3 CZERWCA 1998r.
Waszyngton: mieszkanie Foxa Muldera
godz. 5.59
Obudziły Muldera wesoło tańczące promienie czerwcowego słońca. Przewrócił się na drugi bok i uśmiechnął na widok rudowłosej śpiącej obok. Pogłaskał jej lśniące włosy. Usłyszał jak wymawia jego imię, aż wreszcie otworzyła oczy.
Scully obudziła się i roześmiała na widok ukochanej pary oczu wpatrującej się w nią.
-Cześć. - powiedziała.
-Witaj. - odpowiedział Mulder i uraczył ją delikatnym pocałunkiem.
-Mmmm, to było bardzo miłe. Czy to nowa forma pobudzania do życia? - zażartowała.
-W pewnym sensie. Jeśli sobie życzysz, to mogę przepisać kurację jeszcze raz.- drażnił się.
-Daj spokój! Idę do łazienki, musimy być w biurze o siódmej. Podobno Skinner ma dla nas fascynującą sprawę. Jak wyjdę to dam ci znać. - odgarnęła kosmyk jego włosów znad czoła i poszła do łazienki.
Mulder patrzył, jak wkładała jego koszulę. Uśmiechnął się w duchu. Zawsze chciało mu się śmiać, kiedy przypominał sobie jak bardzo zmieniło się jego życie miesiąc temu.
MIESIĄC TEMU:
23 MAJA 1998r.
Sioux City: szpital Knight of haven
godz. 16.23
Dana Scully wyszła z sali operacyjnej miejscowego szpitala. W małym miasteczku tylko ona nadawała się do przeprowadzenia sekcji zwłok. Zdjęła okulary ochronne i umyła ręce.
-Miałeś rację.- zwróciła się do kolegi, Foxa Muldera.
-Co? - zdziwił się Mulder.
-Miałeś rację. - powtórzyła.- Popatrz na to. - wręczyła koledze mały, plastikowy pojemnik. W środku znajdowało się coś, co do złudzenia przypominało guzik.- To coś w rodzaju miniaturowej anteny satelitarnej. Dziwne.
-Yhy, dziwne. Skąd to wyjęłaś?
-Właśnie, to jest jeszcze dziwniejsze. Z zęba.
-Masz przy sobie jego akta? -
Skinęła głową.
-Przeczytaj wszystko.
Sięgnęła po kartonową teczkę i zaczęła czytać.
-David Bannemore, kawaler, lat 38. Porwany trzy lata temu odnalazł się 23 kwietnia. Martwy. To wszystko.- widząc charakterystyczny błysk w oku partnera pokręciła głową.- Nie myślisz chyba że... -nie dokończyła. Jej partner był okropnie uczulony na temat spraw z związanych z UFO. Wiedziała, że jego siostra zginęła wiele lat temu, a Mulder był świadkiem jej porwania. Przez UFO- jak twierdził.
-Myślę. A raczej wiem. Sama zobacz. - wyciągnął dłoń z tajemniczym guzikiem.
-Co u licha...- guzik na ręce Muldera gwałtownie zaświecił czerwonym światłem. Mulder pochylił się ku niej i szepnął:
-Powiedz coś.
Scully popatrzyła na niego swymi zielonymi oczyma. Mulder pokiwał głową na znak, że mówi prawdę. Pochyliła się nad przedmiotem i powiedziała:
-Witaj. Jak się nazywasz?
Guzik zaświecił na zielono i zapiszczał.
-Pii. Piiii. Pii. Pii. Piiiiiiiiii......
-Mulder, czekaj! To jest ...to jest alfabet Morse'a! - zakrzyknęła, kiedy przedmiot skończył "nadawać".
-Wygrałaś lodówkę. Grasz o wczasy nad morzem?- jej partner uśmiechnął się lekko.
-Mulder, przestań. O co tu chodzi?
-Nie należałaś do skautów? Żałuj, wiedziałabyś teraz co powiedział - o ile tak to można nazwać.
-A co powiedział? Co!!?!!?
- "Cześć. Nazywam się Max. Miło cię poznać." I co ty na to? Człowiek?- Mulder schował przedmiot do fiolki i pomaszerował korytarzem w stronę wyjścia. Scully pokręciła głową.
-UFO?... Nieeee....
23 MAJA 1998r.
Waszyngton: mieszkanie Foxa Muldera
godz.18.54
Siedzieli przy dębowym stole. Na białej serwetce leżał ów przedmiot, który wyjęli z zęba Davida Bannemore'a i świecił ostrym czerwonym światłem. Mulder zerknął na listę pytań.
-Kim jesteś? - spytał.
-Jestem Max'em.- guzik zamigał na zielono.
-Gdzie mieszkasz?
-To tu, to tam.
-Czy jesteś z kosmosu?
-Tak. - brzmiała odpowiedź.
Zielone oczy Scully spojrzały na Muldera z niedowierzaniem. Ten włożył guzik do pudełka. Przedmiot zgasł.
-Reaguje na ciepło i jest ogromnie czuły. - stwierdził Mulder.
-Zauważyłam...- mruknęła Scully.
-Słyszałaś co powiedział?
-Tak.
-I co?
-Jak to co, nic. -odparła, ale Mulder spiorunował ją wzrokiem- No dobra. Wierzę. Pierwszy raz wierzę.
Mulder uśmiechnął się. Nareszcie udało mu się przekonać koleżankę, że UFO istnieje. A ten przedmiot był tego dowodem.
-Mulder, z czego się śmiejesz?
-Wreszcie zgodziłaś się ze mną co do istnienia UFO.- Mulder pierwszy raz poczuł, że coś go łączy ze Scully.- Mam coś dla ciebie. Może trochę się spóźniłem, ale wiesz że nie mam pamięci do dat. Bądź gotowa jutro o dziesiątej.- założył marynarkę i wyszedł.
24 MAJA 1998
Waszyngton: mieszkanie Dany Scully
godz.10.04
-Cześć Mulder. Wejdź.- wskazała fotel.
Od wczoraj zastanawiała się o co chodzi partnerowi. Była jeszcze w piżamie i tylko patrzyła na kolegę swoimi okrągłymi oczami.
-Co tak ściskasz w ręce?- zapytała.
-Później ci pokażę. A teraz ubierz coś wygodnego: zabieram cię w podróż!
-Ale...
-Nic nie mów, tylko szoruj do łazienki!- nakazał z uśmiechem.
Posłusznie udała się do łazienki. Umyła się, włożyła błękitne dżinsy i taką samą obcisłą bluzeczkę. Wyglądała prześlicznie.
-Fiu, fiu! -usłyszała gwizdanie Muldera po wyjściu z łazienki.- Wiem, że jesteś ładna, ale nie sądziłem że aż tak!-
-Sam wiesz, że regulamin FBI wymaga specjalnego stroju.- odparła zawstydzona- Ale, ty też zawsze w garniturku, a tu...-wskazała na niego- skórzana kurtka i podkoszulek!-
Roześmiali się oboje.
Scully ubrała swoje czarne traperki, narzuciła dżinsową kurtkę i pytająco spojrzała na Muldera.
-I co teraz?-
Mulder chwycił ją za rękę i zaprowadził do swojego samochodu.
-Jedziemy do kina, do Michigan!- oświadczył.
Scully zastygła w bezruchu. Nie sądziła, że kiedykolwiek pójdzie z Mulderem do kina.
-Mulder, co to ma być?- dociekała.
-Połowa prezentu urodzinowego!
-Moje urodziny są w lutym!
-Mówiłem, że nie mam pamięci do dat. Ale jeśli ci to nie odpowiada to jedziemy na...
-Na randkę, tak?
-Dokładnie.
Zapadła krępująca cisza. W głowach obojga kłębiły się różne myśli.
-Słuchaj...- odezwali się na raz.
-Ja pierwszy. Scully, muszę ci coś ważnego powiedzieć.
Mulder zatrzymał samochód na poboczu drogi do Michigan. Nie zauważył że jadący za nimi od pewnego czasu czarny cadillac zrobił dokładnie to samo...
Scully patrzyła Mulderowi prosto w oczy.
-Widzisz...znamy się już cztery lata i ja...
Nie zdążył dokończyć. Oboje usłyszeli świst. Było jasne- z cadillaca ktoś strzelił. Mulder instynktownie się odsunął.
-Scully! Scully, odezwij się!-
Z ramienia agentki czerwonymi strużkami ściekała krew. Błękitna bluzka zrobiła się fioletowa, a głowa Scully opadła na zagłówek. Mulder potrząsał Scully za zdrowe ramię. Partnerka otworzyła oczy i cicho jęknęła.
-Scully, dostałaś! Trzymaj się, uciekamy...
Z cadillaca wysiadło pięciu wojskowo ubranych mężczyzn. Mulder nie zdążył nacisnąć na gaz. Dwóch wojskowych wywlekło go na ziemię. Dostał kopniaka w brzuch i skulił się. Kątem oka zobaczył jak wyciągają Scully z samochodu i prowadzą do cadillaca. Silnik wozu zawył. Mulder wstał i ostatkiem sił wybiegł na środek ulicy.
-Nie! Weźcie mnie, tylko nie Scully!!!!-
Cadillac zamajaczył na końcu drogi, a wołanie Muldera rozpłynęło się w porannym powietrzu.
25 MAJA 1998
Waszyngton: główna kwatera FBI
godz.8.57
-Skinner, gdzie jest Skinner!!!!- Mulder ściskał za kołnierz młodziutkiego agenta FBI na praktyce.
-Yyy...w stołówce.- odpowiedział przestraszony chłopak.
Mulder puścił go i pobiegł do stołówki.
-Skinner!!!!- zawołał w progu.
Wszystkie głowy spojrzały z zarzutem na Muldera i tylko jeden łysy facet podniósł się i podszedł do niego.
-Co się tak drzesz! O co chodzi?
-Nie tutaj. Chodź ze mną do biura, pokażę ci coś. - pobiegł w stronę piwnic FBI, a Skinner za nim. Weszli do małego pokoiku.
-Zobacz.- podał Skinnerowi fiolkę z tajemniczym przedmiotem.- Dla tego przedmiotu porwali Scully!!!
-Porwali...porwali Scully?? Kiedy?
-Wczoraj, jak jechaliśmy do kina.
-Była z tobą? I pozwoliłeś im ją porwać? Swoją dziewczynę?
-Dwa razy tak.
-Co?
-Była ze mną i pozwoliłem ją porwać bo nic nie mogłem zrobić. - Mulder umyślnie nie odpowiedział na trzecie pytanie. Takie stwierdzenie sprawiało mu przyjemność. Nie wiedział dlaczego...
-Masz tę sprawę. Jak jej nie znajdziesz to...
Skinner popatrzył groźnie na Muldera. " On ją chyba też lubi"- pomyślał Mulder. Porwał kluczyki i pojechał do laboratorium FBI. Chciał się wreszcie dowiedzieć co to jest za tajemniczy przedmiot.
25 MAJA 1998
Waszyngton: laboratorium FBI
godz.9.04
-I co?
-To bardzo dziwne...
-Wiem. Dlatego masz o tym nikomu nie mówić. Nikomu, słyszysz! !
-Tak, Spooky. Słyszę. -
Mulder skrzywił się. Wiedział, że ów przedmiot zaraz wywoła śmiech jego kolegów. O ile można było nazwać ich kolegami....
-Nie reaguje na nic innego jak ciepło. Nie reaguje z kwasami i innymi chemikaliami. I tak nie zrozumiesz o co chodzi. To jest automatyczne urządzenie odbiorczo-nadawcze nie do zniszczenia. A może powiesz mi wreszcie co do jest?
-Nie powiem, ale dzięki za fachową ocenę. - Mulder schował guzik do pudełka i wyszedł. Wsiadł do samochodu i pojechał do domu. Chciał dowiedzieć się od Max'a o co w tym wszystkim chodziło. W czasie drogi próbował poukładać w myślach fakty, ale nie mógł się skupić. Cały czas do głowy wdzierało się stwierdzenie Skinnera "Twoja dziewczyna". Mulder dopiero teraz otrząsnął się i przejrzał na oczy. Zobaczył, ile znaczy dla niego Scully. Nie miał zamiaru jej stracić...
25 MAJA 1998r.
Waszyngton: mieszkanie Foxa Muldera
godz.10.12
-Max, chciałem pogadać. Słyszysz mnie?
-Tak. - guzik "zazielenił" się.
-Znasz czarnego cadillaca?
-Tak.
-Czy jest niebezpieczny?
-Tak.
-Do kogo należy?
-Do rządowej mafii.
-Porwali moją koleżankę. Wiesz o tym?
-Tak.
-Jest dla mnie bardzo ważna. O co im chodzi?
-O mnie.
-O ciebie?
-Tak. Myślę, że mogę cii zaufać, jesteś z FBI. Opowiem ci wszystko od początku. Wybrałem ciebie do komunikacji, bo znam twoją siostrę, Samanthę. Słyszałeś o Roswell? Właśnie. Wydobyli ciała czterech humanoidalnych istot. Nie wiedzieli, że mamy zdolności do regeneracji. Ale kiedy już to odkryli, polecili rządowemu dentyście wszczepić mnie jakiemuś Davidowi. Odkryli, że potrafię sprawić, iż noszący mnie człowiek stanie się przeźroczystą masą. Ale jest skutek uboczny. Osoba która mnie nosi umiera po około trzech latach. To wszystko. Nazwali nas Max'ami, bo nic innego nie udało im się wymyślić.
-Jesteś obcym...Gdyby tu była Scully...
-Wiem że to dla ciebie szok, ale czuję twój związek ze Scully. Jestem istotą humanoidalną, a raczej jej kawałkiem. Dużo potrafię. Rząd wszystko zataił, ale tak jest naprawdę. Mogę ci powiedzieć, co stanie się twojej koleżance.
-Co? - Mulder zaniepokoił się.
-Będą przeprowadzać na niej eksperymenty w celu wszczepiania innych MAX'ów. Musisz ją uratować. Ja ci w tym pomogę. Posłuchaj, prawdopodobnie dzisiaj wieczór otrzymasz tajemniczy telefon z propozycją...
26 MAJA 1998r.
Waszyngton: główna kwatera FBI, biuro Foxa Muldera
godz. 19.20
-Słucham? - powiedział Mulder do słuchawki.
-Pamięta pan czarnego cadillaca? Na pewno domyśla się pan dlaczego dzwonię.
-Co zrobiliście ze Scully, sukinsyny!!!!!
-Narazie jest bezpieczna. Proszę się nie unosić, panie Mulder. Mamy dla pana wartościową propozycję. Max w zamian za agentkę Scully. Zgadza się pan?
-Słuchajcie, gnojki!!! Nie mam zamiaru zamieniać się z wami czymkolwiek !!! A Scully ma być żywa!!! Oddajcie mi ją natychmiast!!
-No cóż. W takim wypadku nie będziemy z panem dyskutować. Pragnę panu przekazać kondolencje z powodu śmierci partnerki...
-Zaraz. Dobra. Zgadzam się. Kiedy?
-Jutro proszę przyjechać do lasu. Dokładnie 20.24. Znajdzie pan przy wjeździe czerwony plecak. Proszę do niego włożyć Max'a i pojechać nad jezioro. Cały czas będzie pan obserwowany przez naszego człowieka. Jeżeli wypełni pan zadanie oddamy agentkę Scully całą i zdrową. Chyba zależy panu na niej, prawda panie Mulder?
-Tak, zależy...I to bardzo.
-W takim razie czekamy.- mężczyzna wyłączył się.
Mulder odłożył guzik i wziął do ręki pakunek, który zamierzał podarować Scully w dniu, w którym ją porwali. Była to druga część prezentu urodzinowego. Rozerwał ozdobny papier i uśmiechnął się. Znowu ją widział. Trzymał w dłoni oprawione w drewnianą, brązową ramkę zdjęcie sprzed dwóch tygodni. Widniały na nim dwie, nachylone ku sobie uśmiechnięte twarze - jego i Scully. Dopiero w obliczu porwania zrozumiał, że Scully jest dla niego czymś więcej, niż tylko partnerką w pracy.
-Uratuję cię. Choćbym miał zginąć uratuję cię!
27 MAJA 1998r.
Waszyngton: wjazd do lasu
godz. 20.20.
Mulder nerwowo spojrzał na zegarek. Widział już czerwony plecak, ale musiał czekać jeszcze cztery minuty. Czas dłużył się niemiłosiernie. Chciał wstać i załatwić wszystko jak najszybciej. Chciał już zobaczyć Scully. Całą i zdrową. Ale wiedział że jest obserwowany.
Po czterech minutach wyskoczył z auta i wziął czerwony plecak. W środku znajdowała się skrzynka. Otworzył ją i wsadził fiolkę do środka.
-Do zobaczenia, Max. Nigdy cię nie zapomnę.- szepnął.
-Jak ty mógłbyś zapomnieć ufoludka! Pamiętaj, jestem pewny. Do widzenia.
Założył plecak na ramię i wsiadł do samochodu. Pozostawało tylko oddać plecak za Scully...
Dojechał do jeziora. Widział czarnego, rządowego dżipa. Wysiadł i staną przed samochodem.
-Mam go! Oddajcie Scully! - krzyknął.
Zza drzew wyłonił się mężczyzna w czarnym garniturze. Przed nim szła Scully. Mężczyzna trzymał ją na muszce.
-Proszę położyć plecak na trawie, panie Mulder, i udać się do swojego samochodu.- Mulder rozpoznał głos z słuchawki.
-Scully!
-Tak, wiemy. Proszę zostawić plecak, a panu partnerce nic się nie stanie.
Mulder wykonał polecenie. Widział w lusterku jak Scully zmierza w jego stronę. I właśnie wtedy go zobaczył. Faceta, który celował karabinem prosto w plecy jego partnerki. I wtedy też to zrobił. Wybiegł z auta i stanął za koleżanką.
-Do samochodu, szybko!- krzyknął. Scully odwróciła się.
-Nieeeee!!!!!!- zawołała, ale było za późno.
Facet, który siedział w dżipie strzelił. Mulder osunął się na ziemię.
-Auu...- jęknął. Dostał w brzuch.
-Mulder, słyszysz mnie? -
-Tak. Jedź do miasta, szybko. Bo cię zabiją!
-Nie. Nie mogę...
-Możesz! Nie widzisz że ten facet na czole ma wypisane: "Nie zostawiamy świadków!"? Nie muszę chyba powtarzać? Spływaj!!! Już!!!!
-Nie! - ucięła. Wyciągnęła spluwę Muldera i wycelowała w dżipa.- Hej! Wy tam!!! Jestem z FBI! Wiem gdzie trafić, aby wóz wyleciał w powietrze! Teraz wszyscy wsiadajcie do samochodu i odjeżdżajcie! -krzyczała.
-Scully, co ty robisz?!?!- usłyszała pytanie Muldera.
-Ratuję cię. Nie pozwolę, aby...no wiesz...Nie martw się, wiem co robię.- odpowiedziała, po czym zwróciła się do mężczyzn w dżipie.- Gaz! Już!!
Pociągnęła Muldera jak najdalej od jeziora. Kiedy dżip ruszył, wystrzeliła. Ogromy huk zmącił leśną ciszę.
-Kurde...- jęknął Mulder -Naprawdę wiedziałaś.
-No pewnie! A teraz trzymaj się, jedziemy do szpitala. Na moje oko nie wygląda to zachwycająco.
27 MAJA 1998r.
Waszyngton: szpital Mountain Lex
godz. 22.11
-Jak się czujesz?- zapytała Scully Muldera.
-Boli...
-Nie dziwię się. Mam dla ciebie wiadomość. Byłam w biurze i ... może mi powiesz co to jest?- pokazała zdjęcie, które Mulder chciał jej podarować.
-Chciałem ci to już dawno powiedzieć, ale jakoś... Zdałem sobie z tego sprawę, jak cię porwali. Scully...ja...ja cię...
-Ja cię kocham.
Mulder podniósł wzrok. Czy naprawdę to powiedziała?
-Skąd wiesz?
-No bo ja... czuję to samo.
Oboje patrzyli na siebie w milczeniu. Mulder chwycił jej dłoń.
-Wiedziałem. Ja i mój kolega.
-Jaki kolega?
-Max. To był ...
-Ufok? Nie wierzę!
-A chcesz coś zobaczyć? Kończy się jego moc, bo korzystał z niej ktoś inny przez trzy lata, ale...pokaż rękę.
Wyciągnęła rękę. Mulder podniósł jej bluzkę tak, że zobaczył obandażowaną ranę postrzałową.
-Podaj mi marynarkę. Kazałem wykonać replikę, choć Max już długo nie pożyje. Ma zdolność regeneracji, ale jest bez mocy, czyli... - wyjął z kieszeni małe pudełeczko. Otworzył wieczko i oczom Scully ukazał się ten sam, pamiętny guzik. Zapiszczał, a Mulder przetłumaczył.- Mówi, że wiedział że tak to się skończy. Polubił cię, a teraz odwdzięczy się za te trzy lata w zębie Bannemore'a . - przyłożył
przedmiot do ramienia Scully. Ona zamknęła oczy. Powoli rana goiła się. Po dziesięciu sekundach nie było po niej śladu.
-Och! Więc to prawda!
-Oczywiście. Zaraz dołączę do ciebie, nie lubię szpitali. - i dotknął przedmiotem swojej rany. Ta zabliźniła się. Mulder wstał, ubrał się i chwycił Scully za rękę.
-Musimy powiedzieć Skinnerowi. Gwarantuję ci, że on o tym wiedział. Poczekaj jeszcze moment... - podszedł do szafki szpitalnej, wyciągnął chusteczkę i położył na niej Max'a.- Tak jak chciałeś, stary...Do widzenia. - wrzucił Max'a do kosza na śmieci.
-Dlaczego to zrobiłeś????
-Bo on tak chciał. Chodź. Muszę zapomnieć. On znał Samanthę...
3 CZERWCA 1998r.
Waszyngton: mieszkanie Foxa Muldera
godz. 5.59
Obudziły Muldera wesoło tańczące promienie czerwcowego słońca. Przewrócił się na drugi bok i uśmiechnął na widok rudowłosej śpiącej obok......
Opowiadanie zostało skopiowane ze strony Miss Grey : http://www.aci.pl/~missgrey