|
KONIEC I POCZĄTEK
Siedzę na ławce w parku obok mojego domu i z niedowierzaniem kręcę głową. Co na Boga mnie napadło? Tam w Cafe Paris, czy to byłam ja? Przecież Dana Scully nigdy by nie płakała z takiego powodu. Nie stchórzyłaby i nie uciekła. Nigdy! Ale tak właśnie zrobiłam i teraz siedzę na ławce obok fontanny zastanawiając się jak dostać się do mojego mieszkania. Nie tylko kluczyki do samochodu miałam w torebce. Mogę zadzwonić do mamy i poprosić by pożyczyła mi te które jej dałam jakiś czas temu. Mogę również pójść do gospodarza domu... zaraz, wyjechał do siostry w Alabamie. Odpada. Kto jeszcze ma klucze? Oprócz Muldera oczywiście. Zanim się z nim zobaczę, muszę wpierw wymyśleć jakieś wytłumaczenie mojego zachowania. Inne od tego prawdziwego oczywiście. Odruchowo zmarszczyłam brwi. Zacznijmy od początku. Moją obecność w restauracji można łatwo wytłumaczyć. Niecałe 10 minut pieszo od mojego domu. Mogłam tam być ... Zaraz, o czym ja myślę. Czy ja w ogóle musze się tłumaczyć? Przy odrobinie szczęścia zapomni o tym do poniedziałku. Zawsze tak się dzieję z bardziej prywatnymi z naszych spotkań. Nigdy o tym nie rozmawiamy. Ale mam przeczucie, że tym razem tak nie będzie. Nie przejdzie to ulgowo. Przecież zachowałam się zupełnie nie profesjonalnie. Nie byłam sobą. Dana Scully, lekarz medycyny sądowej i agent specjalny FBI zostałaby. Porozmawiała a nie tylko rzuciła jedno, ledwo słyszalne słow. Przyjęłaby to z zimną krwią a rozkleiła by się dopiero w domu, schowana w ciemności i ciszy. Jak w racjonalny i wiarygodny sposób wytłumaczyć to co stało się. Mulder jest człowiekiem inteligentnym, Oxford nie rozdaje dyplomów na lewo i prawo. No i przede wszystkim ta jego pamięć. Mógłby z pamięci wyrecytować całą konstytucje i założę się, że pamięta każdy szczegół mojego zachowania. Przeanalizuje i zapewne dojdzie to tych samych wniosków do których doszłam ja. Kobieta beznadziejnie zakochana w swoim partnerze z pracy. Na dodatek to nie zgodne z regulaminem. Jakiekolwiek stosunki wykraczające poza pracę, pracę i tylko pracę są surowo zakazane. Reguła numer jedne nie tylko w regulaminie FBI ale także w moim własnym. Przynajmniej tak było do niedawna. Teraz moją regułą numer jeden będzie: zaprzeczaj wszystkiemu. Dreszcz zimna wyrwał mnie z zamyślenia. Otulam się szczelniej płaszczem a moje myśli przyspieszają. Pora zacząć działać. Przede wszystkim muszę jakoś dostać się do mojego mieszkania. Jest listopad, bardzo zimny listopad, szaleje epidemia grypy a ja jestem przemoczona. W takich warunkach łatwo nabawić się czegoś. To jest wyjście... jeśli będę chora nie będzie mnie przepytywać. Marny pomysł. Gdybym zachorowała nie opuszczał by mnie na chwilę, noce spędzając na mojej sofie a za dnia pilnując abym brała wszystkie lekarstwa i czy nie brakuje mi niczego. Potrzebuje czegoś co zadziałałoby odwrotnie, żeby na jakiś czas dał mi spokój abym mogła przemyśleć kilka spraw. Deszcz znów zaczął padać. Chyba wezmę sobie do serca powiedzenie Scarlet O'Hara i pomyślę o tym jutro. Teraz zajmę się moim mieszkaniem.
Mieszkanie Dany Scully, Georgetown
Kiedy biegłam przyszedł mi do głowy szalony pomysł. Przecież mieszkam na parterze, prawda? Skoro jakiś Duane Barry mógł się włamać to czemu nie ja? Wystarczy wybić tylko to nieszczęsne okno przy schodach i po kłopocie. Tyle, że gdzie ja potem znajdę szklarza w weekend? Pokręciłam głową i przyspieszyłam. Minęłam róg i gwałtownie się zatrzymałam. Chyba nie tylko ja miałam genialny pomysł z oknem. W moim mieszkaniu pali się światło. Ktoś tam jest! Cicho zaklęłam i zwolniłam krok. OK, tego za wiele. Rozpięłam płaszcz, wyjęłam broń i zirytowana przeszłam przez ulicę. Na schodach spróbowałam zajrzeć do środka przez to fatalne okno ale nie zobaczyłam nikogo. Pewnie buszują w sypialni czy kuchni. Proszę bardzo, obżerajcie się na mój rachunek póki jeszcze możecie. Kiedy z wami skończę to do końca życia będziecie za mnie robić zakupy! Korytarz był pusty a ani na drzwiach ani na zamku nie było śladów manipulacji. Odbezpieczyłam pistolet i otworzyłam drzwi. "Stać! FBI!" krzyknęłam i natychmiast tego pożałowałam. "Na Boga Scully! Zawsze tak wpadasz do mieszkania? Czemu nie kupisz sobie psa jeśli to może poprawić ci samopoczucie po powrocie z pracy?" wykrztusił mój partner podnosząc z podłogi książkę, którą upuścił. "Psa?! A niby kto miałby się nim zajmować kiedy razem z tobą uganiam się za Wielką Stopą?!" krzyknęłam nadal stojąc w progu z bronią w ręku. "A tak w ogóle to co tu robisz? Myślałam, że ktoś się znów włamał." "Znów?" powtórzył. "Ile razy to już się stało? Czy nie powinnaś pomyśleć o zmianie zamków czy mieszkania?" "Stop! Nie zmieniaj tematu. Spytałam co tutaj robisz?" "Twoja torebka... zostawiłaś ją w restauracji." powiedział wskazując ręką na sofę. "Przyszedłeś tu po to by oddać mi torebkę?" Spytałam zatrzaskując drzwi. "Między innymi. O co chodzi? Czy stało się coś? Dziwnie się zachowywałaś..." "Ja? Ja dziwnie się zachowuje? I kto mi to mówi! Człowiek, który spędził ostatnie 10 lat na pogoni za duchami, małymi zielonymi ludzikami i Wielką Stopą!?" Wyrzuciłam zanim zdążyłam się powstrzymać. "Czy tak właśnie o mnie myślisz?" spytał podchodząc do mnie. Zawahałam się. "Nie wiem co mam myśleć." Odpowiedziałam wymijając go i idąc do sypialni. "A teraz zostaw mnie. Chcę być sama. "Nie ma mowy. Tym razem nie dam się zbyć byle słowem. Możesz na mnie krzyczeć, mówić co chcesz ale w końcu powiesz mi o co tu chodzi. Nawet jeśli miałbym spędzić tu resztę dnia." Usłyszałam jego stanowczy głos. Stałam pośrodku ciemnej sypialni i modliłam się, żeby teraz zjawiło się UFO i go zabrało. "Idź do domu Mulder. Nic się nie dzieje. Dziękuję, że odniosłeś mi torebkę ale to nie było potrzebne." powiedziałam rzucając płaszcz na podłogę i siadając na łóżku. "A jak byś się dostała do domu? Klucze były w środku." stwierdził stając w progu. Nie widziałam jego twarzy ale może to lepiej. Gdybym widziała jego oczy pewnie nigdy nie mogłabym mu skłamać a to właśnie zamierzałam zrobić. "Słuchaj. Byłam z kimś umówiona, nie przyszedł, wkurzyłam się i nie przeszło mi do teraz. Więc jeśli chcesz poprawić mi humor to najlepiej daj mi spokój i idź do domu!" wyrzuciłam z siebie. "Czy dlatego wybiegłaś w takim pośpiechu z restauracji?" "Tak!" "Nie." "Wiem chyba lepiej..." "Nie," powtórzył stanowczo. "Dana Scully, którą myślę, że znam nie zrobiła by czegoś takiego. Ona poczekałaby aż się pokaże a potem słodkim głosem powiedziała mu jakim to jest sukinsynem." "Doprawdy?" poczułam jak wzbiera we mnie irytacja. "Więc posłuchaj mnie uważnie, i mam nadzieje, że mój głos jest słodki, jeżeli się stąd zaraz nie zabierzesz to użyje broni którą nadal mam przy sobie i tym razem będę celować znacznie niżej niż ramię!" Wstałam z łóżka i wolno podchodząc do niego mówiłam "Myślisz, że skoro od 5 lat spędzamy kilka godzin dziennie w tym samym biurze to mnie znasz? To nie wystarcza. Spójrz na siebie. Tyle razy mówiłeś mi, że jestem jedyną osobą której ufasz na tym przeklętym świecie a teraz co?! Nawet mi nie powiedziałeś, że się z kimś spotykasz, i że zostaniesz ojcem! A teraz przychodzisz tu spokojnie i domagasz się ode mnie żebym zwierzała ci się z każdej chwili mego życia. Zostaw mnie w spokoju!" Ostatnie słowa wykrzyczałam mu prosto w twarz. Przez chwilę staliśmy naprzeciw siebie w milczeniu. Patrzyłam mu prosto w oczy wiedząc, że moje własne są teraz morzem gniewu. "Ojcem?" powiedział w końcu. "Ależ ja i Ann..." "Już raz ci mówiłam. Nie musisz się przede mną tłumaczyć." Przerwałam mu podnosząc rękę i wskazując na drzwi. "Wyjdź, proszę." "Dana ja..." Nie. Proszę Cię Boże. W poniedziałek ale nie teraz. Nie chce słyszeć jak przeprasza mnie, że nie powiedział mi wcześniej, że zaprasza mnie na kolacje abym ją poznała czy coś równie absurdalnego. "Nie nazywaj mnie Dana. Dla ciebie zawsze byłam Scully i tak powinno zostać. Jesteśmy partnerami, razem ścigamy potwory i uwierz mi zrozumiałabym gdybyś mi powiedział. To przecież całkiem naturalne, że w końcu zdecydowałeś się założyć rodzinę. Kiedyś musiałeś dorosnąć." Powiedziałam łagodnym głosem, choć w duszy miałam ochotę krzyczeć. "Dana, z całym szacunkiem jaki do ciebie żywię, zamknij się." Chwycił mnie za ramię. "To co widziałaś w restauracji... to nie to co myślisz. Mam jakieś zasady a jedną z nich jest nie podrywanie żon moich najlepszych przyjaciół. Jonathan poprosił bym zajął się Ann kiedy on wyjedzie na delegacje do Europy. To wszystko. Nie zamierzam się w najbliższym czasie żenić a nawet gdyby to byłabyś pierwszą osobą która by o tym wiedziała. Dotarło?" "Mulder, jedno co wiem o tobie na pewno to, to że nie masz najlepszych przyjaciół. Ty nie ufasz nikomu. Nawet mnie. Niezła historia. Szkoda tylko, że nie dopracowałeś szczegółów. Stać cię na coś lepszego." Powiedziałam chłodno wyrywając się z jego rąk i szybko wyszłam z sypialni. "Dana Scully, zarzucasz mi że kłamię?!" Krzyknął podążając za mną. "Przecież przed tobą nie mógłbym nic ukryć. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu!" "Słyszałam to już wiele razy! I za każdym razem chwile potem czegoś ode mnie żądałeś! Żebym została w Archiwum, żebym pojechała do Nowego Meksyku czy gdzie tam jeszcze. Powiedziałeś, że uczyniłam z ciebie prawdziwego człowieka. Więc nich ten człowiek teraz posłucha i weźmie sobie to do serca, jeśli je w ogóle ma." Staliśmy po przeciwnych stronach stołu. Widziałam jak ranią go moje słowa a mimo to nadal mówiłam. Mury, które tak staranie wznosiłam od lat powoli legały w gruzach. "Nie należy bawić się z uczuciami innych ludzi. Wiesz, że zrobiłabym dla ciebie wszystko i wykorzystujesz to. Wiesz ile razy mnie pytano czemu jeszcze z tobą pracuję? Czemu zaprzepaszczam swoją karierę?" "Nigdy nie kazałem ci rzucić tego wszystkiego. Mogłaś odejść w każdej chwili." "Nawet nie wiesz ile razy chciałam to zrobić! Ale za każdym razem powstrzymywała mnie myśl o tobie, co się stanie z tobą. Ile czasu upłynie zanim znajdą cię w jakimś zaułku z kulką w głowie. Musiałam zostać, choćby po to aby dopilnować żebyś przeżył kolejną wyprawę." "Dana... nie wiedziałem..." "Jesteś psychologiem do diabła! Potrafisz odczytać najskrytsze myśli jakiegoś pieprzonego mordercy a nie potrafisz wsłuchać się w moje słowa." "A co bym usłyszał?" Wyrzucił podniesionym głosem. "Że męczysz się ze mną? Że to przeze mnie zostałaś porwana? Że to moja wina, że twoja siostra nie żyje a ty nie możesz mieć dzieci? Myślisz, że o czym myślę każdej bezsennej nocy? Za każdym razem gdy ktoś dzwoni spodziewam się usłyszeć najgorsze, że coś się tobie stało. Oddałbym wszystko, żeby tylko mieć pewność, że tobie nic się nie stanie. Ty jesteś moim życiem. I jeśli mówię ci, że nic mnie nie łączy z Ann to po prostu jest to prawda!" Chciałam mu odpowiedzieć ale zamiast tego zupełnie niespodziewanie kichnęłam. "Dana? Chyba nie szłaś na piechotę całej drogi z restauracji?" Spytał i nie czekając na odpowiedź, której i tak by nie otrzymał kontynuował. "Oczywiście, że tak. Kluczyki do samochodu i portfel były w torebce. Gdzie byłaś? Czekałem na ciebie blisko godzinę." "Szukałam natchnienia w parku." Mruknęłam szukając po kieszeni chusteczki. Kiedy podniosłam oczy ujrzałam jak podaje mi swoją. Zawsze zadziwiał mnie fakt, że pomimo tego jaki bajzel stanowiło jego mieszkanie czy życie jego gust co do ubioru był zadziwiający. Piękna, ręcznie haftowana chusteczka w kolorze ciemnego granatu. "Prezent od Ann." Wyjaśnił widząc moje zdziwienie. "Ale wracając do ciebie. Byłaś w parku? Przecież lało jak z cebra." "Tylko na początku." Zaprzeczyłam dmuchając nos. "A tak w ogóle to nie uważasz, że to śmieszne, że tak stoimy i się kłócimy. Jesteśmy oboje dorośli i możemy chyba na spokojnie porozmawiać." "Spokojnie? OK, więc posłuchaj tego co mam ci do powiedzenia. Nie wiem czemu wybiegłaś w takim pośpiechu z Cafe Paris. Nie wiem czemu zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć ale wiem jedno. Jeśli nie zdejmiesz tego mokrego ubrania rozchorujesz się." Oświadczył i wskazał ręką na sypialnię. "Sama pójdziesz się przebrać czy mam ci pomóc?" Spytał z uśmiechem. "W twoich snach, Mulder. Poradzę sobie sama." Odpowiedziałam i zniknęłam w pokoju. "Więc masz przyjaciela? Skąd się znacie." Spytałam by rozładować sytuacje. Zaczęłam zdejmować bluzkę. "Poznaliśmy się w Anglii na uniwersytecie. Studiował lingwistykę i na ostatnim roku razem wynajmowaliśmy mieszkanie." "A, nie ma to jak.... apsik!... jak przyjaźń ze szkoły." Krzyknęłam w kierunku drzwi. "Pamiętasz jak w na wrzesień zeszłego roku wziąłem tygodniowy urlop? To był właśnie ich ślub. Byłem drużbą." "A mnie zżerała ciekawość gdzie pojechałeś. Wtedy jednak powstrzymałam się i nie sprawdziła..." Ups! Zamarłam ze swetrem w dłoni. Żeby tylko tego nie zauważył... "Wtedy? A kiedy to zaspokoiłaś ją?" Usłyszałam jego głos trochę bliżej. Zaklęłam bezgłośnie i pospiesznie wciągnęłam sweter przez głowę i zaczęłam zapinać dżinsy. "Dana? Ty chyba nie... a niech mnie! Przyznaj się, przejrzałaś mój notatnik." "Miałabym grzebać w twoich rzeczach podczas twojej nieobecności?" Spytałam głosem jak najbardziej niewinnym. Wytknęłam głowę za drzwi. Stał oparty o framugę drzwi. Kilka centymetrów ode mnie. "A czy nie to właśnie zrobiłaś?" To jego głosu wskazywał, że nie ma co do tego żadnej wątpliwości. "Nie możesz mieć do mnie o to pretensji. Zachowywałeś się dziwnie, nie pamiętam kiedy ostatnio nocowałam w jakimś zapyziałym motelu no i ta kartka..." "Co z kartką?" "Ty mi powiedź. Dr. Spock? Można by pomyśleć, że to naprawdę twoje dziecko." "Zawsze lubiłem dzieci." Odpowiedział wzruszając ramionami. "Ann poprosiła mnie bym zawiózł ją na ultrasonografie. Nie mogłem odmówić." "Pewnie, tak bardzo cię wzięło, że postanowiłeś kupić książkę i poczytać sobie jak to jest z dziećmi..." Skomentowałam kwaśno i ruszyłam w stronę kuchni. "Bez przesady. To miał być prezent dla Jonathana. Strasznie się tym wszystkim przejmuje. Gdybyś słyszała jak klął na swojego szefa kiedy dowiedział się, że musi jechać do Genewy. Nawet marynarz by się zarumienił." Mimowolnie się uśmiechnęłam. Sięgnęłam do szafki po kubki. "Napijesz się ze mną kawy? Tylko uprzedzam, nie mam cappuccino..." Rzuciłam. "HaHaHa. Bardzo śmieszne. Długo nad tym myślałaś?" Nic nie odpowiedziałam. Wrzuciłam kilka łyżek kawy do zaparzacza i włączyłam go. Kiedy wróciłam do salonu Mulder siedział na sofie a jego płaszcza leżał na oparciu. Wyglądał w niej tak naturalnie, pomyśleć by można, że urodził się po to by siedzieć na mojej sofie i czekać na kawę. Usiadłam obok niego. Zapadło krępujące milczenie. "Ja mówiłem serio." Odezwał się w końcu odwracając się twarzą do mnie. Był wyjątkowo poważny. "Tak, wiem." Odpowiedziałam nie całkiem wiedząc o czym on mówi. "Nie Dana, posłuchaj mnie. Dłużej tak nie może być. Trzeba z tym skończyć tu i teraz. Ile jeszcze razy będzie my zatrzymywać się o krok od tego czego tak bardzo boimy się dotknąć? Ile?" Zmarszczyłam czoło. Miałam silne podejrzenia, że nie spodoba mi się jego odpowiedź. Nazwał mnie po imieniu. Chyba nie zamierza... "Nie zatrzymujemy się przed niczym Mulder. Nie mamy przed czym." "Jest Dana. Wiesz o czym mówię. Holl w moim mieszkaniu. Kilka miesięcy temu." "Mulder, o mało tam nie umarłam. To nie jest raczej miłe wspomnienie." "Mam namyśli to co nam przerwano." O nie, więc jednak. Od miesięcy oboje unikaliśmy rozmów na TEN temat. Modliłam się aby nie wspominał tego czego o mało nie zrobiliśmy. To była granica, której przekroczenie przewróci nasz świat do góry nogami. Zaparzasz kawy głośno brzdękną oznajmiając, że wykonał swoje zadanie a ja skwapliwie wykorzystałam ten fakt zrywając się z sofy. "Kawa..." Mruknęłam ale Mulder złapał mnie za rękę i pociągnął z powrotem na sofę. Straciłam równowagę i wylądowałam na nim. Nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Moje serce tak waliło, że jestem pewna, że je słyszał. "O nie Dana, nigdzie się nie wybierasz. Wysłuchasz do końca tego co mam ci do powiedzenia a potem możesz zrobić co chcesz." Niby w jakimś transie patrzyłam mu w oczy, nie mogąc się ruszyć, nie mogąc nic powiedzieć. Widziałam jak jego zielone oczy pociemniały nabierając barwy sztormowego morza. "To co ci powiem leży mi na duszy jak kamień. Dłużej jego ciężaru nie zniosę. Zadam ci pytanie i chcę usłyszeć szczerą odpowiedź." Zdołałam tylko kiwnąć głową. "Dlaczego wtedy pozwoliłaś mi na to?" Doskonale wiedziałam co miał na myśli. Nasz pocałunek a raczej "o mało co nie" pocałunek. Otworzyłam usta by odpowiedzieć ale nagle zawahałam się. No bo co właściwie miałam mu powiedzieć? Że zamiast serca miałam tamtego dnia krwawiącą ranę? Że tamten list z rezygnacją napisałam dla niego? Że chciałam odejść z FBI tylko po to by móc zostać z nim w DC? Miałam ochotę wykrzyczeć, że pragnęłam tego pocałunku jak powietrza, którym oddycham. Że chciałam poznać choć posmak szczęścia, którego mi odmawiano. Chciałam powiedzieć mu to wszystko ale stać mnie było tylko na milczenie. Położył delikatnie palce na moich ustach. "Proszę. Nie mów mi, że nic to dla ciebie nie znaczyło." Szeptał głosem drżącym od skrywanych emocji. "Że zapomniałaś o tym. Ja cały czas mam przed oczami twoje łzy, widzę jak drży ci warga. Pamiętam każdą sekundę tej ulotnej chwili. Nie mów mi, że pozwoliłabyś mi się pocałować z litości, jako pocieszenie." Mówiąc to zbliżał powoli swoją twarz do mojej. Jego wargi były coraz bliżej, i bliżej... "Zrobiłam to dla ciebie." Powiedziałam szeptem lżejszym od wiatru. Instynktownie wiedziałam, że to jest moje ostatnie szansa. Cokolwiek by się stało potem, teraz musiałam powiedzieć mu to co czuję. "Twoja rezygnacja..." "Nie mogłam pozwolić by nas rozdzielili. Kiedyś przyrzekłam, że zostanę z tobą do końca i zamierzałam dotrzymać tej obietnicy." Nasze wargi dzielą milimetry. Mówię dalej. "Pozwoliłabym ci nawet na więcej niż tylko pocałunek. Nie miałam nic do stracenia..." "Z wyjątkiem życia..." Dokończył i pocałował mnie. Dotyk jego warg był lekki jak dotyk skrzydeł motyla. Był samą czułością, czystą słodyczą. Wyrażał te wszystkie tłumione emocje. Te wszystkie przypadkowe dotyki, które teraz nareszcie były czymś więcej niż tylko przelotnym muśnięciem. Jego dłonie objęły moją twarz, ja swoje zanurzyłam w jego włosach. Czułam jak ogarnia mnie wielki spokój. Spodziewałam się czegoś innego, sama nie wiem czego. Ale teraz... to było niczym katharsis. Koniec i początek.
KONIEC
Opowiadanie zostało skopiowane ze strony Miss Grey : http://www.aci.pl/~missgrey
|