To była miłość od pierwszego wejrzenia. Wytrzeszcz oczu, suchość w gardle, spocone dłonie. Musiał być mój! Stał na środku salonu Fiata na swoich Michelin'ach i alufelgach, z czerwonymi pasami i skórzaną kierownicą... A przecież przyszedłem tam, żeby wybrać którąś z 700-tek. Był to czwartek, a w poniedziałek 27 marca 1995 roku powolutku wyjechałem moim cudeńkiem z pomieszczenia, gdzie zainstalowano autoalarm. Był cichy i prawie nie wiedziałem, że prowadzę samochód. Czułem też, że mocniejsze naciśnięcie gazu wgniecie mnie w fotel, ale nie zrobiłem tego, żeby nie przeciążać nowiutkiego silnika. Mój Polonez, którym dotąd jeździłem wydał mi się strasznym gruchotem. Byłem szczęśliwy.

Od tego momentu minęły pełne trzy lata i trochę inaczej patrzę na mojego Sportinga. Ale w 1995 po polskich drogach jeździły znacznie gorsze auta niż teraz i 14 sekund do 100 km/h było bardzo dobrym wynikiem, zaś przyśpieszenia od 60 do 100 km/h na IV i V biegu wprost rewelacyjne. Zresztą to one zrobiły na mnie największe wrażenie, gdy czytałem test CCS w jednym z pierwszych numerów Auto Świata. Pewnie gdyby nie ta lektura jeździłbym teraz 700-tką. Za dokładnie taką samą kwotę mogłem kupić UNO 1,4, pojemniejsze, z lepszym przyśpieszeniem (0-100km/h 12,5 sek.) i wyższą prędkością maksymalną. Ale UNO nie miało tego czegoś, posiadacze Sportingów wiedzą co mam na myśli.

Po drugim tankowaniu byłem nieco rozczarowany spalaniem: 8,9 l/100 km w jeździe miejskiej. Ale po pierwszym przeglądzie (po 1500 km, wtedy jeszcze takie były !) spalanie zaczęło maleć i w jeździe mieszanej : 30% trasa, 70% miasto zeszło do 7,5 l/100 km. Z samochodem nie było żadnych problemów, co za ulga w porównaniu z Polonezem, którym przez pierwszy tydzień codziennie jeździłem do serwisu z cieknącym układem chłodzenia. W lipcu '95 ruszyliśmy w Drogę: moja wspaniała żona, ja i Sporting. Kierunek: Hiszpania, przez Wiedeń, Salzburg, Wenecję, Turyn (tu wyprodukowano serce mojego auta), Avignon, Andorrę aż do Barcelony. Popełniłem tylko jeden błąd, a mianowicie zainstalowałem na dachu plastikowy box jako dodatkowy bagażnik. Skutek: środek ciężkości powędrował do góry i największą zaletę Sportinga, znakomitą przyczepność, diabli wzięli. Odczułem to szczególnie na pirenejskich serpentynach. Wszystkie bagaże mogłem zmieścić w środku, ale bałem się, że skuszę złodzieja walającymi się na tylnym siedzeniu dobrami. Rok później już wiedziałem, że w Austrii czy Francji nie trzeba wyjmować radia wychodząc na chwilę, a tamtejsi przestępcy jakoś nie łakomią się na moje graty i nie zabrałem bagażnika dachowego. Droga powrotna biegła przez Szwajcarię i Niemcy, ale nie wykorzystałem możliwości jakie dają Autobahn'y. Chyba nie przekroczyłem wtedy licznikowych 150 km/h. Polonezem nie jechałem nigdy prędzej niż 120 km/h, bo auto dało mi wyraźnie do zrozumienia, że większe prędkości nie są mądrym pomysłem. W Sportingu trochę się bałem, trochę mi przeszkadzał hałas, a trochę było mi szkoda samochodu, choć prowadziło się go znakomicie i wręcz prosił o więcej. Na pierwszym odcinku trasy: Warszawa - granica Czesko-Austriacka spalił 4,7l/100 km. Potem spalanie utrzymywało się na poziomie 5,5 l/100km przy prędkościach 120-130 km/h. W sumie przejechałem wtedy 6000 km.

W 1996 odbyłem podobną podróż, tyle że głównie po Francji. Wtedy już wiedziałem co ten samochód potrafi. Żadnych bagażników na dachu ! W Masywie Centralnym, na wąskich drogach Sporting mógł rozwinąć w pełni swoje zdolności. Nie jestem najlepszym kierowcą, zdaję sobie z tego sprawę, ale niewiele samochodów mogło nawiązać ze mną walkę. Na prostych podjazdach dość łatwo mnie doganiano, ale na zakrętach gubiłem każdą konkurencję ! Oczywiście nie jechałem w ten sposób cały czas, nie jestem samobójcą ani przede wszystkim żonobójcą. Z kretesem przegrałem tylko raz, ścigając się z... motocyklem. W innych przypadkach nawet jeżeli zostawałem z tyłu to biorąc pod uwagę stosunek mocy do masy i tak byłem moralnym zwycięzcą. Także tym razem potwierdziło się, że dwie osoby mogą podróżować wygodnie nawet na bardzo długich trasach. Największym mankamentem był brak klimatyzacji, który pociągał za sobą konieczność otwierania okien. No i hałas, ale w końcu Sporting to auto o sportowym zacięciu i głośna praca silnika jest oczywista. W czasie tej podróży ujawniła się pierwsza usterka - przestał działać kontrolka ładowania akumulatora. Uznałem (jakże się myliłem), że coś przestało kontaktować. Przesadzam z tą pierwszą usterką. Pierwszy problem to klekoczące drzwi - choroba wszystkich cieniasów. Jakiś geniusz postanowił zastosować zamki od 126p, który ma jednak znacznie mniejsze i lżejsze drzwi. Do tego część zamka zamocowana na framudze przymocowana jest wkrętami typu "torx", do których nie można nigdzie dostać wkrętaków, a jak już się kupi to albo się rozlatują, albo są za małe. Ale z drzwiami wygrałem i choć trochę trudniej się zamykają to nie wydają już żadnych dźwięków.

Pierwszy kłopot z samochodem miałem zimą 1996/1997. W lutym 1997 po prostu silnik nie zapalił. Akumulator był całkiem rozładowany i brakowało ok. 30% elektrolitu! Dolałem, doładowałem i jeździłem dalej, często sprawdzając poziom płynu w akumulatorze. W marcu 1997 w czasie jazdy zgasł mi silnik, co było poprzedzone zwolnieniem tempa pracy wycieraczek, zwolnieniem szybkości pracy dmuchawy, itd. Odpaliłem z akumulatora pomocy drogowej i szybko kupiłem nowy akumulator. Ze trzy tygodnie później w czasie jazdy zauważyłem podobne objawy wskazujące na spadek napięcia w instalacji. Szybko wetknąłem do gniazda zapalniczki miernik napięcia (przezornie zakupiony po ostatnim razie) i czerwona dioda potwierdziła moje podejrzenia. Wyłączyłem wszystkie zbędne odbiorniki i wróciłem do domu nie schodząc poniżej 5000 obr/min. W serwisie okazało się, że padł regulator napięcia, czego objawem była (jakże niesłusznie zignorowana) awaria lampki ładowania. Naprawa kosztowała 80 zł. Przebieg wynosił wtedy jakieś 35.000 km. Potem zaczęły się problemy ze sprzęgłem. Skrzypiało i bardzo ciężko chodziło, na co zwróciła uwagę moja nieoceniona żona uczęszczająca wówczas na kurs prawa jazdy. Stwierdziła, że w Uno sprzęgło lżej chodzi, co wywołało moje oburzenie i niedowierzanie. Sprawdziłem sprzęgło w 700-ce mojej mamy i okazało się, że moje stawia kilkukrotnie większy opór. Skończyło się na wymianie całego sprzęgła (koszt:746zł, przebieg:41.500 km), a później linki sprzęgła (koszt:92zł, przebieg:47.400 km), a przy okazji sprężyny gazowej tylnej klapy (koszt: 30 zł). Pomiędzy tymi naprawami był jeszcze do zrobienia środkowy tłumik (koszt: 730 zł, przebieg: 43.000 km). Najnowszy problem ujawnił się przy obowiązkowym po trzech latach przeglądzie nadwozia. Znalazło się ognisko korozji na mocowaniu przedniego amortyzatora, pod gumowym ochraniaczem widocznym po otwarciu maski. Z przyjemnych rzeczy mogę powiedzieć, że nigdy nie musiałem dolewać oleju. Bardzo wysoko oceniam też opony Michelin, a mam porównanie bo na zimę kupiłem Goodyear'y Ultra Grip 5 i dość wyraźnie czuję, że auto gorzej zachowuje się w jeździe po prostej, oczywiście na suchej jezdni.

Po 50.000 km silnik nie wykazuje żadnych oznak zużycia: nic nie wycieka, oleju nie zużywa, osiągi są bez zarzutu, żadnego rzężenia. Także plastiki w środku nie zaczęły jeszcze trzeszczeć i piszczeć. Co prawda tapicerka na siedzeniu kierowcy nieco się zużyła (żadnych dziur, tylko na szwach wyłazi trochę nitek), ale pozostałe siedzenia są prawie jak nowe. Tylko tylne zawieszenie jest dość głośne i pewnie niedługo trzeba będzie coś wymienić. Amortyzatory są w porządku, były niedawno sprawdzane na przeglądzie wymaganym do przedłużenia dowodu rejestracyjnego. Wynikałoby z tego, iż zawieszenie Sportinga jest nieco trwalsze niż w innych modelach CC. Z drażniących usterek muszę wymienić jeszcze piszczące przednie hamulce i dziwne dzwonienie w okolicach lewego przedniego amortyzatora pojawiające się na wybojach. Moje doświadczenia z lampką ładowania akumulatora wskazują, iż nie należy takich drobiazgów lekceważyć i po raz kolejny będę musiał się pofatygować do serwisu.

Po trzech latach użytkowania CCS mogę powiedzieć, że samochód ten nie rozczarował mnie ani osiągami, ani zużyciem paliwa - czegoś takiego mniej więcej oczekiwałem. Rozczarował mnie natomiast awaryjnością i jakością wykonania. Mam wrażenie, że Polonez którym jeździłem w latach 1992-1995 rzadziej zmuszał mnie do wizyt w warsztacie (nie licząc pierwszego tygodnia, zaraz po kupnie Poloneza). CC nie mogłem dwa razy uruchomić, natomiast Polonez nie odpalił tylko raz: w dniu w którym miał go odebrać nowy właściciel. Widocznie nie chciał się ze mną rozstawać. Teraz Sportingiem będzie jeździła moja żona i ma nadzieję, że nie narobi jej kłopotów ani wstydu.

Grzegorz Zatryb


http://cinquecento.supermedia.pl

SmartLinks Logo - http://smartlinks.net.pl


Naleze do systemu BannerPower

BannerMania