Wielkie dzieki wszystkim, ktorzy przyjechali na II Spotkanie Ufomaniakow w
Srebrnej Gorze. Po raz pierwszy czuje, ze piszac do tych, ktorzy tylko
czytaja XK a sami tworczosci radosnej nie uskuteczniaja, nie pisze do
sciany. Bowiem na Zlot przyjechala spora grupka osob, skladajaca sie
prawie i wylacznie z niepiszacych i ich znajomych.
Sluchajcie, spotkanie na real to cudowna sprawa!!!!
Bardzo sie wiec ciesze, ze udalo mi sie poznac tylu wspanialych ludzi ale
przy okazji przyznam, ze zaluje pooooooooootwornie, ze nie udalo mi sie
spotkac z tymi, ktorych bardzo lubie i ktorych znam juz od dosc dawna ale
tylko w necie. Muad' jak mogles mi to zrobic... ;((
Ale moze pare slow jak bylo, bo przeciez byscie mi nie darowali.
Poczatek, moze nie wielki ale jednak...
Spotkanie zaczelo sie beze mnie. Wiem, ze to glupio brzmi, ale niestety
nie mialam tyle czasu co rok temu by czatowac na ludzi od rana. W kazdym
razie do schroniska dojechalam kolo 20 prosto z zakladu pracy.
"Dojechalam" - jest warte podkreslenia, bo w Zabkowicach panowala prawie
wiosna, wiec nawet nie przeszlo mi przez mysl, ze bede potrzebowala
lancuchow zimowych rzut beretem od domu... ;)))
Gdy z modlitwa na ustach podjechalam pod schron i weszlam, zobaczylam
grupe szesciu osob siedzaca przy stole na swietlicy i nie probujaca
przekrzyczec juz nawet wlaczonej telewizorni. Podeszlam wiec do brau i
spytalam, czy moze juz ktos pytal o Winet. Nie, nie pytal nikt. Wdalam sie
wiec w rozmowe z gospodarzami troche zawiedziona, ze nikogo nie ma i
zastanawiajac sie, po co ja sie tak spieszylam i bralam zakrety z
poslizgiem. I moze tak bym dlugo gadala, gdyby nie to, ze nagle uslyszalam
swoje imie... :))))))))
Okazalo sie, ze Klubowicze poznali sie juz w autobusie, gdy przy ktoryms
mocniejszym zakrecie jednemu z nich spadl plecak i wyleciala z niego
kaseta z FTF. Pozostali rzucili sie na nia jak zglodniale sepy na padline
i w chwile potem towarzystwo rozrzucone po calym autobusie probowalo
zmiescic sie w miare mozliwosci na jednym siedzeniu i gdyby nie to, ze w
Srebrnej autobus konczy kurs to ockneli by sie pewnie dopiero na
granicy... belgijskiej...;)))
Zadnego z nich nie znalam i troche mi sie nicki mylily i wniosek nasuwa mi
sie teraz taki, ze na nastepnym spotkaniu bede musiala porobic jakies
tabliczy z nickami... W kazdym razie wzielam klucze do jednego z
najwiekszych pokoi i poszlismy zrzucic tam graty. I zaczela sie pogadanka.
Sowa - chlopak, ktory przyjechal z Pily usilowal w dysqsji uczestniczyc,
ale co raz to i podpieral czolem stol. W zasadzie to skad ten nick...?;)))
Udalo nam sie znalezc na framudze miedzy okami namalowanego ufoczka, wiec
tym samym uznalismy pokoj za ochrzczony na nasze potrzeby.
Grubo po dziesiatej ja postanowilam pojechac do Zabkowic, bo Jeremy
obiecal, ze przyjedzie w piatek wieczorem i wlasnie przyjechal ostatni
autobus z Zabkowic a Jeremy'ego ani sladu. Udalo mi sie lagodnie wyjechac
spod schronu i przejechalam moze ze 20 metrow gdy zobaczylam Jeremy'ego w
towarzystwie dwoch dziewczym, czlapiacego spokojnie pod gore... ;)))
Wykrecic sie nie dalo, wiec Jeremy zapakowal sie do samochodu i
zjechalismy na dol, na przelecz. Drogi podjazd pod schron okazal sie
niemozliwy. Kola wjechaly mi w wyslizgane koleiny po jakims duzym,
terenowym samochodzie i mimo tego, ze Jeremy sie zapieral jak mogl i
probowal pomoc mi wyjechac na swiezy snieg, samochod tylko wyl i wyl i wyl
i wyl i wyl... I nic. W koncu udalo mi sie wjechac do rowu i to porzadnie,
bo balam sie ze ktos zjezdzajac z gory moze nie wyhamowac i zdjac mi np.
drzwi od strony pasazera... ;))) I poszlismy po pomoc do schroniska.
Wyobrazcie sobie jak fajnie szlo mi sie w krotkich bucikach na obcasach bo
nie chcialo mi sie przebierac na schronie i w rezultacie caly wieczor
przesiedzialam w kostiumie w ktorym chodzilam w pracy...;))) Gospodarze
chochotali dlugo i namietnie jak uslyszeli co probowalismy zrobic i w
koncu jeden z nich postanowil wziasc mnie na hol. Mozna powiedziec, ze byl
to
moj pierwszy raz
bo nigdy wczesniej nikt nie probowal mnie holowac i nawet hak lezal sobie
spokojnie w bagazniku. W ten oto sposob z modlitwa na ustach, dusza na
ramieniu, sercem w pietach i przerazeniem w oczach patrzylam jak terenowy
jeep stal przed moim samochodem i krecil kolami w miejscu... i krecil... i
krecil... i w koncu ruszyl i zaczal slizgajac sie jechac od roru do
rowu...
Jakos dochachalismy. Biorac pod uwage, ze w zeszlym roku nie udalo mi sie
dochechac nawet do polowy drogi wnioskuje, ze w przyszlym roku podjace pod
schron bez problemow.
Nawet nie wiem do ktorej gadalismy. Bylo pozno, to fakt. Dwie dziewczyny,
Marika i Miki zupenie wykonczone poszly spac do pokoju obok, po chwili
poczlapal tam Sowa a my siedzielismy na lawkach, krzeslach i lezelismy w
najdziwaczniejszych pozach na lozkach i nie wiem jakim cudem zaczynajac od
dowcipow skonczylismy na zarciu. Najbardziej rozsmieszal nie Alien
(kolejny Alien w XK!!!!;))), wiszacy najczesciej glowa w dol zeby moc
patrzec na rozmowcow siedzacych na lozku pietro nizej ;)))))
Dzien Drugi i znow poczatek beze mnie ;((( ))))))
Poszlismy spac kolo 3 nad ranem. Zdaje sie wiekszosc z nas nie czaila juz<
co mowi i nie ma sie co dziwic, ze texty lecialy takie: " - I ten samochd
przed nami... - Co mowisz? Ze dzwonia na herbate...?! Nic nie slysze..."
oraz " - I halas wtedy robia potworny. Mysla, ze jak wykreca tlumik z
musztardy..." (Dla zainteresowanych - byla mowa o glosnej jezdzie
motocyklami...;)))))))))))
Niestety rano okazalo sie, ze musze isc do pracy. U mnie w biurze byla to
robocza sobota i choc zapowiedzialam, ze mnie nie ma, uwzieli sie i kazali
wpasc choc na chwile. Nawet nie wiedzieli, ze nie ma mnie w domu i fakt,
ze ja mam wlasnie jakas impreze, gosci i jestem zajeta wcale ich nie
obchodzil. Pojechalam wiec do Zabkowic z Jeremy'm, ktory zbudzil sie rowno
ze mna. I dzieki Bogu, bo sama bym nie wyjechala - okazalo sie, ze przez
noc napadalo paredziesiat centymetrow sniegu i moj samochod znow zmienil
sie w upartego osla, ktoremu zadna marchewka nie da rady... Po sniadaniu
Jeremy'go zostawilam w domu by grzebal sobie w necie i wyskoczylam na pare
chwil do mojej mordowni po czym oboje wyskoczylismy na chwile na miasto.
Kupilam zarcie i jak wrocilismy, to bractwo jeszcze zalegalo w pokojach.
Na dole, w swietlicy zastalismy jeszcze jednego delikwenta z X-Klubu o
imieniu Drzewik (Nie trzewik, prosze... mam juz dosc przekrecania mojego
imienia!!! ;)))) i gdy tylko weszlismy na pietro uslyszelismy muzyczke z
"XF" przerywana muzyczka z "FTF" i odwrotnie. Gdy tylko strona sie
konczyla, z pokoju obok ktos stukal w sciane i kaseta zaczynala sie krecic
w druga strone i tak a piac, w kolko to samo...
Kolo 11 obeszlam trzy zajmowane przez nas pokoje i oglosilam zbiorke za
pol godzinach w szatach przypominajacych mieszkancow slumsow i ku mojemu
zdzwieniu nikt nie mial na sobie kurtki adidasa itpd... Na zwyklym
spinaczy powiesilismy na wprost wejscia wielka kartke z napisem, ze
ufomaniacy ida na polowanie i ewentualnych dalszych gosci prosimy o
cierpliwosc, wyrozumialosc i czekanie na nas w sali. Jeremy doszlifowal
pieknie logo i dzielo zawislo na instrukcji przeciwpozarowej. Wyszlismy w
komplecie przed schron i... zobaczylismy dwoch chlopakow z plecakami
siedzacych na murku okalajacym budynek, wkolo ktorych skakaly dwa wielkie
wilczury... Sluchajcie, cala ekipa nie zamarla na chwile i najfajniejsze
bylo to, ze kazdy wychodzil gadajac i zamieral, nastepna osoba ladowala mu
sie na plecy i mamroczac cos necenzuralnego pytala - co jest...? i tez
zamierala i tak wszyscy staneli przed wejsciem i nie wiedzieli co maja
zrobic. Poniewaz ja psy znalam juz od ladnych paru lat i wiem, ze sa
lagodne jak baranki i starczy do nich podejsc z zamiarem poglaskania a juz
podsuwaja leb a potem uwalaja sie delikwentowi na nogi i skomla wiec
dostalam ataku smiechu tak potwornego, ze nawet nie moglam zagwizdac tylko
wydawalam z siebie jakis warkot polaczony z jekami, nie mowiac juz ze
czkawka meczyla mnie potem tak, ze mnie brzuch rozbolal...;)))))))))))
Towarzystwo wkolo zdecydowalo sie co ma robic i piski i kwilenie i tego
typu radosne rzenie trwaloby do skonczenia swiata, gdyby nie wsciekly
okrzyk jednego z siedzacych - "I czego sie, do cholery, smiejecie!!!!
Zabierzcie te bydlaki, ale juz!!!!!!" Po milej twarzyczce z wielkimi,
czarnymi oczami namalowanej na plecaku jednego z oblezonych poznalismy
swoich i dalismy im pare minut na zostawienie maleni i zwinelismy ich na
forty.
A moze ja zabladzilam...? O_O
Tym razem to ja podjelam sie ciezkiego i odpowiedzialnego zajecia zwanego
potocznie byciem przewodnikiem. Zawloklam wiec wszystkich na gore, kazalam
wszystkim wleciec do fosy i malo brakowalo, by skonczylo sie to
nieciekawie, bo Drzewik upadl sie taranowac olbrzymie drzewo choc wkolo
mial pelno miejsca i glowa minal o wlos pien. Wpadl za to w krzaki i
zrobil sobie dziure w rekawiczce... ;)))
Zaczelam nawet robic zdjecia, ale niestety przy ktoryms z kolejnych
pomylilam zdziebko klawiature i wlaczylam przewijanie filmu z powrotem,
wiec mamy tylko pare. Nie wiem jak ja ta klisze wywolam bo przeciez bede
musiala sie do tego idiotyzmu przyznac i bedzie wesolo...
W kazdym razie udalo mi sie znalezc calkiem fajne, waskie wejscie i na
dzien dobry ludzie postukali sie pod moim katem w czolo. Nietoperzy nie
znalezlismy, za to natknelismy sie na bielejace kosci co wywolalo
konsternacje, bowiem pare minut wczesniej podczas proby mierzenia
glebokosci jednej ze studni za pomoca kamienia uwiazanego do bardzo
dlugiego sznurka, ktory sie platal pod nogami opowiedzialam, jak wygladalo
budowanie fortow i opowiedzialam o zolnierzach wrzucacych po smierci do
wapna by posluzyli za calkiem ladna zaprawe murarska. Kosci okazaly sie
zarciem przywleczonym tam przez jakiegos psa co wyszlo na jaw jak gdy
rozejrzelismy sie po okolicy i potem uwaznie staralismy sie przejsc przez
waski trwanik nie zalany woda bez ubabrania sobie butow...
Poniewaz Jeremy'emu marzylo sie przejscie pod calymi fortami, staralam sie
spelnic Jego marzenia i w koncu wlezlismy w jakis waski korytarzyk i nie
mialam pojecia gdzie on prowadzi. Nie martwilam sie zbytnio bo zawsze w
koncu wylezie sie do fosy, ale gdy okazalo sie, ze po paru minutach
przelazenia prawie na czworaka przez waski tunel okazalo sie, ze mamy
przed soba na pol zamarznieta wode po kolana, podroz zaczela odbywac sie
whadlowo na plecach jedynego uczestnika w kaloszo-podobnych butach, ktory
badal grunt przed soba, czepial sie sterczacych wkolo skal i probowal
stawac na jakies kamienie, ktore tworzyly kiedys chodniczek, poki ich woda
nie zalala. Marzenie Jeremy'ego spelnilo sie tyle o ile, bo zaliczylismy
zeszloroczny rzygacz po czym po przeczolganiu sie do fosy kazalam braci
ixowej wracac i oboje skrecalismy sie ze smiechu slyszac przeklenstwa
miotane przez pocharatanych odkryrcow....;))))))
Do schroniska dotarlismy po 3 po poludniu w sposob bardzo prosty -
mianowicie zjezdzajac na pewnej czesci cialam nieslusznie okreslanej
mianem nieszlachetnej. Ociekajac woda, blotem, kurzem, otrzepujac sie z
lisci, sniegu i wyjmujac z kazdego zaglebienia w obraniu kamienie i tym
podobne w takt wlaczonej na powrot sciezki muzycznej z XF i FTF
doprowadzilismy sie na tyle do porzadku by nie straszyc innych mieszkancow
schroniska.
Kompan desu!
I przygotowac sie na powitanie Kompana, ktory zjawil sie jak juz zapadly
ciemnosci i zaczelam sie martwic czy przypadkiem nie probowal podjechac
pod schronisko i nie skosil paru drzew na przeleczy lub czy nie wygrzebuje
swojego auta gdzies z rowu.
Nie wiem o czym wszyscy gadali, bo dla wygody zajelismy cztery pokoje,
choc szczerze mowiac dwa robily za garderobe, magazyn gratow i spizarnie
bo towarzystwo zlazlo sie do dwoch zasadniczych - do tego, w ktorym
bylismy w poprzednim roku i do pokoju obok. Kompan poszedl sie przywitac i
dosc dlugo nie mogl wrocic...
FTFTFTFTFTFTFTFTFTFTFTF....Koryto, korytko... koryteczko... i dokladke,
prosze pani!... Rachunek prosze... yyy.... Ze co???!!!!!!!!!
Potem wiekszosc poszla cos wrzucic na ruszta, wiec przytargalam widelec i
pelna para ruszyl "Fight the Future". Pilot sie znalazl i co pare minut
ktos zatrzymywal kasete i przewijal kawawek do tylu, zeby dopatrzec sie
jakiegos szczegolu. Jeremy i Kompan wspominajac zeszloroczna pizze, ktora
musialam w Kompana pchac niemal kolanem zaczeli mnie maltretowac zebysmy w
tym roku tez skoczyli do pizzeri. Zalapalo sie z nami jeszcze pare osob i
wiecie, nie uwierzycie, ale szesc osob do cienkosza sie zmiescielo
(samochod zbudowany na bazie rozbudowanego malucha zwany w pewnych kregach
cienk-cienko). Z gory zjezdzalo sie swietnie i tak sie nam to spodobalo,
ze Kompan przegapil skret i musielismy zawracac na wastkiej drodze
wtulajac sie tapiceke, zeby Kompan widzial cokolwiek przez tylnia szybe...
;)))
Ja zamowilam sobie spaghetti po bolonsku, cala reszta towarzystwa zamowila
sobie rozne rodzaje pizzy i potem kazdy chcial "sprobowac tej drugiej" co
skonczylo sie na domawianiu paru nastepnych i w efekcie w drodze powrotnej
tak jak w zeszlym roku zamienilismy sie w rozmodlona grupe apostolska by
autko podolalo i wznosilismy pienia pochwalne, gdy znalezlismy sie na
gorze. Standardowo piec metrow przed celem czyli miejscem do parkowania
samochod zdechl i musielismy ostroznie wysiadac i wpychac Kompana zaraz za
moje auto.
Katowany przez 3,5 godziny FTF prawie sie skonczyl, doogladalismy wiec
koncowe pare minut i rozpelzlismy sie po pokojach. Czesc towarzystwa
poszla "dusic komara" czyli zdrzemnac sie na chwilke a w dwoch innych
pokojach towarzystwo zaczelo gadac. Dyskusja przeplatana makrela w sosie
pomidorowym istniejaca co najmniej w osmiu puszkach trwalaby bez problemow
do rana gdyby nie pooootworny pisk, ktory dobiegl nas gdzies kolo 22. Cale
towarzystwo wylecialo z pokoju a jakim cudem drzwi ostaly sie w zawiasach
to do dzis nie wiem. Cale niespiace towarzystwo zostalo szybko powiekszone
o obudzonych spiacych - bo krzyk postawil chyba na nogi wszystkich
nieboszczykow na najblizszym cmentarzu. I gdy tak wszyscy stali na
korytarzu, z lazienki wyszla ociekajaca woda mloda osobka owinieta
szlafrokiem i zapytala nas niewyraznie: "Kto umie odkrecic ciepla wode pod
prysznicem?" i szczekajac zebami poszla do jakiegos pokoju...
Ja, Kompan i Jeremy wrocilismy wyc z komiksow i zaprosilismy do nas paru
innych ludzi i w chwile potem okazalo sie, ze komiks o kocie stal sie
bestsellerem. W tym samym czasie z rak do rak krazyly jakies ficki,
opowiadanka, ktos przywiozl ze soba pokserowane do wielskosci zmuszajacej
do uzycia lupy zegramistrzowskiej ksiazki o M&S. W pokoju obok wylaczyli
wreszcie lecacy przez ostatnie pare stron ;))) metal i powrocono do
klimatow para.
To co, idziemy spac? A ktora jest? A, dopiero polnoc? To OK...!!!
Nie wiem do ktorej gadalismy. Pod koniec urozmaiconego wieczoru
towarzystwo porozlazilo sie po pokojach. Lezac juz pod cieplutka kolderka
dlugo jeszcze rozmawialismy z Kompanem i Jeremy'm o sprawach para,
klubowych, anime i studiach, pracy itp. Potem Kompan zasnal a Jeremy i ja
jeszcze cos bredzilismy ale na koniec nie mogac doczekac sie na jakas
sensowna odpowiedz Jeremy zapytal "To co, idziemy spac?" a ja
odpowiedzialam (podobno, bo ja tego nie pamietam!!) "Ida swinskie ryjki".
O ktorej masz pociag? Hej, kto ma rozklad?! To ja sie zabieram z
dziewczynami!!!!!!!
Niestety nastala niedziela. Trzeba bylo sie rozjechac - nie w dokladnym
tego slowa znaczeniu oczywiscie, choc jesli ktos mialby na to ochote to
oczywiscie ja i Kompan sluzylismy samochodami;)))) Obudzila mnie muzyka.
Nawe, nawet niezla choc dopiero po chwili zalapalam, ze czesciowo utwor
sklada sie z piania chorem jakiegos utworu Bregovica. Jeremy i Kompan tez
podniesli oko i okazalo sie, ze jest juz kolo 10. Zwklelismy zwloki i
zobaczylismy co dzieje sie na korytarzu. A tam wszyscy okupowali moj
czajnik elektryczny czekajac potulnie w kolejne na goraca wode. W
rezultacie nie chcac przerywac toczonej rozmowy wszyscy zeszli sie na
schody ze sniadaniem i zrobil sie nieoczekiwanie prawie szwedzki stol na
podlodze, tym bardziej ze impreza konczyla sie i kazdy chcial pozbyc sie
zbednego zapasu jedzenia. O tej porze spalo tylko troje X-phili - Marika,
Pawel i Ozi, ktorzy poszli w nocy ogladac okolice. Niestety wszyscy juz
zaczynali sie z wolna pakowac, wiec nie udalo mi sie pozrzucac ludzi z
mostu, ale wspomnialam o sciance alpinistycznej z tylu schroniska. W
efekcie ostatni uczestnicy mieli jeszcze sporo czasu na uskutecznianie
lazenia po niej...
Przez jakis czas trwaly jeszcze jakies smetne wymienianie sie rozmaitymi
drobiazgami i smetne kiwanie sie na lawkach bo wszyscy zerkali juz na
zegarki i trzeba bylo sie zbierac a odnosilam wrazenie, ze wcale nie maja
na to ochoty. Na do-wi-dze-nia ja narobilam zamieszania bo oczywiscie
posialam gdzies kluczyki od samochodu, ale szczesciem sie znalazly.
No to... see you next time...
Ja i Kompan skomletowalismy obsade do samochodow i gdzies po poludniu
jakos usciskalismy sie wszyscy i ze smetnymi minami zapakowalismy do autek
i wyjechalismy ze Srebrnej. Na rozjezdzie na obwodnicy w Zabkowicach
trabilismy i migalismy swiatlami jeszcze do siebie ale niestety w koncu
drogi sie nam rozjechaly, ja wyrzucilam jeszcze ludzi na dworcu
autobusowym i po pomachaniu sobie lapkami wsiadlam do samochodu i
pojechalam do domu. Gdzie wzielam na kolana notebooka i wzielam sie na
powrot do pisania raportu z "Production meeting" i poczulam sie przez
chwile, jakby nie minela nawet jedna chwila od momentu gdy wyszlam z sali
konferencyjnej... Ale po chwili pamiec mi wrocila i powiem Wam szczerze,
ten weekend moge zaliczyc do jednego z lepszych i lepiej spedzonych
weekendow w ciagu ostatniego roku.
So, Milo bylo i szkoda, ze sie skonczylo. Jak tylko doczekam sie jakis
pikczersow to Wam je zrzuce na stroniczke i do XK a narazie czas konczyc.
Trzymajcie sie wiec i do nastepnego spotkania!!!!
Pozdrowienia i usciski serdeczne, szczegolnie dla uczestnikow
spotkania!!!!!! Papacie!!! Winet
RELACJA KOMPANA:
Witajcie,
Wlasciwie to nie mam wiele do opisywania, bo bylem na zlocie dosc
krotko. Dokulalem sie do Srebrnej Gory w sobote wieczorem, przy czym
okazalo sie, ze od Poznania do SG jest sucho i wiosennie, a w SG lezy
snieg i na zakretach mozna bylo sie poslizgac :)
Droga do samego schroniska byla wystarczajaco sliska (chociaz nie tak, jak
w zeszlym roku :) zeby nie dalo sie tam dojechac. Potuptalem wiec
piechotka i juz przy schronisku zaczalem sie rozgladac za znajomym
pieskiem, ale tym razem nic nie chcialo mnie zjesc :) Na dole spotkalem
Winet i Jeremy'ego, oraz kilka osob, ktorych nickow nie wymienie -
wybaczcie, ale nie wszystkich kojarze, a nie chce przekrecac, wiec bede
Was opisywal :)
W pokojach na gorze rowniez bylo Xowo, bo w jednym pokoju toczyla sie
zazarta dyskusja na temat Roswell plus wymiana kaset (chyba z pierwszego
sezonu :) a w drugim (tym ze Scully na scianie :) z magnetofonu byl
meczony soundtrack zgadnijcie z jakiego serialu (podobno z malymi
przerwami lecial od rana ;) Ekipa miala juz za soba zwiedzanie fortow,
wiec rowniez slynny trzydziestometrowy tunel byl tematem rozmow. Ale tym
razem nie bylo nietoperzy, choc tradycji stalo sie zadosc i do schroniska
byl zjazd po stromym zboczu :)
Przy okazji, Bardzo Fajni Ludzie, ktorzy przybyli na spotkanie okazali sie
przede wszystkim klubowiczami nie zabierajacymi glosu na formum XK (plus
kilku ich kumpli), ktorych goraco POZDRAWIAM, bo swietnie sie z nimi
gadalo. Moze jednak zaczniecie pisac? :) Rowniez wyrazy uznania dla
'nowego' (rowniez nie pamietam nicka), ktory wyrwal sie na zlot, chociaz w
XK jest od stycznia :))) Dla wiadomosci meskiej czesci XK - na zlot
przybyly tez dwie Klubowiczki ^_^ chociaz jechaly ciopongami przez pol
Polski! W sumie bylo nas chyba 13 albo 14 maniakow (nie pamietam czy ze
mna, czy beze mnie :)
A jakos nie zauwazylem nikogo ze 'stalych bywalcow', ktorzy to mieli
zamiar, a nawet juz sie wybierali.... dedykuje Wam ogolnie znane
Trzy Slowa... i stwierdzam, ze i tak bawilismy sie swietnie.
OK, kiedy juz klapnalem sobie w pokoju (tym bez Scully, ale za to
pomalowanym w zolte plamy ;) i troszke rozprostowalem, Winet
zrealizowala swoje grozby i wyciagnela nas na pizze. Poniewaz czesc
grupy dopadla TV i magnetowidu, a po wlozeniu kasety z FTF utworzyla
ze sprzetem nierozerwalna calosc, poszlismy na pizze w skladzie
szescioosobowym. Knajpa byla swietnie urzadzona, z nietynkowanej cegly i z
drewnianymi wiazaniami w murze, do tego biesiadne stoly i lawy i
oczywiscie plonacy kominek. Rewelacja. Pizza byla tania, dobra i duza
(choc Jeremy twierdzil, ze wcale nie taka duza ;) i posluzyla za kolacje.
Siedzielismy i gadalismy, az wreszcie w lokalu zrobilo sie troche ciemno
od dymu, bo wciaz schodzili sie ludzie, a wiekszosc kopcila papierochy.
Ewakuowalismy sie wiec na dwor i (po zachlysnieciu sie swiezym powietrzem
;) wrocilismy do schroniska. Tam wlasnie konczyl sie film, wiec wlezlismy
na poczatek nowej dyskusji. Poniewaz /me nie byl w temacie ^_^'
posiedzialem troche w jednym pokoju a troche w drugim, przysluchujac sie,
co tez ludzie gadaja (hehe, i kogo obgaduja :). IMHO w dyskusji rzadzil
'student psychologii' - argumenty byly zabojcze, chociaz 'gosc z
walkmanem' nie ustepowal pola - ta polemike nalezaloby logowac i wrzucic
do XK :))))
Wreszcie w pokoju ze Scully zrobil sie sleeping room, w drugim pokoju
wprost przeciwnie (a muzyke z XF zastapil S&M Metalliki ;), a ja zwloklem
sie do zoltoplamiastego pokoju. Gdzie dopadl mnie Jeremy i zasypal
komiksami, w trakcie czytania ktorych dostawalem atakow smiechu ;)))) I
nie tylko ja, bo to samo podzialalo na Winet i dwie inne osoby, ktore
nierozwaznie zajrzaly do nas :) Tak wiec milosnikow m&a jest wiecej, niz
by sie to moglo zdawac. Rowniez nie tylko ja mam hopla na punkcie EvD, bo
gosc, z ktorym rozmawialem na korytarzu chyba pol godziny (jeszcze raz
sorry ze nie pamietam ksywek, ale nie zapisywalem) byl tak obryty w
temacie, ze az mi glupio ^_^' Kolo jedenastej klapnalem na lozko z
zamiarem wypoczywania, przegadalismy tak az do polnocy, nastepnie
zgasilismy swiatlo z zamiarem spania i przegadalismy nastepna godzine
:)))))
Obudzil mnie mjuzik i halasy z pokoju obok - bylo kolo dziesiatej. Na
dzien dobry pogledzilismy jeszcze troche przy sniadaniu i kurcze trzeba
bylo sie powoli zbierac. Pare osob juz ruszylo na ciopongi w strone
Rzeszowa i Wawy, pozostala ekipa tez sie pakowala. A trzech maniakow
zaatakowalo scianke wspinaczkowa z tylu schroniska, bo mieli pociag
dopiero po poludniu :)))
Dla mnie zlot byl cholernie krotki, bo dotarlem dopiero w sobote
wieczorem, zamiast w piatek rano :) ale mimo to atmosfera byla super i
chetnie pojechalbym jeszcze raz. Thanxy dla Winet ! ^_^
BTW mieszkancy Wroclawia - przejazd przez Wroclaw jest straszny... :) A po
drodze trafilem na 'lipny radiowoz' - namalowany na scianie domu, coby
przestraszyc kierowcow. Brakowalo przy nim tylko nadmuchiwanego gliniarza
z suszarka ;))) Do Poznania dotarlem po poludniu. Bylo SUPER. Czekam na
III OZXK'SG Howgh.
Trzy Slowa = Wielka, Wielka Szkoda.
powrót do strony głównej