Teksty Olafa Kellera
Tamten ktoś
pamięci
dr Dezyderego Prokopowicza
Zieleń kojąca za dnia, w nocy przejmuje blask gwiazd spływający cienką strużką z zardzewiałych czasem latarni.W echu tłumionym przestrzenią miasta, pobrzękuje cicho niczym zmęczony grą świerszcz, głos dziecka uspokajanego przez babcię, gdzieś w ubogim robotniczym domku.
Czarny kot przemyka cicho; jak struna kontrabasu drgnięta - mruczy.
Ostatni zagubiony powiew dnia umyka przed oślepiającą ciemnością, przed ciszą zaułków wypełnionych pustką, rozdętych echem szmerów, ciasnych nicością i bolesnych chropowatością ścian, które zacieśniają się z każdym, nawet najmniejszym krokiem.
Gdzieś tu, niedaleko, zbłąkany pijak toczy się ulicą jak tancerka na linie, kreśląc piruety, stąpając raz to delikatnie - unosząc się w niebo - a innym razem oddając grawitacji pierwszeństwo, śmiało ginąc w czarnej otchłani asfaltu ulicy.Pijaczyna trąca wyrosły nie wiadomo skąd i jakim sposobem liść palmowy.Ten ośmielony faluje na wietrze niczym niezapisana kartka z notatnika życia.
W Alejce Cienia, na zielonej ławce, tuż przy brzegu rzeki, ktoś siedzi spoglądając na strzelający szerokimi pasmami stali i betonu most, który zdążył już przeskoczyć na drugą stronę i pognać w dal.Ów ktoś cierpi zapewne na "seconde personnalite narcotique" o czym zaświadcza wyrastająca z płytkiej kieszeni płaszcza, brązowawa flaszka eteru i chustka pod nosem.
To jego most.To jego walka, a raczej tego, co teraz tkwi w nim, co obija się głuchym ale bolesnym echem w uszach, skroni, gdzieś w głębi mózgu...Bóg - Nicość.
Most, jeszcze chwilę temu normalny, teraz urósł do nieskończonych rozmiarów.Przestrzeń pęcznieje.Czasu nie ma; gdzieś się zapodział, a może umknął, może go nigdy nie było...
Wszystko zamienia się w symbol.Most- symbol, latarnia - symbol, przechodzący pies - symbol, liść palmowy - symbol.
A on jest już prorokiem, wróżem.Jakkolwiek to nazwać oznacza jedno...stwarzanie faktów ?...profetyczne myśli?...prognozowanie?...;
słowa i pojęcia tracą znaczenie.Który to już raz...?
Tamten ktoś siedzi nadal na swej ławce, przy moście; ugrzązł w swojej nieskończoności.Pojmuje świat jak w początkach schizofrenii; dla niego nie ma już odwrotu.
Wokół cisza dudni niesłyszalnymi tonami.Toczy się walka.Bóg - Nicość.
Czasem tylko człowiek z zielonej ławeczki szepcze:
"gdybym mógł spamiętać to, co teraz czuję, to już nigdy nie mógłbym się śmiać"
Wiatr porywa jego słowa i unosi wysoko w pustkę, zamykając je w odwiecznej pętli, w miejscu, gdzie takich słów jest pełno...
Noc znowu wydarła ciału niepowtarzalność
pozostawiając nagą duszę,
a w niej
spokój, spokój, cisza, sen ............ niespokojny.
Teksty pochodzą ze strony 5000słów.
Prawa autora tekstów zastrzeżone.