, iz bliski byl osiagniecia tego celu. Na szczecie, biskup Laurence nie dal sie zwiec. Dnia 28 lipca 1858 roku podpisal nakaz powolania komisji odpowiedzialnej za zbadanie wizji z Lourdes. Znamienne bylo, ze od samego poczatku jedynym nazwiskiem, jakie wymieniano w zwiazku z przedmiotem owego dochodzenia, bylo Soubirous. Nawet slowem nie wspomniano o calej reszcie - przypomnianych tu przez nas - objawien. Ludzie madrzy widzieli w nich jedynie twory wybujalej wyobrani, cudactwo, moze nawet dzielo szatana. Czytelnik, ktory mial juz sposobnoc zapoznac sie z cala lista tych fenomenow, moze czuc sie zaskoczony ich liczba, intensywnocia i osobliwocia, a nawet wyrobic sobie, poniewczasie, doc niefortunny obraz przypadku Bernadetty. Ale gdy zastanowi sie nad tym, zdziwi sie jeszcze bardziej, jako ze wszystkie ciemne chmury watpliwoci i podejrzen rozwieja sie szybko i naturalnie w wietle prawdy.
Komisja biskupia, nie zwlekajac, przystapila do pracy. Prostota, prawoc, wytrwaloc i ewidentna szczeroc Bernadetty, z jednej strony, a z drugiej fakt, ze w Lourdes odnotowano w miedzyczasie autentyczne cuda, wystarczyly, by przekonac komisje, a kiedy po trzech latach zakonczyla ona prace, biskup Laurence mogl juz wlasna pieczecia potwierdzic, iz objawienia z Lourdes - znane nam z zywota Bernadetty - uznaje za wiarygodne.
Ale ciekawoc wzbudzic moze, co stalo sie z owym zastepem domniemanych wizjonerow, o ktorych wyczynach rozprawiano w Lourdes przez cale miesiace.
WIZJONERZY Z OSSEN
W roku 1878, kiedy ojciec Cros prowadzil z wlaciwa sobie dokladnocia swoje dochodzenie, zetknal sie z wizjonerami z Ossen. Oczywicie, w owym czasie byli oni juz ludmi doroslymi. Jak wiele z dawniejszych dowiadczen utrwalilo sie w ich umyslach .
Nic, albo prawie nic. Obaj wyroli na dobrych chrzecijan. Podczas parafialnej procesji ku czci Najwietszego Sakramentu Laurent Lacaze, i Jean-Pierre Pomies nalezeli do grupy glownych pomocnikow. Ojciec Cros zadal im szereg pytan. Laurent Lacaze stwierdzil, ze ledwie sobie przypomina, co widzial i czynil w roku 1878.
- Pamietam-powiedzial-ze chadzalem z innymi dziecmi do Groty; tam ujrzalem co jakby cien, nie potrafie jednak powiedziec, czy mial on okrelony ksztalt; czy moze przypominal kobiete lub mezczyzne. Nie pamietam tez, co robilem na drodze z Lourdes do Ossen.
Zdaniem wiekszoci tych, ktorzy zapamietali tamto zdarzenie nieco lepiej, owym "cieniem" widzianym przez Laurenta, musial byc sam diabel!
Jean-Pierre Pomies, wypytywany przez ojca Crosa, owiadczyl:
- Czesto bywalem w Grocie, zaciekawiony tymi wszystkimi opowieciami o tym, co sie tam dzialo. Podczas tamtych wizyt dwukrotnie co mi sie objawilo; za pierwszym razem zobaczylem w niszy skalnej olepiajaca jasnoc, a w samym jej rodku doc gesty cien. To wiatlo nie bylo ani czerwone, ani biale, i wydawalo sie siegac na wysokoc trzech stop. Nie wyroznilem w nim zadnej twarzy. Tak bylo przez jaki kwadrans. Za drugim razem widzialem to samo, ale ogromnie mnie zaskoczylo co, co stalo sie z mala dziewczynka, ktora rowniez miala widzenie. Kleczalem pomiedzy nia a jakim chlopcem; kazde z nas widzialo te wiatloc. Potem dziewczynka wyciagnela reke w strone miejsca, z ktorego bilo to wiatlo, i wieca, ktora trzymala w dloni, nagle zniknela, my za nie moglimy pojac, gdzie sie podziala. Ogromnie nas to zdumialo.
A zatem Jean-Pierre Pomies rowniez widzial jedynie "doc gesty cien", okolony wiatlocia, ktora nie byla ani czerwona, ani biala, ale nader intensywna. To on byl tym chlopcem, ktory, w obecnoci wiadkow, tak lekkomylnie i z niepojeta wprost zrecznocia wyskoczyl kiedy przez bardzo waskie okno. Ale w roku 1878 o nim i o drugim wizjonerze, Laurencie Lacaze, powiedziec mozna bylo: "Sa ludmi uczciwymi i dobrymi chrzecijanami; zly duch wykorzystal niegdy ich niewinnoc, ale zaden z nich nie byl nigdy wiadomym sojusznikiem szatana".
Tak oddal im honory ojciec Cros, majac w pamieci rozmowe z nimi.
WIZJONERZY Z LOURDES
Te same zaburzenia pamieci odnotowano u wielu wizjonerow z Lourdes.
Ojciec Cros, oczywicie, kazdemu z nich zadal szereg pytan i przekonal sie, ze wiekszoc ledwie pamieta swoje "wizje" z roku 1858 i 1859. Doprawdy, juz wkrotce po owej epidemii objawien ksiadz Serres, katecheta z Lourdes, stwierdzil, ze wielu z nich tuz przed Pierwsza Komunia - a przyjmujemy tu, ze w Lourdes, podobnie jak w wiekszoci francuskich diecezji, przystepowano do niej pomiedzy dwunastym a czternastym rokiem zycia, zachowalo tylko niejasne wspomnienie tego, co objawilo im sie w Grocie czy tez w jakim innym miejscu.
A jednak ojciec Cros rozmawial kilkoma z nich w dwadziecia lat poniej. Oto odpowied jakiej udzielil mu Alexandre Francois L.:
"Nie lubilem sie wloczyc, a moi rodzice trzymali mnie krotko, totez nie poszedlbym do Groty, gdyby nie namowilo mnie kilku kolegow ze szkoly. Wspialem sie z nimi do gornej komory, a potem kleknalem, zeby sie pomodlic. I wtedy zobaczylem, ze co tak bialego jak papier, wylania sie z glebi jaskini. Wygladalo mi to na czlowieka, ale nie bylem w stanie doszukac sie ani twarzy, ani rak, ani tez nog. Jak tylko reszta dzieciakow zaczela rozmawiac, zniklo mi to z oczu. Uciszylem ich i ta wizja znow sie pojawila. Widzialem, ze wracala tak przynajmniej piec razy. Wierz mi, jeli chcesz, ja to widzialem, a bylo to piekne".
Kolejny, ktorego ojciec Cros nazwal "najslawniejszym sporod bylych wizjonerow", obecnie ojciec czworga dzieci, powiedzial:
"Raz czy dwa bylem tam wtedy, gdy Bernadetta miala objawienia, i w owym czasie zrobilo to na mnie wrazenie, tak jak na wielu innych, jednakze nie przywiazywalem do tego wiekszej wagi, az do dnia, w ktorym wracalimy z jednym z moich rowienikow ze spaceru po lesie i zaszlimy do Groty. Kiedy juz tam bylem i modlilem sie, przesunelo sie przed mymi oczyma co, co mialo ludzka twarz. Zaczalem sie miac, potem sie rozplakalem, a wszyscy stwierdzili, ze przezylem objawienie. Opowiedzialem mojemu przyjacielowi, co zobaczylem.
Kilka kobiet przychodzilo do mojego domu, zeby zabrac mnie do La Ribere. Czasami nic nie widzialem; kiedy indziej dostrzegalem te sama zjawe i bylem tak przerazony, ze wolalem: «Na kolana! Na kolana! Calujcie ziemie!» Bywalo tez, ze widzialem, jak ta postac przesuwa sie miedzy drzewami na polanie.
Prosilem ludzi o ich rozance i kapalem je w Gave, gdyz czulem, ze powinienem tak postapic. Ktorego dnia, kiedy bylem sam w Grocie i mialem objawienie, ten kaplan, ktory postawil krzyz na szczycie Ger, zaszedl do Groty i, zobaczywszy mnie, powiedzial: «Zabieraj sie stad! To, co widzisz, jest wrogiem Prawdziwego Oblicza», a ja odszedlem».
Moze inne dzieci stroily miny tak jak ja, i wiele krzyczaly, ale nie potrafie powiedziec, o co im chodzilo; ja sie balem. Nigdy nie chodzilem sam do Groty, chyba ze za dnia. Nie odwazylbym sie pojc tam w nocy gdyby tamte kobiety nie przychodzily po mnie. Wierzyly, ze widywalem Najwietsza Panienke. Czasami wracalimy dopiero o dziesiatej lub wpol o do jedenastej.
Te kobiety zwykly mnie pytac: «Co widziale?», a ja zwykle odpowiadalem: «Najwietsza Panienke», choc w rzeczywistoci ukazywal mi sie mezczyzna. Twarze bywaly rozne. Czasami pojawiala sie broda. Kiedy zobaczylem te istote odziana w biel, ale nie przypominam sobie, bym zauwazyl jakie rece lub nogi.
To wszystko wydaje mi sie teraz bardzo pomieszane. Nie moglbym dokladnie okrelic, z czym mialem do czynienia..." Bylo to najdokladniejsze sporod wspomnien, jakie udalo sie ojcu Crosowi uzyskac w dwadziecia lat po tych wizjach. Jednakze wszyscy niegdysiejsi wizjonerzy zgadzali sie co do dwoch rzeczy: po pierwsze utrzymywali, ze nikt nie naklanial ich do symulowania objawien i ze zrodzily sie one w nich samych - a raczej podsuniete zostaly przez diabla, jak wiele innych przedtem - a po drugie, podkrelali, ze do ich postepkow niechetnie odnosila sie zarowno policja, jak i inni przedstawiciele jakichkolwiek wladz.
KONKLUZJA
Trudno wymagac by konkluzja, ktora tu przedstawimy, znacznie sie roznila od tej, do jakiej doszedl ojciec Cros, ktory mial, moznoc badania owych fenomenow z bliska i ktoremu zawdzieczamy wiele istotnych danych. On za byl przekonany, ze to szatan jest motorem wszystkich tych objawien, jako ze laczace je podobienstwo, okrelony porzadek, a nawet, rzec mozna, kryjaca sie za nimi strategia, nie bardzo wyglada na dzielo ktorego z uczestnikow tych wydarzen. Tych ostatnich przyrownac mozna do choru z greckich tragedii: to ich glosy slyszymy, ale przewodzi im niewatpliwie diabel. Jeli za rezysera owych fenomenow uznamy szatana, wyjani to w znacznej mierze ich dziwaczna postac. Wszak szatan musi sygnowac wszystkie swoje dziela. Z woli Bozej tak wielka byla roznica pomiedzy owymi wizjonerami, czy to kobietami, czy tez dziewczynkami i chlopcami, a spokojna i zrownowazona Bernadetta, ze nikt nie moglby ich utozsamiac, a odroznienie dobra od zla i prawdy od falszu nie nastreczalo najmniejszych trudnoci.
Winnimy tu przywolac dokonana przez ojca Crosa, koncowa ocene tych faktow, ktora w pelni podzielamy (zob. t. III, s. 272): "Pokazalimy juz, jak potwierdzenie tego, co boskie, wyrasta z niemocy najsilniejszych sprzeciwow; niezaleznie od tego, czy przeciwnikami byly osoby urzedowe, czy tez inne, ani jedni, ani drudzy nie byli w stanie spowolnic lub powstrzymac tego, co sie dzialo; wszystkim, co widzieli, byla Bernadetta, a Bernadetta sama w sobie byla niczym. Chmara wizjonerow rozwiala sie i rychlo o niej zapomniano: wiatloc bijaca od prawdziwej wizjonerki przeszyla owa chmure, czyniac ja jedynie tlem dla czystoci tego blasku.
I tak przelamany zostal nie tylko opor czlowieczy, ale i sprzeciw ze strony diabla. Szatan bowiem przez jaki czas mogl liczyc na wsparcie wrod ludzi wiary zwiedzionych jego knowaniami. Ale nawet ten ponury cien opromieniony byl wiatlem dziela boskiego; ten patron, choc tak potezny, nie potrafil pomoc wizjonerom, ci za znikali, unoszac ze soba swe grymasy, tak ze pozostala jedynie wietlana postac Bernadetty, skapanej w rzetelnoci i pokoju ducha".
Rozglos, jaki towarzyszyl obchodom stulecia objawien w Lourdes, zakonczonym u progu roku 1959, stanowi kolejny dowod mocy aury otaczajacej po dzi dzien pokorna Bernadette Soubirous, te, ktora sto lat wczeniej ogladala Najwietsza Panienke. Nie powinnimy jednak zapominac, ze Bernadetta wywodzaca sie z prostego ludu wiejskiego - podobnie jak Proboszcz z Ars - dopelnila swych dni w klasztorze w Nevers i ze w ostatnich godzinach przyszly jej zmagac sie z diablem, co przez cale swe zycie zmuszony byl czynic takze i ow wiatobliwy kaplan.
I kiedy tak lezala umierajaca, w pewnej chwili zdjal ja ogromny lek, a jedna z opiekujacych sie nia zakonnic uslyszala jej nader wyrane zadanie:
- Zostaw mnie, szatanie!
Niedlugo potem mala święta odzyskała spokój i zmarła zwycięska.
*przełożył: Jarosław Irzykowski, Exter, Gdańsk 1995