Veritas : O ile pamiętam, to właśnie FoXXXMagda wymyśliła zabawę, która polegała na wspólnym pisaniu fanfika. Ja wykoncypowałam początek... a Magda dopisała swój fragment. I tak po kolei, aż wyszło to, co wyszło. Może nasze opowiadanko nie wspina się na literackie wyżyny, ale daje przedsmak tego, czym jest pisanie we dwójkę - na dodatek przez shippera i neutrala... ("Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak to jest możliwe [pisanie przez dwóch lub więcej autorów]. Jeden śpi, drugi pisze? Obaj dykutują przy piwie, a sekretarka zapisuje? Jeden pisze o Conanie, a drugi o Onanie i mamy przygody pary bohaterów? Jeden pisze od końca, drugi od początku - jeśli się uda spotkać, mamy książkę?" - Andrzej Sapkowski) FoXXMagda : Pisanie wspólnego fika daje często zaskakujące rezultaty jak widać na załączonym e-mailu;))) Wyszedł nam fun-fic-zabawny, z zaskakującymi zwrotami akcji, polskim akcentem (TPSA...:P) i wiele wiele innych;)))) Życzę miłej zabawy czytając ten fik, stworzony gdzieś w ciągu 3 tygodni przez 2 X-Philki:> Veritas zaczyna: To nudne, biurowe przedpołudnie zapowiadało się na kolejne nudne, biurowe popołudnie, wypełnione pisaniem raportów i ogólnie przewracaniem papierzysk, ktore uształowane w kupki na biurku Scully grzecznie czekały na swoją kolej. Kiedy Scully weszła do biura i ujrzała te stosy, mniej grzecznie oznajmiła papierzyskom, ze dziś na pewno się nie doczekają, i zajęła biurko partnera. Na tym od tygodnia nie było ANI śladu dokumentów. Agentka kręciła sie na fotelu i z różnych pozycji próbowała wrzucać do kubka kawy rozmaite rzeczy. O dziwo, miała niesamowitego cela. I tak w kawie wyladowały już spinacz, ułamany grafit od ołówka (twarda sztuka, próbowała trzy razy!), fragment starego długopisu i kawałek niskotłuszczowego serka ze śniadania. Scully właśnie była pochłonięta celowaniem gumką do mazania, kiedy do biura wpadł zasmarkany i rozzłoszczony Skinner. Nudny się już robi z tymi niespodziewanymi wizytami, pomyślała Scully, ukradkiem chowając gumkę do szuflady. AD mlasnął, odchrząknął i zaczął: - Gdzie jest agent... - Nie wiem, gdzie jest agent Mulder - ubiegła go podwładna - wpadł rano, nie mówiąc ani słowa, zostawił tylko kawę i zaraz wyszedł. I nie, nie mam najmniejszego pojęcia, gdzie go można znaleźć. I nie, raporty nie są jeszcze gotowe. Skinner chrząknął ponownie, wyjął z kieszeni marynarki chusteczkę i wysmarkał się w nia donośnie. - No tak - zabuczał gniewnie przez materiał chusteczki - No tak. Odwiedzam was znowu i co zastaję, a raczej czego nie zastaję? Agenta Muldera nie ma, choć nie pokazywał mi się na oczy bodajże od tygodnia. Agentka Scully miast wypełniać zaległości, zajmuje się wrzucaniem przyrządów biurowych do kawy partnera. A tu jak zwykle panuje nieporządek. Kiedyś zamkną wam ten oddział na amen, a wtedy obejdziecie się swędem - zabuczał złośliwie - bo ja już wam nie pomogę. Ot co. Wiecej dyscypliny. I wyszedł, wciąż z pełnym nosem. Wtedy wpadł Mulder, zakotłował sie przy drzwiach, wyfrunął jakieś akta na biurko Scully i nim partnerka zdołała go powstrzymać, siorbnął łyk kawy. - Yhm, co to jest? - zamamrotał zdegustowany, odkładając kubek powrotem, i wyjął z ust spinacz. - Scully... Scully zamiarkowała, gumka wyrysowała w powietrzu piękny łuk i z chlupotem wpadła do kawy. Mulder lekko podniósł brwi. - Właśnie minąłem na korytarzu wkurzonego Skinnera. Wiesz coś o tym? Agentka wzruszyła ramionami, usiłując za pomocą spinacza wyłowić z kubka serek. - Hmm, zawsze myślałem, że olewanie szefostwa to moja specjalność. - Przekwalifikowałam się. I jak tam na wakacjach? AD się już o ciebie martwił. - Wakacje... cały ten tydzień... - Mulder zbladł lekkko. FoXXMagda kontynuuje: - Wiesz Scully, może opowiem Ci jak było na wakacjach u Strzelców? - U nich? Będzie alkohol? - Tak. - Fox popatrzył na Danę jak na kosmitę. - To lepiej nie. Wiesz jaki się robi Frohike, jak jest pijany. Mulder wyszczerzył sie do partnerki w dziwny sposob. - Okej. - Powiedzial. - Więc zapraszam Cię na kolację. Zrobił sobie Spojrzenie. - Mulder, dopbrze się czujesz? Gdzie byłeś - na zjeździe hipisow i ćpunów? Co brałeś? - Scully, spoko! Nic nie brałem! Po prostu chcę pójść z Tobą na kolację...wybierz miejsce i czas. Scully uśmiechnęła się złośliwie. - Dobrze. Jeśli tego chcesz. Ale pamiętaj, że sam tego chciałeś... - To było wyjątkowo złośliwe - narzekał Mulder, obcierając usta serwetką, i to nie byle jaką, a z bawełny i koronki. - Przecież doskonale wiesz, że nienawidzę takich snobistycznych restauracji, gdzie nie ma paiperowych serwetek, kurczaka z rusztu i jedzenia palcami, a za to są kelnerzy sztywni jak by ktoś im miotłę wsadził w zadki, pięć rodzajów sztućców i przystawek, świece oraz ktoś, kto zawsze sie przygląda się w jaki sposób jem. - Ani krztyny romantyzmu - westchnęła Scully, rozsiadając sie w staroświeckim, obitym karmazynowym pluszem krześle. - Trudno. Opowiadaj więc, jak było. A raczej, gdzie byłeś. Bo o tym nie raczyłeś mnie poinformować. - Więc teraz cię oświecę. Od dawna chciałem wybrać się do Anglii, odwiedzić stare kąty... a szczególnie do tego zachęciła mnie seria tajemniczych zniknięć na pewnym stanowisku archeologicznym, gdzie akurat dokopano sie do miejsca kultu Celtów z... Przerwało mu niecierpliwe chrząknięcie. - Tttak, masz rację, Scully, już do rzeczy. Drugim powodem, który skłonił mnie do tej podróży, była specjalne oferta londyńskiej kliniki leczącej bezsenność. Ale nie tak, jak w Nowym Yorku, nie. To miał być swego rodzaju eksperyment. Grupka dobrana z ludzi cierpiących na bezsenność, zamknięta w starym dworze pod okiem specjalisty. - Mulder... chyba nie dałeś się na coś takiego namówić? - Ja nie, skądże. To Strzelcy zafundowali mi takie wakacje. - Nie mogłeś im odmówić? - Wpłacili już MOJĄ forsę. Bez poroumienia ze mną. - Jakim cudem? - TAKIM cudem dorwali gdzieś numer mojej karty kredytowej. Suma, którą z niej wypłacili, wciąż przywołuje na moją twarz grymas wściekłości... - No więc poleciałem do Anglii do tego dworu. Wyglądał jak ze "Strasznego Dworu". Ze mną miało tam mieszkać przez tydzień 5 osób.Poza mną byli tam... - Mulder...na Twoim miejscu pozabijałabym tych Twoich komputerowców... - Scully...nie przerywaj - Fox spojrzał na nią z wyrzutem, szukając wzrokiem kelnera. - Kelner! Poproszę podwojne lody bananowe z czekoladą i kawę. - Fox! Mow dalej! - Dobra, dobra... Now więc poza mną byli tam: Młoda rosyjska pani naukowiec, była bardzo ła... - Mulder, opowiadaj jak bylo, nie interesuje mnie jaka pani naukowiec. - wkurzyła się Scully. - Hmmm...był też młody żołnierz z Kalifornii który ciągle widział w tym domu duchy... chyba był narkomanem. Poza nimi była jeszcze jakaś starsza pani ze swoim pudelkiem i jakiś polski pracownik telekomunikacyjny... - I co dalej? Kelner podszedl do ich stoilka i postawil przed Foxem wielkie, ociekające czekoladą lody i podał kawę. - Dziekuję. - powiedzial Mulder zabierając się do lodów. - I co dalej? - Czekaj, Scully, jem deser- Fox usmiechnął się, popijając kawę. - Zjadłeś? Zdążyłbyś już nawet strawić, Mulder. - Zjadłem. - oblizał wargi w bardzo ciekawy sposób. - Ten pracownik telekomunikacyjny... opowiadał mi, jak jest w Polsce. Nie mógł biedak spać, bo pracował dla głównej sieci Telekomun(y)ikacji, która zmuszała go do pozostawania po godzinach. Na dodatek musiał obserwować, jak tamtejsi szefowie zdzierają skóry z biednych internautów i obracają na lewo wielkimi pieniędzmi. Skandal. I my mówimy o spisku rządu amerykańskiego... - Na temat - przypomniała mu Scully- Na temat, Mulder. - Nie chcesz lodów? Na pewno? Dobra, nie patrz już tak na mnie. Tak czy inaczej, już pierwszego wieczoru zaczęły sie dziać dziwne rzeczy. Rosyjska pani naukowiec... -A więc rosyjska pani naukowiec nie mogła spać, ponieważ chowała chyba jakąś straszną tajemnicę. Pewnego wieczoru, gdy pozamykano nas osobno w swoich pokojach, przeszedlem do jej pokoju przez dziurę w ścianie. -Dziurę w ścianie...? - W międzyczasie Scully poprosila sztywnego kelnera o rachunek. - Kto płaci? - spytał chytrze Mulder. - Zależy jak będziesz dalej opowiadał. - OK. To był stary budynek, stąd ta dziura. No więc ta pani naukowiec... nawiasem mowiąc miała dłuuuugie blond włosy i okularki... - Ten pan zapłaci - Dana wstała i pokazała palcem na partnera. - Ale... o cholera. Po wyjściu z restauracji Fox kontynuowal. - No wiec, zamiast spróbować zasnąć w tym nawiedzonym domu... -Nawiedzonym?! -Noo... to byla część terapii, ale dojdę do tego. Siedzieliśmy po ciemku z tą panią naukowiec i rozmawialiśmy... - O czym? - Hm... szczegoly nie są istotne. - Ach... rozumiem. - To dobrze, że rozumiesz. Pani naukowiec, jak się dowiedziałem, kiedy... kiedy... - KIEDY CO? - No... kiedy... to nieistotny szczegół. Masza... - Masza? - Scully zamarła w pół kroku. - Tak sie nazywała. Masza Kiejdrojc. - Acha. - Masza pracowała z broniami biologicznymi. Wydalono ją za niedyskrecję w materii pracy. Więcej nie chciała mi powiedzieć. - A to ciekawe. - Co jest ciekawe? - teraz Mulder przystanął z rękoma na biodrach. - Bo z tego, co mi opowiedziałeś, wynika, że dużo ci powiedziała. Mulder puścił to mimo uszu. - Rano okazało się, że ta Angielka od pudla też została nawiedzona. - Nawiedzona? Mulder obejrzał się, żeby sprawdzić, czy sceptycyzm kapiący z głosu Scully nie wypalił dziury w chodniku. - No więc powiedziala mi, ze karmiąc w nocy psa... - Karmiła w nocy psa? - Tak, nazywał się Rufus. Daj mi powiedzieć, Scully. Fox otworzył partnerce drzwi do taksówki i wsiadł za nią. - Do Arlington, proszę. - I wtedy ją nawiedziło... - Nawiedziło??? - Odwrócił się do nich prowadząc taksówkarz. - Eeee...tak? - Fox popatrzył zmieszany na uśmiechniętą Danę. - Super! Prosze opowiadac! Uwielbiam takie historie! - EEEE....właściwie to,... - Mulder, opowiadaj, nie wstydź się. - Szturchnęła go Scully z szelmowskim uśmieszkiem. - Proszę mówić.- Powiedział podejrzanie radosnym głosem taksówkarz. - Nooo... dobrze. - Aaach! - Masza podskoczyła, aż wielkie łóżko, na którym iedzieli, zajęczało - Co to było? - Nie mam pojęcia - powiedział Mulder, wyjmując z kieszeni spodni latarkę - ale mam zamiar się dowiedzieć. - Iiidziesz tam? - Tak. - Boję się. - To chodź ze mną. Naukowiec westchnęła, zawinęła sie w czarny szlafrok, w którym wyglądała jak wampirzyca i powlokła sie za Mulderem. Agent właśnie otwierał drzwi na korytarz, kiedy rozległ sie kolejny mrożący krew w żyłach krzyk, tym razem jednak nie wspomagany przez nieludzkie wycie. Rumor, który nastąpił po wrzasku, był tak głośny, że Mulder zdziwił się niepomiernie, iż nikt oprócz nich go nie usłyszał. Wysoki korytarz był pusty, po podłodze ciągnęło, a portrety szlachty prawiały przygnębiające, jeśli nie straszne wrażenie. Masza przytuliła mu się do ramienia, a Mulder zwalczył zdziwienie. W końcu nie była to Scully, zawodowo penetrująco takie miejsca. - Jesteś pewna, że to ta od pudla? - wysyczał do Rosjanki. - Sto procent. - Skoro tak... - sięgnął do klamki ogromniastych drzwi. Nie chciały się otworzyć, więc naparł na nie barkiem. Po drugim walnięciu nagle się otworzyły, Mulder i Masza zakotłowali się w wejściu i ostatecznie padli malowniczo na podłogę. Angielka wrzasnęła po raz trzeci, zapewne biorąc ich za... ...duchy, demony , wampiry czy cos doggettowato-nieludzkiego [fani Doggetta wybaczcie - Magda nie mogła się powstrzymać;)] Pudelek zwany Rufusem zaczal przerazliwie szczekac na intruzów. - AAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! - Starsza pani wrzeszcząc przeraźliwie wybiegła na korytarz, chwyciwszy wcześniej Rufusa i wsadziwszy go sobie pod pachę. - CO JEST? - Kalifornijski żołnierz wyskoczył z CKM-em i wycelował w Muldera. - NIEEEEE! My nic nie zrobiliśmy!!! - Nieee... my nic... my nic... nieeet... - wyjęczała Masza, zawieszona wciąż na ramieniu Muldera. Ten widząc dość skomplikowaną sytuację postanowił wziąć to w swoje ręce. Strząsnął naukowiec z ramienia, wgonił Rosjankę, Angielkę i Kalifronijczyka do swojego pokoju, usadził ich w rządku na swoim łóżku i przybrał najbardziej agencką minę, na jaką było go stać w środku nocy. - Pani Nethaw - zwrócił się do starszej pani ściskającej w ramionach biednego psiaka. - Chciałbym się wreszcie dowiedzieć, co sie stało w pani pokoju i co wywołało tak gwałtowną reakcję. Masza - ostrzegł, zezując na chcącą coś powiedzieć naukowiec. - Poczekaj. Pani Nethaw zaczęła coś stękać o duchach, ale zagłuszył ją żołnierz Rusell, zabezpieczając CKMa. - Tototto... było jak duch. Prawdziwy duch, mówię panu. Mulder powstrzymał się od typowo Scullystycznej reakcji - przewrócenia oczami. - A dokładniej? - Noooo.... stało w kominku. Mam taki wielki kominek. Stało tam. Drobna kobieta. Ale bez głowy. - W kominku? Jak Dziadek Mróz? - wtraciła Masza, ale zaraz umilkła pod gromiącymi spojrzeniami Amerykanów. - Aha. A te odgłosy? - Przeraziłam się - twarz starszej pani oblał rumieniec, co jednak trudno było dostrzec pod gruuubą warstwą pudru. - Spadłam z tego wysokiego łóżka na Rufusa, biedaczka maluśkiego. W tej chwili Mulder nie wytrzymał i przez chwilę obserwował nimfy i fauny w bardzo interesujących pozycjach wyrzeźbione na suficie - doszedł do wniosku, że mnogość tych pozycji przez jakiś czas wystarczy mu za jego kolekcję kaset. - No dobrze - odchrząknął. - Masza, co chciałaś powiedzieć?? Oświec nas wreszcie. - Nie wiem, czy powinnam wam o tym mowić... - Masza była zakłopotana i miała głupią minę. - CO? - Krzyknęli chórem Mulder, żołnierz, babcia i zaszczekał jeszcze Rufus. Masza nie zdążyła odpowiedzieć, bo nagle drzwi otworzyły się i stanął w nich polski pracownik telekomunikacyjny trzymając w ręku flaszkę vódki wyborowej. - Cco jest ludziska? - wybełkotał pytająco. Wszyscy odetchnęli z ulgą, nawet nimfy i fauny zdaweały się być bardziej wyluzowane. - Co tam masz? - Spytał nieufnie Mulder, patrząc na etykietkę butelki. - Wódkę.... A cco? - Dawaj!-Fox chwycil butelke i wypił kilka łyków. - No. Teraz jestem gotów na wszystko. Masza, dokończ, co zaczęłaś. - Aale ja... - Mów! - Ryknęła starsza pani tak głośno, że Rufus schował się pod łóżko. - Nno... zostaliscie wciągnięci w eksperyment naukowy... jak ludzie radzą sobie ze zjawami i jak to wpływa na bezsenność... - Czy to znaczy że... - Zaczął Kalifornijczyk, zapalając skręta. - Czy te duchy nie są...- Fox popatrzył na nią zaskoczony. - Prawdziwe? - dokończyła pani Nethaw, oburzona - Jak mogliście?? Jak pani mogła nam nic nie powiedzieć??? - Masza? - Mulder dla pokrzepienia zerknął na figlujące na plafonie nimfy i faunów - Skoro od początku wiedziałaś, że te "duchy" to nieprawda, to czemu, u licha, darłaś się jak opętana i twierdziłaś, że sie boisz?? Masza spłoniła się tak, że nie wyglądała juz wampirzyca, tylko jedna z nimf. Żołnierz zaciągnął się, odkaszlnął i spojrzał znacząco najpierw na Rosjankę w powabnej piżamce odsłoniętej przez rozsunięty szlafroczek, a potem na Muldera, który dopiero zdał sobie sprawę, że biega bez koszulki. Pociągnął więc dwa łyki wódki i dopiero wtedy odddał ja skołowanemu Polakowi. - Muszę was na chwile opuścić. - My nie... ja przyrzekam... naprawdę... nic nie wiedzieliśmy... - Frohike - syknął Mulder do telefonu, usiłując jedna ręką ubrać T-shirta - przyrzekam, że jak wrócę do Waszyngtonu, pourywam wam te głupie łby. - Mulder - do słuchawki w kwaterze Samotnych strzelców dorwał sie Langly - Nie wysyłalibyśmy cię gdzieś, gdzie nie unosi się paranormalny smrodek. - Nie przygotowałeś się, Mulder - gdybyś tylko poczytał trochę o historii domu. - Tu nie ma żadnych duchów, czy to do was nie dociera?? Która u was jest godzina? Ósma wieczorem? Chybaście się jeszcze nie urżnęli? - Jeszcze nie - rzekł dystyngowanie Byers, wyrywając słuchawkę Langly'emu i szepcząc do Frohike'go, żeby zlikwidował tę taśmę. - Mulder, ten dom jest nawiedzony. - Tak, przez polskiego pracownika telekomunikacyjnego, który właśnie dopija jedyną butelkę wódy w tym domu... - Zdecydowanie za dużo czasu spędzasz z tą swoją Scully - zaoponował Strzelec. - Nie. Czy wy wszystko musicie sprowadzać do Scully? Po prostu otworzyłem oczy. Cholera... to przerywa. Przerwał i tak już się rwące połączenie i zaczął wystukiwać numer Scully. - Damn! - Zaklął Mulder, nie widząc, że Masza stanęła za nim. - Co się stało? - Spytała cicho. - Nie mogę sie dodzwonic do mojej partnerki - Warknął Mulder, chowając komórkę. - Masz narzeczoną? - Masza skrzywiła czerwone usta. - NIE! Ona jest moją partnerką w pracy! - Aha... - Co się z nimi dzieje? - Fox popatrzyl z daleka na drzwi do pokoju staruszki; był wobec Maszy bardzo chłodny. Naukowiec westchnęła. - Polak upił się i zasnął. Kalifornijczyk dalej ćpa...i poczęstował panią Nethaw. - Staruszkę?! - Fox pokrecił głową i odwrocił się tyłem do Maszy.- Dobra, chodźmy do nich. Masza. Masza? Mulder odwrocił się. Tam, gdzie wcześniej stała Masza, stał tylko biały kot, ktory uciekł, gdy Fox na niego spojrzał. Iiii... Veritas wreszcie kończy! Mulder wysiadł z taksówki, pomógł wyjść Scully. - Więc... to w koncu były nieprawdziwe duchy? - Nie wiem, Scully. Po prostu nie wiem. Ale... - Ale co? - Głowy Strzelcom i tak pourywam. Na razie. - Na razie, Mulder! Fox wskoczył do taxi, pomachał jej na pożegnanie i auto odjechało w kierunku Georgetown. Scully ruszyła do przodu. Tuż przed schodami drogę przebiegł jej biały kot. Agentka kopnęła go w zadek, mrucząc do siebie: to tak na wszelki wypadek...