SREBRNA GÓRA 1999

                  Zobacz także : FOTOSTORY oraz POLOWANIE NA WAMPIRY

RELACJA JEREMYEGO:

Wlasnie wrocilem z I Oficjalnego Spotkania X-Klubu. Bylo swietnie, ale po kolei.    Na poczatek jedyny zgrzyt: bylo nas tylko 5 (slownie PIECIU)!!! Co jest do cholery? Czy naprawde nikt nie mogl ruszyc dupy znad komputera?!? I nie mowcie mi o nauce - ja mam mature i cztery wolne dni znalazlem. Na szczescie oprocz tego drobiazgu bylo calkiem wesolo. Oto "Historya Zyazdu  Przeswietnego w Srebrney Gorze w VII Rozdzialach Spisana"    

Chapter I 'Yak to dwa swiry do domu Winet przyjechaly'   

W czwartek wieczorem wpakowalem sie do pociagu do Zabkowic Slaskich razem z moim qmplem Batmanem ktorego niedawno sciagnalem do X-Klubu (zabranie go  okazalo sie potem nie takim zlym pomyslem jak wczesniej sadzilem). Juz sam  sposob w jaki sie dostalem do Krakowa bylby niezlym materialem na sprawe z  Archiwum X, ale jednak udalo mi sie nie spoznic.  Jeszcze w pociagu mialem sie spotkac z Winet, ktora wsiadala w Gliwicach. I  rzeczywiscie - wyskakujac z przedzialu niemal wpadlem na to cudowne  zjawisko... ech... DOSC! Wybaczcie, bredze... Caly zlot spedzilem na grypie  i jeszcze sie nie zaleczylem. Okay, o czym ja to pisalem? Aha.  Wparowalismy wiec o drugiej w nocy do Zabkowic i pomaszerowalismy do domku  Winet - nazajutrz rano mielismy jechac do Srebrnej Gory. Poza tym brak  wydarzen godnych odnotowania. Moze tylko poza tym, ze upewnilem sie ze Kant  na pewno nie zjawi sie na zlocie. Trudno sie mowi (niech on to sobie teraz  powtorzy przed nastepnym maratonem do Poznania, czy gdzies).  

Chapter II 'Yak to na mieysce przeznaczenya doyechalismy i co tam  zastalysmy'   

Na drugi dzien okolo poludnia ruszylismy w kierunku SG majac nadzieje ze  zdazymy tam przed Kompanem, ktory mial byc kolo poludnia. Humor mi sie nieco  poprawil, bo goraczka nieco zeszla i przestalem sie trzasc. Na miejscu  okazalo sie ze cale schronisko jest polozone w lesie i kazdy kto bedzie mial  ochote dojsc tak na piechote, bedzie musial sie uzbroic w cierpliwosc i  mocne nogi. Patrzac na droge przez okno samochodu odmowilem w duchu krotka  modlitwe za Kompana i wszystkich ktorzy po nim nadejda.  

Chapter III 'Yak to schronisko zrobylo na Jeremy'm wrazenie y co z tego wyniklo'   

Pare slow nalezy sie osobno schronisku "Srebrna Gora". Jest to calkiem spory  domek polozony gleboko w gorach. Uwierzcie mi - w roznych miejscach juz  nocowalem, ale to jest pierwsze ktore moglbym z czystym sumieniem komus  polecic. No chyba ze ktos cierpi na epilepsje - bo mozna dostac porazenia  jak sie zobaczy barwy na jakie pomalowane sa sciany w pokojach i na  korytarzach. SUUPAAA!!!  Goscie ktorzy prowadza te bude to najweselsza ekipa pod sloncem - wystarczy  zreszta posiedziec troche dluzej w barze na parterze i poogladac  powywieszane tam texty. Niby pisze ze cisza nocna obowiazuje od 22... Chyba  tylko zwierzeta w okolicznych lasach. Jak na drugi dzien byla jakas impreza  to ktos o drugiej w nocy dal popis swoich zdolnosci akustycznych wybijajac  rytm na debowym stole i klaszczac niemal jednoczesnie - moj podziw i  uznanie. W kazdym razie Schronisko Srebrna Gora rulez - wniosek przeszedl  jednoglosnie, tylko Batman wstrzymal sie od glosu bo spal (i to calkiem po  ludzku, a nie glowa w dol - kto by pomyslal...)  

Chapter IV 'Yak to Kompan i Krowa sie zjawili a Winet musiala sie  ewakuowac'   

Kompan mial wparowac kolo poludnia, wiec czekalismy na niego w barze.  Wreszcie o trzeciej zauwazylismy jakas podejrzana sylwetke pasujaca do  slynnego opisu jaki otrzymala Winet od Kanciarza (Kant, wiesz ze niewiele  sie pomyliles? ;)  I rzeczywiscie byl to Kompan - wpadl, przywital sie, rzucil torbe na lawe i  zaczelismy nawijac. Jak zaczelismy, to skonczylismy dopiero w pokoju z  magnetofonem ukradzionym jakiemus facetowi robiacemu remont. O ile wiem to  do naszego wyjazdu nikt sie nie zorientowal co sie stalo z przedluzaczem...  (Winet, znalezli go w koncu?)  Tak jakos przed czwarta Winet oznajmila nam ze musi wpasc do domu przywitac  ksiedza - tlumaczyla sie ze raz na pare lat powinna go jednak przyjac.  Dobra, dobra... jak musisz to jedz. Po tym jak sie zmyla gawedzilem z  kompanem jeszcze przez jakis czas, ale powoli zaczelo sie robic nudno.  Pierwszy dzien i taka perspektywa - niezle...  Nagle slychac pukanie - wchodzi niepozorny gosc i ze slabym usmiechem  rozglada sie po pokoju. To (fanfary!) Krowa. Wszedl, przywital sie, wskoczyl  na wyrko nad Kompanem i zaczyna nas ciagnac za jezyk - jak trafilismy do XK,  tematy X-owe itd. Znowu sie rozgadalismy i zabawa zaczela sie od nowa. Krowa  to po prostu niesamowity katalizator zlotow wszelakich - niby spokojny,  cichy, niewiele mowiacy, a nastroj polepsza sie z kazda secunda.  W tym czasie wrocila Winet i nastroj jeszcze bardziej sie rozluznil zgodnie  ze wzorem ze: poziom zabawy = (zazylosc klubowiczow + ilosc piva) ^ liczba  klubowiczow  przy czym 'ilosc piva' = 0 (zabraklo Prezesa), ale i tak zabawa byla niezla.  Ogolnie zalowalem ze nie mam dyktafonu, bo texty wymiataly.  Winet oznajmila nam ze samochod musiala zostawic gdzies na przeleczy z dwoma  kolami w rowie, bo nie mogla nigdzie wyjechac (przy slizgawicy jaka tam byla  woz zjezdzal ze zbocza). Zajeci swoimi sprawami nikt z nas nie docenil wagi  tej informacji - do czasu...  Nieco pozniej wpada gosc z pytaniem czyja jest Skoda stojaca paredziesiat  metrow nizej i poradzil aby ja sprowadzic albo pod schronisko, albo do  miasta. No to idziemy. Po wyjsciu zobaczylismy tak gesta mgle, ze nie  czekajac na nic wrocilismy do schroniska po latarki. No i zaczela sie  zabawa. Po drobnym deszczu ktory padal po poludniu droga byla tak sliska, ze  nie mozna bylo po niej isc - doslownie! Probowalismy na rozne sposoby:  zjezdzac, poboczami, na kolanach... W koncu udalo nam sie przejsc na druga  strone drogi (wyobrazam sobie mine Winet gdy widziala mnie idacego na  kolanach - coz, nigdy nie umialem jezdzic na lodzie. Zwlaszcza pochylym) i  zeszlismy rowem do jej wozu ktory nadal sobie stal na przeleczy. Sam zjazd  do miasta (bo o wyjezdzie samochodem do gory nawet nie bylo mowy) to osobna  historia, bo tam droga byla w podobnym stanie i na pare minut cala grupa  zamienila sie w rozmodlona grupe apostolska - w tym momencie zalowalem ze  nie wzialem ze soba aparatu...  Powrot do schroniska byl juz nieco latwiejszy - tylko Batman i Krowa  postanowili utrudnic sobie zycie i wybrali sie na przelaj przez las w gestej  mgle. O3wiscie na miejsce dotarli przed nami bo znalezli jakies schody,  podczas gdy Winet, Kompan i ja wleklismy sie rowami z zamarznieta woda. Ta  wycieczka okazala sie jedynie drobna wprawka w tym co mialo nas czekac na  nastepny dzien.  

 Chapter V 'Yak to Zywotem Briana wszyscy sie rozkoszowali nam doysc do slowa nie pozwalajac'   

Kompan przyjechal do SG z torba pelna kaset. Bylo to glownie anime, ale tez  nagrany z Discovery 4-godzinny program o UFO. Byl plan, aby wszystkie te  tasmy obejrzec na zlocie - gdzie tam. Goscie urzedujacy w swietlicy  urzadzili sobie maraton Monty Pythona, a konretnie 'Zywotu Briana' ktory  lecial chyba z 5 razy. Nie powiem - jeszcze za drugim razem wylem z tego jak  kojot, ale ilez mozna? Padl pomysl, aby zarwac nocke i obejrzec te filmy,  ale o polnocy gdy magnetowid sie zwolnil, okazalo sie ze Kompan spi  (o3wiscie on twierdzil potem co innego), a reszta nie ma wiekszej ochoty  grzebac mu w rzeczach. Tak wiec ogladanie zostalo odlozone na nastepny dzien  i wszyscy poszli spac.  

 Chapter VI 'Yak to forty zwiedzalismy y yak to Winet z Krowa do miasta sie udali aby nam okruch cywilizacyi przywiezc'   

Na nastepny dzien Winet i Krowa opuscili nas na moment by przywiezc troche  drobiazgow. Zjawili sie po jakims czasie z LAPTOPEM. To byla radocha - co  chwile ktos sie dobieral do klawiatury. Padl nawet projekt zeby juz wtedy  zrobic strone WWW spotkania, ale nikomu nie chcialo sie recznie rzezbic  HTML'a. Przetrzasnalem niemal caly kompakt jaki Winet dostala ongis od Kanta  i znalazlem kilka wymiatajacych mp3 - slynne '3 slowa do xsiedza  prowadzacego' oraz cytaty Cezarego Pazury (ruuuula! - Kant, skad ty je  masz?).    W samo poludnie mielismy zaplanowany przekaz telepatyczny dla reszty  klubowiczow. Nie mielismy pojecia jak to ma wygladac, ani jak przeprowadzic,  ale sprobowalismy. Ciekaw jestem czy ktos z was pamietal o tym i cos  odebral. Jezeli tak, to piszcie do XK. Wszystko znowu skonczylo sie gadka o  sprawach X.    Nadszedl w koncu czas na pierwsza z atrakcji zapowiedzianych przez Winet - o  czwartej po poludniu, w egipskich ciemnosciach i w niezlej mgle wyszlismy ze  schroniska i podreptalismy po lesnej sciezce z naszym przewodnikiem w  nieznanym kierunku. Trzeba przyznac ze Kompan niezle prezentowal sie w  dresie, choc szkoda ze nie Adidasa... Do slynnych fortow dotarlismy niedlugo  potem i powiem jedno - takiej wycieczki po zabytkach jeszcze nie mialem i  miec nie chce (przynajmniej przez rok, bo potem pewnie sam tu przyjade i  bede blagal Winet na kolanach zeby mi urzadzila znowu taka extreme). Ogolnie  to nie mialem pojecia ze moge sie zmiescic w takich dziurach, a juz  najwieksze uznanie wzbudzil u nas 30-to metrowy tunel, tak ciasny ze lezac w  nim dotykalem ramionami bocznych scian, a plecami sufitu. Kiedy wreszcie z  niego wylazlem szczesliwy i poharatany, uslyszelismy glos naszego  przewodnika "wracac!!!" i pchalismy sie spowrotem przez ten tunel.  Sprawozdanie z tego mam tez na zdjeciach, o ile mi wyjda. Wystrzelalem w  tych ruinach pol filmu - ale bylo warto. Widok ludzi przeciskajacych sie  przez te dziury byl porazajacy.  Powrot do schroniska byl rowniez swego rodzaju atrakcja - zjazd po  osniezonym stoku na tylkach z zaliczeniem wszystkich kamieni, korzeni i pni  drzew po drodze. Ledwo przekroczylem drzwi i padlem na lozko. Odzylem  dopiero przy slowie 'pizza' wypowiedzianym przez Winet...  Notka odautorska: w okolicy schroniska jest bar w ktorym robia niesamowita  pizze i chocby z tego powodu warto sie tam wybrac.  Przez nastepne pol godziny slychc bylo tylko ciamkanie i mlaskanie.  Oczywiscie pierwszy skonczyl Krowa, ale on ma trzy zoladki, a my tylko po  jednym ;)  Mielismy ogladac filmy Kompana - akurat... Wieczorem w schronisku odbyla sie  jakas imprezka i bawili sie do rana. To wlasnie wtedy uslyszelismy ten  niesamowity koncert na dwie rece i lawe dochodzacy z parteru. Ale i tak nie  przeszkadzalo nam to spac - u nas tez bylo wesolo, wiec nie zasnelismy do  rana.  Nagle Winet zachcialo sie hipnozy. To znaczy nie tak nagle, bo marudzila o  tym od rana. Nie mialem ze soba kasety, natomiast mialem wydrukowana na  kartce instrukcje.  Wiec zaczynaja padac hasla: 'przesun osrodek swiadomosci miedzy oczy...'  Kompan i Krowa gapia sie na mnie tak, ze az czuje jak mi sie koszula na  plecach ugina od ich wzroku, a Winet lezy z zamknietymi oczami i nie  reaguje. Postanawiam przerwac i wyprowadzic ja z transu, o ile mozna nazwac  to transem, a tu nic. Zaczynam sie juz pocic z nerwow, gdy Winet otwiera  oczy i usmiecha sie. Potem przez cala noc byla w nastroju jaki mozna  osiagnac jedynie po calym zyciu medytacji lub okolo 30 sekundach uzywania  zakazanych ziol. Przysiaglem sobie ze juz nigdy wiecej nie bede probowal na  nikim hipnozy...  

Chapter VII 'Yak to zyazd z mostu przezylismy y na lono domu rodzinnego powrocilysmy'   

W niedziele obudzilem sie tuz przed poludniem - wszyscy juz oczywiscie rowno  sobie gadali, tylko Batman tradycyjnie spal (ten to ma zdrowie...) Winet  zalatwila nam zjazd na linie ze starego mostu (mial 20 m, a nie 200, ale to  szczegol) Goscie ktorzy sie nami zajmowali ze srednim szczesciem zauwazyli  ze maja pod opieka bande amatorow, ale pomogli. Zjazd byl IMHO cool - to  fantastyczne uczucie zwisac sobie na kilku paskach i dwoch linach nad 20-to  metrowa dziura i patrzec w dol. Najlepiej z nas wszystkim poszedl Batman,  ktory zatrzymal sie na 2/3 wysokosci, wyciagnal aparat i zaczal sobie  zdjecia cykac! Stojac na dole niemal tarzalismy sie ze smiechu na ten  widok - zrobilem mu jedna fotke, ale nie wiem czy wyjdzie bo robilem prawie  pod slonce.  Zdecydowalem juz - musze tam kiedys wrocic. Ciekawe kiedy nastepny zlot?  Po powrocie do schroniska padl jednoglosny pomysl - dzwonimy do Kanta zeby  go troche pognebic. Jak sie okazalo zrobilismy to w najlepszym mozliwym  momencie - wyciagnelismy prezesa spod prysznica. Jak mozna sie domyslac nie  byl zbyt zachwycony. Batmanowi i Krowie zabawa w alpinistow spodobala sie nieco bardziej - po powrocie do schroniska poszli razem z naszymi przewodnikami na scianke do  wspinaczki ktora byla zrobiona na jednej ze scian domu, a w tym czasie  reszta zaczela sie pakowac. Jakis czas pozniej jechalismy juz w strone  Zabkowic Slaskich. O 16 pozegnalismy Krowe i Kompana ktorzy odjechali do  Wroclawia. Ja i Batman poszlismy w ich slady cztery godziny pozniej zegnajac  sie z nasza wspaniala organizatorka. Nazajutrz rano bylem w domu.    Podsumowujac bibka klubowa byla wyjatkowo udana pomimo tak malej ilosci  osob. Mam nadzieje ze na nastepny zlot ktory bedzie rowniez organizowac  Winet, tym razem w centrum kraju we wakacje przyjedzie wiecej ludzi. Ja bede  tam na pewno.  Wszystkim ktorzy nie mogli byc skladam wyrazy wspolczucia, a tym ktorzy  mogli i nie przyjechali rzucam soczyste 'kiss my ass'!!! Niech was diabli -  potrafimy sie bawic i bez was!  

RELACJA WINET

  Spotkanie, mozna powiedziec, zaczelo sie juz w czwartek, poznym wieczorem w pociagu relacji Krakow - Jelenia Gora, na odcinku  Gliwice - Zabkowice Sl. Inna para kaloszy, ze bylo ono niczym w slynnym utworze: ?Miedzy trzema osobami ? mna, Jeremy`m i Batmanem?. Umowilismy sie w ostatnim wagonie, przy czym Jeremy mial miec na glowie bordowa opaske a nie mial, za co Mu sie juz od poczatku dostalo. Znalezlismy sie bez zadnych problemow, bo - wbrew moim obawom, ostatni wagon tez przyjechal..;-)) Poniewaz bylismy w Zabkowicach tuz po 2 w nocy, wiec nie jechalismy do Srebrnej, ale poszlismy do mnie do domu i gadalismy dlugo, dlugo, dlugo? Albo i jeszcze dluzej.   

Srebrna Gora; schronisko. 22. 01.`99 - PIATEK  

Po krotkim marudzniu w miescie pojechalismy do Srebrej. Panowie jakos nie umieli zrozumiec moich oporow przeciwko jechaniu tam w srodku nocy, ale do czasu. Wjechac wjechalismy bez zadnych problemow sluchajac po drodze troszke FTF a troszke muzyki indianskiej.   W piatek cos kolo poludnia dobil do nas (nie nas, nie;-))) Kompan a potem Krowa. Zeby nie bylo problemu z odnalezieniem nas przyczepilam przed wejsciem kartke z informacja gdzie jestesmy i kto jest, wiec nie bojcie sie, ze nie traficie nastepnym razem. Co prawda Kompan na ta kartke jeszcze nie trafil, ale i tak nie mial wiekszych problemow, bo to ja Go napadlam, i to w dosc niepowtarzalnym stylu (podchodzac do nieznajomego wowczas jeszcze mezczyzny i pytajac: a pan w jakiej sprawie?) ;-)))) Nie musial szczesciem odpowiadac na to impertynenckie pytanie, bo zaraz potem zapytalam: ?Kompan?? i wszystko juz poszlo z gorki.   Druga kartke powiesilam na dzwiach naszego pokoju, narysowalam na niej male UFO i naskrobalam zdanko pt.?Parafrazujac Dantego: Badzcie nawiedzeni, Wy, ktorzy tu wchodzicie?. Moze dzieki niej nikt nam nic nie rabnal??;-)))) Z tym rabaniem komus czegos w druga strone to juz zupelnie inna sprawa?;-))   Trafilismy wszyscy do bardzo pasujacego do tematu spotkania pokoju - klimat byl iscie X`owy! To znaczy z kolorkami ktros przesadzil, ale moze innych kolorow w sklepie nie mieli..;-)) Bylo bardzo przytulnie, zas na scianach wisialo kilka obrazow: jeden przedstawial rudowlosa kobiete trzymajaca na rekach dwa kotki. Uznalismy zgodnie, ze jest to popiersie Scully. Drugi przedstawial brame w murze okolona tajemnicza zielenia; Jeremy powiedzial, ze zapewne jest to brama ktora widza ci, ktorzy doswiadczyli smierci klinicznej. Do tego doszly jeszcze trzy inne obrazy o mrocznej tematyce, odpowienia muzyka z CD lub kaset? Wszyscy zmieslilismy sie bez problemow, i to wcale nie dlatego, ze Batman wisial pod sufitem, nie. Wyladowal pod sufitem, owszem, ale z wlasnej i nieprzymuszonej woli - na gorze pietrowego lozka?   Zacznijmy moze od tego, ze Krowa urzadzil polowanie i swisnal komus rozgaleziacz do pradu bysmy mogli spokojnie popodlaczac rozne urzadzenia elektryczne (komputer, magnetofon, piecyk?) Potem tego rozgaleziacza szukalo w pocie czola pol schroniska i twierdzilo, ze nog dostal? Bardzo paranormalne, tylko sie maniacy UFO zjawili i juz cos wcielo? Jeremy, odpowiadajac na Twoje pytanie co do rozgaleziacza to owszem, znalezli, ale dopiero po tym jak zadzwonili do mnie i pytali o niego. Wpierw jednak upewnilam ich, ze widzialam jak go Cyganie na drozkach niesli? W nastepnej kolejnosci udalo sie Krowce zdemolowac pol pokoju zrzucajac w przedziwny sposob ze sciany portret Scully? Batman pozyczyl od Kompana markera i zaczal uprawiac na ?tablicy pamiatkowej? dzialalnosc malarska. Wpierw oddal sie malowaniu logo swej ulubionej postaci a potem zajal sie bardziej sensownym zajeciem i uwiecznil nasze spotkanie w rozmaity sposob. No, ja nie chce mowic co powiedza moi zaprzyjaznieni Indianisci jak przyjada niebawem  i zobacza moje imie wymalowane iscie krowimi literkami? Coz, marker mial kolor czerwony. PO skonczeniu szalenstw Batmana przestal miec jakokolwiek kolor?   Jeremy i Kompan nie mieli okazji okopac sie w kasetach i katowac anime, bo pierwsi byli ludzie ze schroniska, a wladzy tak latwo wyploszyc sie nie da? Ci okopali sie w? jednej kasecie i chyba z piec razy jednego dnia ogladali ?Zywot Briana? w/g Monthy Pytona? Poniewaz latalo tam UFO i Goscie z Kosmosu, oblookalismy ten film i my. Ale nie zdzierzylismy kolejnej powtorki i ucieklismy.   Przy okazji wyszlo na jaw, ze z naszego Krowy faktycznie jest prawdziwa krowa, przynajmniej jesli chodzi o ilosc zoladkow, bo postura nie przypominal nawet cielaczka? Apetyt mial wprost proporcjonalny do jego braku u Kompana, w ktorego musialm w koncu przemoca wepchac pol pizzy. I dopchac kolanem? Krowa odwalil panszczyzne pod wzgledem jedzenia nie tylko za Kompana, ale i za wszystkich nieobecnych. Z piwem bylo krucho. To znaczy w okolicy go nie brakowalo, Krowa nawet costam pil, ale nie lalo sie strumieniami. Moze z powodu nieobecnosci Prezesa, ktory swoja droga zostal potwornie oplotkowany przez wszystkich i kazdego z osobna. Nie cieszcie sie tak, w zasadzie to chyba kazdemu sie dostalo, wiec jesli mieliscie czkawke to znacie nasze adresy i mozecie zapchac nam skrzynki gruzem?;-)))   Piatek uplynalby nam w zasadzie pod haslem calkowitego nierobstwa, gdyby nie maly drobiazg. Mianowicie musialam pojechac do domu i pogadac z ksiedzem, o dziwo rozmowa byla fajna bo po paru pierwszysch slowach ksiadz uczepil sie inetu i tych spraw jak pijawka i w koncu zaczelam sie bac, ze nie wyjdzie ode mnie. W kazdym razie okazalo sie, ze maly deszczyk zalatwil mnie na amen. To co wczesniej bylo istnym bagnem do topienia krow (;-))) wtedy zrobilo sie twarda skala bo przy okazji zlapal mroz, a droga stala sie tafla lodu i dojezdzajac do przeleczy moglam smialo odstawiac przedstawienie pt. ?Holiday on ice?. Jedynym sposobem na zaparkowanie samochodu na przeleczy na dosc stromej drodze okazalo sie wjechanie, i to celowe przednimi kolami do bardzo plytniego rowu. Balam sie, ze jak tego nie zrobie, w nastepnej kolejnosci bede skladac do kupy kawalki samochodu bo lada powiew wiatru go zepchnie na droge? Wieczorem ludzie ze schroniska poradzili bym zjechala autem do miasta badz podjechala pod schronisko. Szybko okazalo sie, ze o tym drugim nie ma nawet mowy, sami nie umielismy sie utrzymac na nogach i wiekszosc z nas istotnie na druga strone sciezki pod samym schroniskiem przeszla na czworaka.  Co wyczynial Jeremy niestety nie widzialam bo sama padlam na ziemie by sie przeczolgac, czyjas pomocna dlon pomogla tylko odrobine, wiec zaluje, ze nie patrzylam? W kazdym razie widzialam cos innego? Mianowicie jak juz udalo sie nam zejsc/zjechac do auta wsrod radosnych chichotow, zobaczylam jak Krowa obchodzi je dookola wymachujac dziwnie rekoma, lapiac sie za glowe i bijac przed samochodem poklony? Gesty bardziej pasowaly do odprawiania czarow niz do czegos innego. Sprawa wyjasnila sie gdy tylko sama sprobowalam przejsc na druga strone samochodu by usiasc za kierownice? Cud, ze tylnia wycieraczka dobrze sie trzymala, bo gdyby nie ona? Te paredziesiat metrow w dol jechalam dosc dziwnie. W kazdym razie zaparkowalam samochod co bylo sztuka nielada, jako ze zupelnie nie reagowal na ruchy kierownica. Ktos poradzil mi bym podstawila pod kola kamienie? Ale chyba nalezaloby je polac woda by przymarzly do jezdni bo inaczej by sie zsunely? Byla to jednak mala zaprawa przed zabawa, ktorej jak widze nikt sie nie spodziewal? 

Srebrna Gora; schronisko, forty. 23. 01.`99 - SOBOTA   

Noc spedzilismy w miare spokojnie i normalnie, choc to drugie nie wszystkich sie tyczy. Grzac piecyk grzal dobrze, ale Kompan spal nie tylko pod ciepla koldra, ale i w calym rynsztunku bojowym. No, moze bez slynnej kamizelki? Plus tego byl taki, ze nie musial sie rano ubierac, a to tak bardzo spodobalo sie Jeremy`emu, ze nastepna noc spedzil rowniez w ciuchach. Czy raczej czas od switu do poludnia? Mi tez chyba spodobalo sie rozwiaznie problemu porannego rytualu wiec druga? nazwijmy to ?noc? spalam w soczewkach. Zas co do tego spokoju to tez nie bylo to tak do konca prawda, ale nie bede juz wnikac w szczegoly kto i po co i o ktorej sie tlukl i lazil? A zreszta z tego co wiem to niech sie Jeremy spowiada?;-)))   W poludnie, dokladnie o godzienie 12.00 zajelismy sie kwestia przekazu telepatycznego. Udalo mi sie narysowac taki fajny rysuneczek i wszyscy jak tam bylismy przez prawie 10 minut staralismy sie przekazac ten obraz. Czy cos z tego wyszlo - nie wiem. Nie napisze co to bylo, moze jednak cos komus udalo sie odebrac, choc nie wykluczam porazki, jako ze nie wiedzelismy jak to sie robi. Tak wiec poczekam sobie na Wasze relacje i za jakis czas napisze co przekazywalsmy.  Kant? niestety nie o to chodzilo, nie milosc nam byla w glowach?;-)))) The X, a co Ty na to?   Po poludniu przyszedl do nas sasiad - przewodnik i przeciagnal nas po..d fortami. Nikt nie wierzyl mi, ze to bedzie male szalenstwo? Ofcoz, lazilismy po?sciezkach w niczym nie przypominajacych drogi ktora chodza mamusie prowadzajac grzecznie dzieci za raczke?   Zaczelo sie juz od tego, ze wrota do fortow byly zamkniete, wiec zeszlismy czy raczej zlechalismy tudziez w paru przypadkach zlecielismy do fosy i weszlismy do fortow przez dziure w kamiennym murze. Dalej zaczela sie jazda. Jasiek pokazal nam duza sciane w ktorej pare centymtrow nad ziemia widniala niewielka dziurka i powiedzial: ?zaczynamy?. Co krok trafialismy na fajniejsze dziury i szczelimy, poszerzalismy je dla przyszlych wycieczek itd? Nikt nie wzial powaznie moich textow, ze moze nam na glowe zleciec w kazdej chwili kawal skaly czy cegly, cos sie moze zarwac? W kazdym razie, nie wdajac sie w szczegoly lazilismy po czyms co mozna chyba nazwac lochami i zeszlismy tylko do drugiego poziomu pod ziemia. Sa cztery, wiec byloby gdzie poleciec?.;-))) A Jasiek, jakby dla pocieszenia opowiadal nam gdzie ilu sie utopilo, wlecialo, zginelo itd? Czesc szczatek moglibysmy znalezc na scianach, w zaprawie, bo ponoc kiedys nie przejmowali sie kwestia pogrzebu i delikwenta wrzucali do dolu z lasowanym wapnem i w pare tygodni sie rozpuszczal. Do dzis mozna wydlubac resztki zebow z zaprawy w murach?, bowiem pogrzebano  w ten sposob kolo 80-ciu osob. Opowiesci mialy tez i element pocieszajacy, bowiem paru zdazyli uratowac?;-)))   Po paru godzinach czolgania sie przed waskie dziury, miejscami bloto, lazeniu na czworaka po kupie kamieni do schroniska udalismy sie nie droga czy sciezka, ale na przelaj przez las schodzacy ostro w dol. I nie? piechota? W zasadzie uczynilismy to na wlasnych siedzeniach czy tez rzucajac sie od drzewa do drzewa i padajac co chwila w snieg? Wszyscy poprzysiegli mi krwawa zemste za wytarzanie w rozmaitych ?rzygaczach? i innym bagnie, jasne jest bowiem jak slonce, ze te najgorsze odcinki wszyscy zawdzieczali paru moim slowom do Jaska, ale jakos po przyjsciu na dol mi sie upieklo i zyje do dzis? Ale co to za zycie? Jest sroda popoludniu a ja w zasadzie nadal ledwie siedze, nadal bola mnie nogi i troszke rece a stan tych pierwszych nie rokuje nadziei, ze w ciagu najblizszych paru tygodni bede mogla zalozyc krotka spodniczke? W zasadzie to powinnam tez chodzic w rekawiczkach bo mam troszke pociete dlonie. Musialam chyba porozcinac sobie je przy zjezdzaniu  do fosy? Ale nie myslcie, ze marudze? Jak za pare tygodni przyjedzie do mnie banda Indianistow to jak znam zycie namowie Jaska na cos bardzo, bardzo extremalnego? 

Srebrna Gora; schronisko, most, Zabkowice Sl. 24. 01.`99 - NIEDZIELA 

 Objawila sie nam znienacka o 12 w poludnie czy jakos podobnie. Udalo mi sie namowic ludzi ze schroniska i poszlismy fruwac z mostu. Ja juz to uczucie znam, czeka mnie za jakis czas, wiec tym razem sobie je darowalam. Najweselej mial chyba Jeremy, ktory zawisl w polowie mostu i grozilo Mu wiszenie tak do konca swiata i o jeden dzien dluzej. Ewentualnie do momentu gdy jakis silniejszy podmuch wiatru by Go stracil lub by sie lina przetarla? Ale zjechal. Co do Batmana to balismy sie, ze jeszcze rozlozy poly kurtki i zleci bez  liny, ale nie?  Batman zawisl w polowie i zaczal jak gdyby nigdy nic cykac zdjecia; nie tylko nam, ale i sobie samemu?;-))) Gdyby jeszcze mial cos do czytania, powiedzmy komiks o Batmanie to? dluuugo by to potrwalo. Jednek dyndanie sie na linie nie starczylo i wyciagnal Krowe na scianke alpinistyczna. Czego tam dokonali oboje nie wiem, bo wrocili jak juz bylismy spakowani i mielismy wychodzic. Krowa jednak nie dal za wygrana i mimo, ze wszyscy stali juz z manelami w rekach, ten usiadl sobie swobodnie przy stole, zrobil herbate i radosnie wykonczyl pozostaly jeszcze chleb, maslo i dzem?;-)) Dlatego potem musialam wcisnac troszke pedal gazu by zdazyc na autobus do Zabkowic?;-)))   Z innych ciekawostek to wszyscy przejechali sie ze mna samochodem i jakos kazdy przezyl, czemu sama sie dziwie?;-)))  Po tych textach w Klubie? W kazdym razie wzielam pod uwage przestrogi panow-piszacych i trzymalam sie z daleka od linii wysokiego napiecia;-))   Jeremy zafundowal mi obiecana hipnoze, zrobil to nawet dwa razy i bylo swietnie.  Przynajmniej dla mnie bo jak widze z relacji, Jeremy szczesliwy nie byl? Co prawda raczej nic konkretbego nic widzialam, ale nie wykluczam, ze jednak bylo cos? Tylko jeszcze musze pare razy sprobowac, wtedy bede pewna?   A potem? a potem to przyszedl czas pozegnania. Smutny bo jak dla mnie to zegnanie sie z kims nigdy nie nalezy do przyjemnosci. Kompan pojechal wraz z Krowa autobusem o 4 p.m., wiec zawiozlam towarzystwo do Zabkowic, pozegnalismy sie i po odjezdzie autobusu zostalismy w takim samym skladnie jak na poczatku. Posiedzielismy sobie w domu przy komputerze i o 20:00, po kolacji zawiozlam i Jeremy`ego i Batmana na autobus do domu? Jak tylko wrocilam, zadzwonil Kompan i zameldowal sie, ze jest. I ze cos zje? I to koniec.  Auuu!!!!!!!! 

 <<*>> 
  Coz, mam nadzieje, ze skoro udalo sie tym razem, to nie bedziecie sie bali nastepnym razem, ze przyjedziecie i niekogo nie bedzie, i sie zjawicie?.   Bylo fajnie, juz nie tylko z uwagi na okolice, ale i na mozliwosc poznania paru ludzi z ktorymi pisuje sobie od dawna juz duuugie, dlugasne, liczace kilkadziesiat kilo listy, pogadania o sprawach x`owych i innych, posmiania sie?   Inna sprawa, ze latwo mi mowic, ze bylo fajnie i marudzic, ze nie przyjechalo Was wiecej? W sumie to Wy musielibyscie przejechac ilestam kilometrow i wydac kupe pieniedzy na dojazd, wiec nie bede marudzic. Tak to raczej bedzie wygladac jesli spotkania beda sie odbywac w tak dziwnych miejscowosciach, tak odleglych i polozonych tak daleko?. Dlatego tez bardzo dziekuje tej czworce ktora mimo wszystko przyjechala. Milo bylo Was poznac? I mimo wszystko zapytam: The X, kiedy spotkanko??? I tylko nie w czasie sesji, prosze!!!!!!!   Tak wiec znow nie udalo mi sie dotrzymac slowa i napisa krotko? Choc oczywiscie czesc wie doskonale, ze to i tak malo jak na mnie. 

powrót do: Srebrna Góra 2000