SREBRNA GÓRA 2000

                  Zobacz także : SREBRNA GÓRA 1999

RELACJA WINET:

Wielkie dzieki wszystkim, ktorzy przyjechali na II Spotkanie Ufomaniakow w Srebrnej Gorze. Po raz pierwszy czuje, ze piszac do tych, ktorzy tylko czytaja XK a sami tworczosci radosnej nie uskuteczniaja, nie pisze do sciany. Bowiem na Zlot przyjechala spora grupka osob, skladajaca sie prawie i wylacznie z niepiszacych i ich znajomych.
 
Sluchajcie, spotkanie na real to cudowna sprawa!!!! Bardzo sie wiec ciesze, ze udalo mi sie poznac tylu wspanialych ludzi ale przy okazji przyznam, ze zaluje pooooooooootwornie, ze nie udalo mi sie spotkac z tymi, ktorych bardzo lubie i ktorych znam juz od dosc dawna ale tylko w necie. Muad' jak mogles mi to zrobic... ;((  
Ale moze pare slow jak bylo, bo przeciez byscie mi nie darowali.  

Poczatek, moze nie wielki ale jednak...
 
Spotkanie zaczelo sie beze mnie. Wiem, ze to glupio brzmi, ale niestety nie mialam tyle czasu co rok temu by czatowac na ludzi od rana. W kazdym razie do schroniska dojechalam kolo 20 prosto z zakladu pracy. "Dojechalam" - jest warte podkreslenia, bo w Zabkowicach panowala prawie wiosna, wiec nawet nie przeszlo mi przez mysl, ze bede potrzebowala lancuchow zimowych rzut beretem od domu... ;)))  
Gdy z modlitwa na ustach podjechalam pod schron i weszlam, zobaczylam grupe szesciu osob siedzaca przy stole na swietlicy i nie probujaca przekrzyczec juz nawet wlaczonej telewizorni. Podeszlam wiec do brau i spytalam, czy moze juz ktos pytal o Winet. Nie, nie pytal nikt. Wdalam sie wiec w rozmowe z gospodarzami troche zawiedziona, ze nikogo nie ma i zastanawiajac sie, po co ja sie tak spieszylam i bralam zakrety z poslizgiem. I moze tak bym dlugo gadala, gdyby nie to, ze nagle uslyszalam swoje imie... :))))))))
 
Okazalo sie, ze Klubowicze poznali sie juz w autobusie, gdy przy ktoryms mocniejszym zakrecie jednemu z nich spadl plecak i wyleciala z niego kaseta z FTF. Pozostali rzucili sie na nia jak zglodniale sepy na padline i w chwile potem towarzystwo rozrzucone po calym autobusie probowalo zmiescic sie w miare mozliwosci na jednym siedzeniu i gdyby nie to, ze w Srebrnej autobus konczy kurs to ockneli by sie pewnie dopiero na granicy... belgijskiej...;)))
 
Zadnego z nich nie znalam i troche mi sie nicki mylily i wniosek nasuwa mi sie teraz taki, ze na nastepnym spotkaniu bede musiala porobic jakies tabliczy z nickami... W kazdym razie wzielam klucze do jednego z najwiekszych pokoi i poszlismy zrzucic tam graty. I zaczela sie pogadanka. Sowa - chlopak, ktory przyjechal z Pily usilowal w dysqsji uczestniczyc, ale co raz to i podpieral czolem stol. W zasadzie to skad ten nick...?;))) Udalo nam sie znalezc na framudze miedzy okami namalowanego ufoczka, wiec tym samym uznalismy pokoj za ochrzczony na nasze potrzeby.
 
Grubo po dziesiatej ja postanowilam pojechac do Zabkowic, bo Jeremy obiecal, ze przyjedzie w piatek wieczorem i wlasnie przyjechal ostatni autobus z Zabkowic a Jeremy'ego ani sladu. Udalo mi sie lagodnie wyjechac spod schronu i przejechalam moze ze 20 metrow gdy zobaczylam Jeremy'ego w towarzystwie dwoch dziewczym, czlapiacego spokojnie pod gore... ;))) Wykrecic sie nie dalo, wiec Jeremy zapakowal sie do samochodu i zjechalismy na dol, na przelecz. Drogi podjazd pod schron okazal sie niemozliwy. Kola wjechaly mi w wyslizgane koleiny po jakims duzym, terenowym samochodzie i mimo tego, ze Jeremy sie zapieral jak mogl i probowal pomoc mi wyjechac na swiezy snieg, samochod tylko wyl i wyl i wyl i wyl i wyl... I nic. W koncu udalo mi sie wjechac do rowu i to porzadnie, bo balam sie ze ktos zjezdzajac z gory moze nie wyhamowac i zdjac mi np. drzwi od strony pasazera... ;))) I poszlismy po pomoc do schroniska. Wyobrazcie sobie jak fajnie szlo mi sie w krotkich bucikach na obcasach bo nie chcialo mi sie przebierac na schronie i w rezultacie caly wieczor przesiedzialam w kostiumie w ktorym chodzilam w pracy...;))) Gospodarze chochotali dlugo i namietnie jak uslyszeli co probowalismy zrobic i w koncu jeden z nich postanowil wziasc mnie na hol. Mozna powiedziec, ze byl to
 
moj pierwszy raz
 
bo nigdy wczesniej nikt nie probowal mnie holowac i nawet hak lezal sobie spokojnie w bagazniku. W ten oto sposob z modlitwa na ustach, dusza na ramieniu, sercem w pietach i przerazeniem w oczach patrzylam jak terenowy jeep stal przed moim samochodem i krecil kolami w miejscu... i krecil... i krecil... i w koncu ruszyl i zaczal slizgajac sie jechac od roru do rowu...
 
Jakos dochachalismy. Biorac pod uwage, ze w zeszlym roku nie udalo mi sie dochechac nawet do polowy drogi wnioskuje, ze w przyszlym roku podjace pod schron bez problemow.  
Nawet nie wiem do ktorej gadalismy.  Bylo pozno, to fakt. Dwie dziewczyny, Marika i Miki zupenie wykonczone poszly spac do pokoju obok, po chwili poczlapal tam Sowa a my siedzielismy na lawkach, krzeslach i lezelismy w najdziwaczniejszych pozach na lozkach i nie wiem jakim cudem zaczynajac od dowcipow skonczylismy na zarciu. Najbardziej rozsmieszal nie Alien (kolejny Alien w XK!!!!;))), wiszacy najczesciej glowa w dol zeby moc patrzec na rozmowcow siedzacych na lozku pietro nizej ;)))))
 
Dzien Drugi i znow poczatek beze mnie ;((( ))))))
 
Poszlismy spac kolo 3 nad ranem. Zdaje sie wiekszosc z nas nie czaila juz< co mowi i nie ma sie co dziwic, ze texty lecialy takie: " - I ten samochd przed nami... - Co mowisz? Ze dzwonia na herbate...?! Nic nie slysze..." oraz " - I halas wtedy robia potworny. Mysla, ze jak wykreca tlumik z musztardy..." (Dla zainteresowanych - byla mowa o glosnej jezdzie motocyklami...;)))))))))))
 
Niestety rano okazalo sie, ze musze isc do pracy. U mnie w biurze byla to robocza sobota i choc zapowiedzialam, ze mnie nie ma, uwzieli sie i kazali wpasc choc na chwile. Nawet nie wiedzieli, ze nie ma mnie w domu i fakt, ze ja mam wlasnie jakas impreze, gosci i jestem zajeta wcale ich nie obchodzil. Pojechalam wiec do Zabkowic z Jeremy'm, ktory zbudzil sie rowno ze mna. I dzieki Bogu, bo sama bym nie wyjechala - okazalo sie, ze przez noc napadalo paredziesiat centymetrow sniegu i moj samochod znow zmienil sie w upartego osla, ktoremu zadna marchewka nie da rady... Po sniadaniu Jeremy'go zostawilam w domu by grzebal sobie w necie i wyskoczylam na pare chwil do mojej mordowni po czym oboje wyskoczylismy na chwile na miasto. Kupilam zarcie i jak wrocilismy, to bractwo jeszcze zalegalo w pokojach. Na dole, w swietlicy zastalismy jeszcze jednego delikwenta z X-Klubu o imieniu Drzewik (Nie trzewik, prosze... mam juz dosc przekrecania mojego imienia!!! ;)))) i gdy tylko weszlismy na pietro uslyszelismy muzyczke z "XF" przerywana muzyczka z "FTF" i odwrotnie. Gdy tylko strona sie konczyla, z pokoju obok ktos stukal w sciane i kaseta zaczynala sie krecic w druga strone i tak a piac, w kolko to samo...  
Kolo 11 obeszlam trzy zajmowane przez nas pokoje i oglosilam zbiorke za pol godzinach w szatach przypominajacych mieszkancow slumsow i ku mojemu zdzwieniu nikt nie mial na sobie kurtki adidasa itpd... Na zwyklym spinaczy powiesilismy na wprost wejscia wielka kartke z napisem, ze ufomaniacy ida na polowanie i ewentualnych dalszych gosci prosimy o cierpliwosc, wyrozumialosc i czekanie na nas w sali. Jeremy doszlifowal pieknie logo i dzielo zawislo na instrukcji przeciwpozarowej. Wyszlismy w komplecie przed schron i... zobaczylismy dwoch chlopakow z plecakami siedzacych na murku okalajacym budynek, wkolo ktorych skakaly dwa wielkie wilczury... Sluchajcie, cala ekipa nie zamarla na chwile i najfajniejsze bylo to, ze kazdy wychodzil gadajac i zamieral, nastepna osoba ladowala mu sie na plecy i mamroczac cos necenzuralnego pytala - co jest...? i tez zamierala i tak wszyscy staneli przed wejsciem i nie wiedzieli co maja zrobic. Poniewaz ja psy znalam juz od ladnych paru lat i wiem, ze sa lagodne jak baranki i starczy do nich podejsc z zamiarem poglaskania a juz podsuwaja leb a potem uwalaja sie delikwentowi na nogi i skomla wiec dostalam ataku smiechu tak potwornego, ze nawet nie moglam zagwizdac tylko wydawalam z siebie jakis warkot polaczony z jekami, nie mowiac juz ze czkawka meczyla mnie potem tak, ze mnie brzuch rozbolal...;))))))))))) Towarzystwo wkolo zdecydowalo sie co ma robic i piski i kwilenie i tego typu radosne rzenie trwaloby do skonczenia swiata, gdyby nie wsciekly okrzyk jednego z siedzacych - "I czego sie, do cholery, smiejecie!!!! Zabierzcie te bydlaki, ale juz!!!!!!" Po milej twarzyczce z wielkimi, czarnymi oczami namalowanej na plecaku jednego z oblezonych poznalismy swoich i dalismy im pare minut na zostawienie maleni i zwinelismy ich na forty.   A moze ja zabladzilam...? O_O
 
Tym razem to ja podjelam sie ciezkiego i odpowiedzialnego zajecia zwanego potocznie byciem przewodnikiem. Zawloklam wiec wszystkich na gore, kazalam wszystkim wleciec do fosy i malo brakowalo, by skonczylo sie to nieciekawie, bo Drzewik upadl sie taranowac olbrzymie drzewo choc wkolo mial pelno miejsca i glowa minal o wlos pien. Wpadl za to w krzaki i zrobil sobie dziure w rekawiczce... ;)))
 
Zaczelam nawet robic zdjecia, ale niestety przy ktoryms z kolejnych pomylilam zdziebko klawiature i wlaczylam przewijanie filmu z powrotem, wiec mamy tylko pare. Nie wiem jak ja ta klisze wywolam bo przeciez bede musiala sie do tego idiotyzmu przyznac i bedzie wesolo...  
W kazdym razie udalo mi sie znalezc calkiem fajne, waskie wejscie i na dzien dobry ludzie postukali sie pod moim katem w czolo. Nietoperzy nie znalezlismy, za to natknelismy sie na bielejace kosci co wywolalo konsternacje, bowiem pare minut wczesniej podczas proby mierzenia glebokosci jednej ze studni za pomoca kamienia uwiazanego do bardzo dlugiego sznurka, ktory sie platal pod nogami opowiedzialam, jak wygladalo budowanie fortow i opowiedzialam o zolnierzach wrzucacych po smierci do wapna by posluzyli za calkiem ladna zaprawe murarska. Kosci okazaly sie zarciem przywleczonym tam przez jakiegos psa co wyszlo na jaw jak gdy rozejrzelismy sie po okolicy i potem uwaznie staralismy sie przejsc przez waski trwanik nie zalany woda bez ubabrania sobie butow...
 
Poniewaz Jeremy'emu marzylo sie przejscie pod calymi fortami, staralam sie spelnic Jego marzenia i w koncu wlezlismy w jakis waski korytarzyk i nie mialam pojecia gdzie on prowadzi. Nie martwilam sie zbytnio bo zawsze w koncu wylezie sie do fosy, ale gdy okazalo sie, ze po paru minutach przelazenia prawie na czworaka przez waski tunel okazalo sie, ze mamy przed soba na pol zamarznieta wode po kolana, podroz zaczela odbywac sie whadlowo na plecach jedynego uczestnika w kaloszo-podobnych butach, ktory badal grunt przed soba, czepial sie sterczacych wkolo skal i probowal stawac na jakies kamienie, ktore tworzyly kiedys chodniczek, poki ich woda nie zalala. Marzenie Jeremy'ego spelnilo sie tyle o ile, bo zaliczylismy zeszloroczny rzygacz po czym po przeczolganiu sie do fosy kazalam braci ixowej wracac i oboje skrecalismy sie ze smiechu slyszac przeklenstwa miotane przez pocharatanych odkryrcow....;))))))
 
Do schroniska dotarlismy po 3 po poludniu w sposob bardzo prosty - mianowicie zjezdzajac na pewnej czesci cialam nieslusznie okreslanej mianem nieszlachetnej. Ociekajac woda, blotem, kurzem, otrzepujac sie z lisci, sniegu i wyjmujac z kazdego zaglebienia w obraniu kamienie i tym podobne w takt wlaczonej na powrot sciezki muzycznej z XF i FTF doprowadzilismy sie na tyle do porzadku by nie straszyc innych mieszkancow schroniska.  
Kompan desu!
 
I przygotowac sie na powitanie Kompana, ktory zjawil sie jak juz zapadly ciemnosci i zaczelam sie martwic czy przypadkiem nie probowal podjechac pod schronisko i nie skosil paru drzew na przeleczy lub czy nie wygrzebuje swojego auta gdzies z rowu.
 
Nie wiem o czym wszyscy gadali, bo dla wygody zajelismy cztery pokoje, choc szczerze mowiac dwa robily za garderobe, magazyn gratow i spizarnie bo towarzystwo zlazlo sie do dwoch zasadniczych - do tego, w ktorym bylismy w poprzednim roku i do pokoju obok. Kompan poszedl sie przywitac i dosc dlugo nie mogl wrocic...  
FTFTFTFTFTFTFTFTFTFTFTF....Koryto, korytko... koryteczko... i dokladke, prosze pani!... Rachunek prosze... yyy.... Ze co???!!!!!!!!!
 
Potem wiekszosc poszla cos wrzucic na ruszta, wiec przytargalam widelec i pelna para ruszyl "Fight the Future". Pilot sie znalazl i co pare minut ktos zatrzymywal kasete i przewijal kawawek do tylu, zeby dopatrzec sie jakiegos szczegolu. Jeremy i Kompan wspominajac zeszloroczna pizze, ktora musialam w Kompana pchac niemal kolanem zaczeli mnie maltretowac zebysmy w tym roku tez skoczyli do pizzeri. Zalapalo sie z nami jeszcze pare osob i wiecie, nie uwierzycie, ale szesc osob do cienkosza sie zmiescielo (samochod zbudowany na bazie rozbudowanego malucha zwany w pewnych kregach cienk-cienko). Z gory zjezdzalo sie swietnie i tak sie nam to spodobalo, ze Kompan przegapil skret i musielismy zawracac na wastkiej drodze wtulajac sie tapiceke, zeby Kompan widzial cokolwiek przez tylnia szybe... ;)))
 
Ja zamowilam sobie spaghetti po bolonsku, cala reszta towarzystwa zamowila sobie rozne rodzaje pizzy i potem kazdy chcial "sprobowac tej drugiej" co skonczylo sie na domawianiu paru nastepnych i w efekcie w drodze powrotnej tak jak w zeszlym roku zamienilismy sie w rozmodlona grupe apostolska by autko podolalo i wznosilismy pienia pochwalne, gdy znalezlismy sie na gorze. Standardowo piec metrow przed celem czyli miejscem do parkowania samochod zdechl i musielismy ostroznie wysiadac i wpychac Kompana zaraz za moje auto.
 
Katowany przez 3,5 godziny FTF prawie sie skonczyl, doogladalismy wiec koncowe pare minut i rozpelzlismy sie po pokojach. Czesc towarzystwa poszla "dusic komara" czyli zdrzemnac sie na chwilke a w dwoch innych pokojach towarzystwo zaczelo gadac. Dyskusja przeplatana makrela w sosie pomidorowym istniejaca co najmniej w osmiu puszkach trwalaby bez problemow do rana gdyby nie pooootworny pisk, ktory dobiegl nas gdzies kolo 22. Cale towarzystwo wylecialo z pokoju a jakim cudem drzwi ostaly sie w zawiasach to do dzis nie wiem. Cale niespiace towarzystwo zostalo szybko powiekszone o obudzonych spiacych - bo krzyk postawil chyba na nogi wszystkich nieboszczykow na najblizszym cmentarzu. I gdy tak wszyscy stali na korytarzu, z lazienki wyszla ociekajaca woda mloda osobka owinieta szlafrokiem i zapytala nas niewyraznie: "Kto umie odkrecic ciepla wode pod prysznicem?" i szczekajac zebami poszla do jakiegos pokoju...
 
Ja, Kompan i Jeremy wrocilismy wyc z komiksow i zaprosilismy do nas paru innych ludzi i w chwile potem okazalo sie, ze komiks o kocie stal sie bestsellerem. W tym samym czasie z rak do rak krazyly jakies ficki, opowiadanka, ktos przywiozl ze soba pokserowane do wielskosci zmuszajacej do uzycia lupy zegramistrzowskiej ksiazki o M&S. W pokoju obok wylaczyli wreszcie lecacy przez ostatnie pare stron ;))) metal i powrocono do klimatow para.
 
To co, idziemy spac? A ktora jest? A, dopiero polnoc? To OK...!!!
 
Nie wiem do ktorej gadalismy. Pod koniec urozmaiconego wieczoru towarzystwo porozlazilo sie po pokojach. Lezac juz pod cieplutka kolderka dlugo jeszcze rozmawialismy z Kompanem i Jeremy'm o sprawach para, klubowych, anime i studiach, pracy itp. Potem Kompan zasnal a Jeremy i ja jeszcze cos bredzilismy ale na koniec nie mogac doczekac sie na jakas sensowna odpowiedz Jeremy zapytal "To co, idziemy spac?" a ja odpowiedzialam (podobno, bo ja tego nie pamietam!!) "Ida swinskie ryjki".
 
O ktorej masz pociag? Hej, kto ma rozklad?! To ja sie zabieram z
dziewczynami!!!!!!!

 
Niestety nastala niedziela. Trzeba bylo sie rozjechac - nie w dokladnym tego slowa znaczeniu oczywiscie, choc jesli ktos mialby na to ochote to oczywiscie ja i Kompan sluzylismy samochodami;)))) Obudzila mnie muzyka. Nawe, nawet niezla choc dopiero po chwili zalapalam, ze czesciowo utwor sklada sie z piania chorem jakiegos utworu Bregovica. Jeremy i Kompan tez podniesli oko i okazalo sie, ze jest juz kolo 10. Zwklelismy zwloki i zobaczylismy co dzieje sie na korytarzu. A tam wszyscy okupowali moj czajnik elektryczny czekajac potulnie w kolejne na goraca wode. W rezultacie nie chcac przerywac toczonej rozmowy wszyscy zeszli sie na schody ze sniadaniem i zrobil sie nieoczekiwanie prawie szwedzki stol na podlodze, tym bardziej ze impreza konczyla sie i kazdy chcial pozbyc sie zbednego zapasu jedzenia. O tej porze spalo tylko troje X-phili - Marika, Pawel i Ozi, ktorzy poszli w nocy ogladac okolice. Niestety wszyscy juz zaczynali sie z wolna pakowac, wiec nie udalo mi sie pozrzucac ludzi z mostu, ale wspomnialam o sciance alpinistycznej z tylu schroniska. W efekcie ostatni uczestnicy mieli jeszcze sporo czasu na uskutecznianie lazenia po niej...
 
Przez jakis czas trwaly jeszcze jakies smetne wymienianie sie rozmaitymi drobiazgami i smetne kiwanie sie na lawkach bo wszyscy zerkali juz na zegarki i trzeba bylo sie zbierac a odnosilam wrazenie, ze wcale nie maja na to ochoty. Na do-wi-dze-nia ja narobilam zamieszania bo oczywiscie posialam gdzies kluczyki od samochodu, ale szczesciem sie znalazly.
 
No to... see you next time...
 
Ja i Kompan skomletowalismy obsade do samochodow i gdzies po poludniu jakos usciskalismy sie wszyscy i ze smetnymi minami zapakowalismy do autek i wyjechalismy ze Srebrnej. Na rozjezdzie na obwodnicy w Zabkowicach trabilismy i migalismy swiatlami jeszcze do siebie ale niestety w koncu drogi sie nam rozjechaly, ja wyrzucilam jeszcze ludzi na dworcu autobusowym i po pomachaniu sobie lapkami wsiadlam do samochodu i pojechalam do domu. Gdzie wzielam na kolana notebooka i wzielam sie na powrot do pisania raportu z "Production meeting" i poczulam sie przez chwile, jakby nie minela nawet jedna chwila od momentu gdy wyszlam z sali konferencyjnej... Ale po chwili pamiec mi wrocila i powiem Wam szczerze, ten weekend moge zaliczyc do jednego z lepszych i lepiej spedzonych weekendow w ciagu ostatniego roku.  
So, Milo bylo i szkoda, ze sie skonczylo. Jak tylko doczekam sie jakis pikczersow to Wam je zrzuce na stroniczke i do XK a narazie czas konczyc.
  Trzymajcie sie wiec i do nastepnego spotkania!!!!
Pozdrowienia i usciski serdeczne, szczegolnie dla uczestnikow spotkania!!!!!! Papacie!!! Winet  

RELACJA KOMPANA:

Witajcie,
 
Wlasciwie to nie mam wiele do opisywania, bo bylem na zlocie dosc krotko. Dokulalem sie do Srebrnej Gory w sobote wieczorem, przy czym okazalo sie, ze od Poznania do SG jest sucho i wiosennie, a w SG lezy snieg i na zakretach mozna bylo sie poslizgac :)
 
Droga do samego schroniska byla wystarczajaco sliska (chociaz nie tak, jak w zeszlym roku :) zeby nie dalo sie tam dojechac. Potuptalem wiec piechotka i juz przy schronisku zaczalem sie rozgladac za znajomym pieskiem, ale tym razem nic nie chcialo mnie zjesc :) Na dole spotkalem Winet i Jeremy'ego, oraz kilka osob, ktorych nickow nie wymienie - wybaczcie, ale nie wszystkich kojarze, a nie chce przekrecac, wiec bede Was opisywal :)
 
W pokojach na gorze rowniez bylo Xowo, bo w jednym pokoju toczyla sie zazarta dyskusja na temat Roswell plus wymiana kaset (chyba z pierwszego sezonu :) a w drugim (tym ze Scully na scianie :) z magnetofonu byl meczony soundtrack zgadnijcie z jakiego serialu (podobno z malymi przerwami lecial od rana ;) Ekipa miala juz za soba zwiedzanie fortow, wiec rowniez slynny trzydziestometrowy tunel byl tematem rozmow. Ale tym razem nie bylo nietoperzy, choc tradycji stalo sie zadosc i do schroniska byl zjazd po stromym zboczu :)
 
Przy okazji, Bardzo Fajni Ludzie, ktorzy przybyli na spotkanie okazali sie przede wszystkim klubowiczami nie zabierajacymi glosu na formum XK (plus kilku ich kumpli), ktorych goraco POZDRAWIAM, bo swietnie sie z nimi gadalo. Moze jednak zaczniecie pisac? :) Rowniez wyrazy uznania dla 'nowego' (rowniez nie pamietam nicka), ktory wyrwal sie na zlot, chociaz w XK jest od stycznia :))) Dla wiadomosci meskiej czesci XK - na zlot przybyly tez dwie Klubowiczki ^_^ chociaz jechaly ciopongami przez pol Polski! W sumie bylo nas chyba 13 albo 14 maniakow (nie pamietam czy ze mna, czy beze mnie :)
 
A jakos nie zauwazylem nikogo ze 'stalych bywalcow', ktorzy to mieli zamiar, a nawet juz sie wybierali.... dedykuje Wam ogolnie znane Trzy Slowa...   i stwierdzam, ze i tak bawilismy sie swietnie.
 
OK, kiedy juz klapnalem sobie w pokoju (tym bez Scully, ale za to pomalowanym w zolte plamy ;) i troszke rozprostowalem, Winet zrealizowala swoje grozby i wyciagnela nas na pizze. Poniewaz czesc grupy dopadla TV i magnetowidu, a po wlozeniu kasety z FTF utworzyla ze sprzetem nierozerwalna calosc, poszlismy na pizze w skladzie szescioosobowym. Knajpa byla swietnie urzadzona, z nietynkowanej cegly i z drewnianymi wiazaniami w murze, do tego biesiadne stoly i lawy i oczywiscie plonacy kominek. Rewelacja. Pizza byla tania, dobra i duza (choc Jeremy twierdzil, ze wcale nie taka duza ;)  i posluzyla za kolacje. Siedzielismy i gadalismy, az wreszcie w lokalu zrobilo sie troche ciemno od dymu, bo wciaz schodzili sie ludzie, a wiekszosc kopcila papierochy. Ewakuowalismy sie wiec na dwor i (po zachlysnieciu sie swiezym powietrzem ;) wrocilismy do schroniska. Tam wlasnie konczyl sie film, wiec wlezlismy na poczatek nowej dyskusji. Poniewaz /me nie byl w temacie ^_^' posiedzialem troche w jednym pokoju a troche w drugim, przysluchujac sie, co tez ludzie gadaja (hehe, i kogo obgaduja :). IMHO w dyskusji rzadzil 'student psychologii' - argumenty byly zabojcze, chociaz 'gosc z walkmanem' nie ustepowal pola - ta polemike nalezaloby logowac i wrzucic do XK :))))
 
Wreszcie w pokoju ze Scully zrobil sie sleeping room, w drugim pokoju wprost przeciwnie (a muzyke z XF zastapil S&M Metalliki ;), a ja zwloklem sie do zoltoplamiastego pokoju. Gdzie dopadl mnie Jeremy i zasypal komiksami, w trakcie czytania ktorych dostawalem atakow smiechu ;)))) I nie tylko ja, bo to samo podzialalo na Winet i dwie inne osoby, ktore nierozwaznie zajrzaly do nas :)  Tak wiec milosnikow m&a jest wiecej, niz by sie to moglo zdawac. Rowniez nie tylko ja mam hopla na punkcie EvD, bo gosc, z ktorym rozmawialem na korytarzu chyba pol godziny (jeszcze raz sorry ze nie pamietam ksywek, ale nie zapisywalem) byl tak obryty w temacie, ze az mi glupio ^_^' Kolo jedenastej klapnalem na lozko z zamiarem wypoczywania, przegadalismy tak az do polnocy, nastepnie zgasilismy swiatlo z zamiarem spania i przegadalismy nastepna godzine :)))))
 
Obudzil mnie mjuzik i halasy z pokoju obok - bylo kolo dziesiatej. Na dzien dobry pogledzilismy jeszcze troche przy sniadaniu i kurcze trzeba bylo sie powoli zbierac. Pare osob juz ruszylo na ciopongi w strone Rzeszowa i Wawy, pozostala ekipa tez sie pakowala. A trzech maniakow zaatakowalo scianke wspinaczkowa z tylu schroniska, bo mieli pociag dopiero po poludniu :)))
 
Dla mnie zlot byl cholernie krotki, bo dotarlem dopiero w sobote wieczorem, zamiast w piatek rano :)  ale mimo to atmosfera byla super i chetnie pojechalbym jeszcze raz. Thanxy dla Winet ! ^_^
 
BTW mieszkancy Wroclawia - przejazd przez Wroclaw jest straszny... :) A po drodze trafilem na 'lipny radiowoz' - namalowany na scianie domu, coby przestraszyc kierowcow. Brakowalo przy nim tylko nadmuchiwanego gliniarza z suszarka ;))) Do Poznania dotarlem po poludniu. Bylo SUPER. Czekam na III OZXK'SG Howgh.
 
Trzy Slowa = Wielka, Wielka Szkoda.

powrót do strony głównej