Kontakt z Dariuszem Piórkowskim: dariusz.piorkowski@hydro.com.
"Czy nie mówiłem wam? Prawda jak to, że piję ten porter: gdyby wydawał ostatnie tchnienie, spróbowałby cię przekonać, że śmierć jest życiem"
James Joyce, "Ulisses", przeł. M.Słomczyński
- Panie doktorze, panie doktorze! - wołała pielęgniarka trzymając niemowlaka na ręku. Połączony jeszcze ze swym pierwotnym światem zwisającą pępowiną i ociekający wodami płodowymi nowy mieszkaniec Ziemi dumnie prezentował własne insygnia przynależności do płci. Nie płakał mimo wrzasków kobiety w czepku oraz kilku klapsów z jej ręki ( profilaktycznych, co poniektórzy pedagodzy rodzinni nazywali lub wciąż nazywają "za żywota" ) ale może to i lepiej bo zwykła krzątanina i rutynowe czynności powtarzające się setki milionów razy od zarania dziejów przy porodach tym razem były o wiele bardziej nerwowe, także pośpieszne i co gorsza nad wyraz hałaśliwe. Gdyż nie tylko śmierć oznaczała narodziny.
- Panie doktorze! - dziewczyna w kitlu była nieustępliwa choć do brzasku było daleko i lekarz pewnie zmęczony gdzieś przysnął. - Proszę szybko .
szybciej, na miłość boską ! - głos jej zaczął się załamywać i podnosić jednocześnie gdy trzymając niemowlaka na jednym ręku drugim obmywała go ostrożnie pod letnią ( aby na pewno? ) wodą z kranu. Jej asystentka, no bo przecież nie mogła nazywać się po prostu salową, po zaaplikowaniu zastrzyku morfiny umierającej kobiecie jednym cięciem przeniosła chłopca do świata ziemskiego. Zgrabnie zawiązany fioletowy koniuszek sterczał z małego brzuszka niczym spławik uwolniony od żyłki, wędki i wędkarza. Rzekłby poeta, ten pierwszy krok w chmurach ( oby! )oznaczał na nowo odrastającą pępowinę związków z innymi, tysiące pępowin, których później nie miał kto odcinać. O paradoksie czy ty rządzisz światem? Gdy chłopiec był poddawany zabiegom zawijania w ogromną i miękką pieluchę ( to jest substytut ciepła i swobody stanu prenatalnego) z oddali usłyszeć można było człapanie. Wreszcie. Stawało się coraz głośniejsze a pomiędzy krokami słychać było mruczane pod nosem postękiwania:
- Ani chwili spokoju, czego tam chcą. Świat się wali, czy co?.
Po chwili w drzwiach izby porodowej, już uspokojonej, wyciszonej, nawet nieco nadmiernie przytłumionej pojawiła się rozczochrana czupryna człowieka w białym, rozpiętym fartuchu. Wszedł jakby z wahaniem, rzucił okiem na leżącą bez dechu kobietę z przekrwioną twarzą i uniesionymi jeszcze, zastygającymi udami i zwrócił się do starszej pielęgniarki
- Zmarło się biedaczce? Tak jak przewidywałem. No co tam, jakieś problemy z bobasem?- spytał, po czym strasznie rozgadał starając się ogarnąć sytuację i przyglądając się nowemu życiu - I czego tak się drzecie? Jeszcze zbudzicie naszego małego chłoptasia. Waga prawidłowa? Okey. To najważniejsze. Co? Nie ma gałek. Obu? To może i lepiej, hłe, hłe. Mam pomysł, właśnie czytałem o tych z Góry. No, tym czwartym filarze. Możemy spokojnie go tam przesłać. I tak w końcu jest teraz podrzutkiem. Nikt nie będzie pytał - mówiąc to odwrócił się i człapiąc zniechęcony i znudzony z powrotem do dyżurki zaczął nerwowo przerzucać strony popołudniówki. No, mam ! - upewnił się choć nikt go już nie słuchał i zaznaczył markerem fragment artykułu :" zgodnie z wyciągiem z kodeksu etycznego Stowarzyszenie Królewskich Ubezpieczycieli Emerytalnych test genetyczny jest rozumiany jako badanie wzoru DNA dla sprawdzenia, czy nie różni się od normalnego. W interesie samych zainteresowanych ( Ale język! - z dezaprobatą zamruczał pod nosem lekarz ) ubezpieczeniami u osób nie zdradzających objawów nienormalności badanie jest prewencyjne". Przebiegł oczyma dalej i zaznaczył szerokim, pomarańczowym kółkiem kolejny fragment: "przy ubezpieczeniach na życie powiązanych z hipoteką domu klienta o sumie przekraczającej 100 tysięcy funtów wyniki testów nie będą brane pod uwagę, jeśli działają na niekorzyść klienta. Źródłem pożądanych informacji będą historia rodziny i dokumenty lekarskie"
***
Aleks de Jama wszedł do jaskini położonej powyżej zabudowań schroniska. Była zaadoptowana i jednocześnie zakamuflowana dość zmyślnie przez Zgromadzenie Filarów pod potrzeby celi pustelniczej. Wąskie wejście zostało okute w dębowej ościeżnicy. Ciężkie drzwi nie otwierały się na oścież, tyle tylko by mógł przecisnąć się pojedynczy człowiek. Wewnątrz panował mrok a zatęchłe powietrze śmierdziało pleśnią, odchodami i skórą jaszczurek. Boris jej nie spożywał. Było to wbrew jego logice przetrwania a także nakazom. To znaczy głód jeszcze pozwalał dokonywać wyboru i Boris świadomie odrzucał twarde kawałki od soczystych i miękkich korzonków. Na razie. Niespodziewanie ciężkie drzwi trzasnęły i karcer powrócił do prawidłowego stanu. Ciemności. Niezwykłego tylko dla jednego z nich. Nie było słuchać żadnego kapania wody. Aleks de Jama wyjął pudełko zapałek z kieszeni i zapaliwszy jedną z nich ujrzał w kącie skuloną postać z głową wtuloną w ramiona. Obdarte ubranie zwisało na chudej posturze mężczyzny. Więc jednak tutaj był. Płomień szybko zgasł. Aleks de Jama dobył z kieszeni kawałek świeczki i trzymając go w dłoni wyciągnął z pudełka kolejną zapałkę. Trzęsły mu się już ręce. W przeraźliwej ciszy nadsłuchiwał jakiegokolwiek szmeru. Prawie słyszał oddech tamtego. Strach wypełzł teraz na dobre i objął go swymi mackami. Serce waliło coraz mocniej. Potarł siarką o bok pudełka i szybko podstawił biały koniec świeczki. Skupiony na knocie, który jednak był rozpaczliwie za krótki , kątem oka na poły podświadomie zerkał na skuloną postać. Topiąca się stearyna zaczęła parzyć palce gdy kolejna zapałka dokonała swego żywota. Wróciła jeszcze gorsza ciemność gdy usłyszał szmer. Cofnął się odruchowo choć powoli tracił orientację gdzie są drzwi. Próbując wyjąć jeszcze jedną zapałkę nieuważnie odwrócił pudełko i tylko usłyszał słabe dźwięki spadających drewnianych patyczków na podłoże. Rozsypały się. Nie był to czysty dźwięk a wręcz przytłumiony, zamortyzowany więc posadzka musiała być pokryta jakąś mazią, tłuszczem, śluzem? Brudem? Kałem? Aleks de Jama upuścił świecę i rozciągnął ramiona szeroko, niczym gimnastyk przed skokiem. Stał nieruchomo. Potem skulił się w sobie, jakby próbując zniknąć. Nie wiedział gdzie jest wyjście a gdzie kąt ze skulonym Borisem. Bał się schylić po zapałki by błądzącą ręką po podłodze nie natrafić na przemykające jaszczurki lub pozostawione resztki. Zaczął mówić:
- Doskonałość jest definiowalna i ma wiele form. Zależy od warstwy świata, wymiaru rzeczywistości w której jest poszukiwana. Jest absolutem relatywizmu. Czyż istnieje złość, nienawiść, lub miłość bez sposobności jej odbierania i nadawania ? - zawahał się na chwilę bo w ciemnościach nie widział żadnej reakcji by zaraz ciągnąć dalej - Bez zmysłów nie możemy odczuwać zimna, ciepła, ale gdy nasz organizm umrze nasze ciało zgnije, natomiast bez miłości możemy żyć nadal.
- Czyżby? A przyszłość ? - odezwał się Boris - Myślałeś o niej? Przecież ją znasz. Wszyscy tak na dobrą sprawę ją znamy. Bo umiemy przepowiedzieć, w którym miejscu będzie Wenus za tysiąc lat od dziś. Czyż to nie wspaniałe?. Umiemy przepowiedzieć coś co z pewnością stanie się w tak odległej dla nas przyszłości, że prawie niewyobrażalnej-
- No dobrze, a co z nami? - Aleks de Jama podchwycił natychmiast temat wyszukując stałe punkty rodzącej się właśnie teorii. Boris replikował podniósłszy się z legowiska. Począł zataczać ciasne kręgi wokół niewidocznego gościa:
- Owszem, wydaje się to paradoksem, że znając przyszłość planet, gwiazd czy nawet zdarzeń na Ziemi, nad którymi nie mamy i nie prawdopodobnie nie będziemy mieli nigdy kontroli, dla przykładu nad następowaniem nocy po dniu... to znaczy przecież wiesz, że za umówiony czas, który obaj sobie mierzymy zegarkami i będzie on mniej więcej taki sam, wstanie nowy dzień, zrobi się jasno i zaczną świergolić ptaki... nie podejmuje się na ogół lub bardzo rzadko roli przewidzenia co też się stanie z nami. A przecież jest to takie proste, wręcz oczywiste, niesione tak zwaną kulturą od tysięcy lat i odrzucane przez kolejne pokolenia po to tylko by się okazało rzeczywistością
- Jak to, czy ty wiesz co
-
- Aleksie de Jama - przerwał mu Boris - przecież wiesz co będzie z tobą jutro, za tydzień czy dwa. Wiesz, że nie uciekniesz stąd, ani znikąd indziej, o własnych siłach, że umrzesz wkrótce. Kiedy? To kwestia definicji czasu. Dla jednych za rok dla innych
też za rok ale mierzony inaczej. A tak naprawdę czy ważny jest wobec kilkunastu tysięcy dni, które przeżyłeś ten dokładnie wyznaczony jeden? Czy to będzie wtorek czy środa? Na dobrą sprawę przecież mógłbyś i to zaplanować, ale czekasz. Czekasz. Na co?
- Czekam - odparł Aleks de Jama dla którego nagle gwałtowne wtargnięcie świadomości o nieuchronności odejścia zdało się zbyt przytłaczające. Jego odpowiedź została wyartykułowana krzykiem - Tak, czekam! Czekam!
Aleks de Jama wydostał się pośpiesznie, niemal uciekając z podziemi, stanął na grani i przysłonił ręką oczy przed bolesnym wtargnięciem blasku. Nie było to jednak światło słoneczne ale biel morza mgieł spowijającej doliny. Było bezwietrznie i gorąco, najwyraźniej nastąpiła więc inwersja temperatury. Cisza borów limbowych na halach poniżej była niepokojąca. Bolesna jaskrawość otoczenia wdzierała się do mózgu mężczyzny. Zdawać by się mogło, że oto wracają majestatyczne, nieuniknione, spodziewane wszak lodowce wypiętrzane siłą swoich następców i wpełzające na strzeliste wierzchołki zimnymi jęzorami, pożądliwie liżącymi płaty wiecznych śniegów w kotłach. Widoczność spadała szybko do zera więc Aleks de Jama z przekrwionymi oczami rzucił się trawersem w kierunku pobliskiej koleby. Przebiegając zahaczył nogą o ostry, wystający znienacka na tej koziej perci odłamek skalny, rozdarł spodnie i poczuł przeszywający ból w chwili pierwszego upadku. Silnymi rękoma zamortyzował częściowo impet potknięcia ale czaszka mimo wszystko spotkała się z twardym głazem. Zerwał się na nogi wiedziony instynktem odwiecznego myśliwego, huntera. I wtedy po raz pierwszy przeraźliwy skowyt czterookiego wilka rozdarł myśl Aleksa de Jamy na strzępy. Potoczył się bezładnie źlebem w dół wpadając do komina, owej pionowej rozpadliny w skale Turni. Obijał się o ścianki, które co rusz powodowały kolejne zadrapania i siniaki. W głowie wysoki dźwięk wydawany przez dzikiego zwierzęcia przeszedł nagle w odległe zawodzenie czy może wręcz jęczenie dzwonów z wieży kościelnej, dla innych być może brzmiące raczej jak przeciągłe skrzeczenie: Ziiirkus! Ziiirkus! Ziiirkus! Otrzymując ostatni zastrzyk energii pod wpływem adrenaliny mózg Aleksa de Jamy zapracował nadspodziewanie wyraźnie obdarowując go chwilą wytchnienia od bólu fizycznego. Zamajaczył o unoszeniu się w kosmosie. Bez grawitacji, swobodnym, spokojnym, wręcz majestatycznym. Wyjrzał przez luk wahadłowca, którym okrążał od niepamiętnych dni kulę ziemską i którego był samotnym skipperem. I oto nagle Ona rozbłyska blaskiem jaśniejszym od tysiąca słońc. Aleks de Jama przysłaniając oczy z przerażeniem zaczyna zastanawiać się czy doszło Tam do nuklearnej katastrofy. Czy na planecie, która go wydała, ostateczna reakcję łańcuchowa została zapoczątkowana na skutek wojny, pomyłki szaleńca, erotomana, pijaka czy też może od niewinnych początkowo ruchów skorupy. Tak czy inaczej, jest niemym świadkiem serii oślepiających błysków. I już wie, że nie ma gdzie wracać. A ściśle rzecz ujmując nie ma do czego lub kogo wracać. Jednak jego pierwotna tęsknota jest szybsza niż następna myśl. Nakierowuje niemal odruchowo swój statek na kurs ziemski by nieuchronnie zmierzać do samodestrukcji w atmosferze. Robi się coraz goręcej. I ciszej. I spokojniej. Aluminium poszycia zaczyna się topić. Wygina się i skwierczy w ogniu niczym zużyta podstawka kiełbasy na rożnie. Ciepło krwi zalewającej głowę Aleksa de Jamy przechodzi właśnie w palący, wieczny stos.
***
Piaszczysto-kamienista droga wiła się dość łagodnie ku górze. Na sam szczyt był kawał drogi a dopiero przez ostatnie pół godziny marszu teren miał dźwigać się stromo w górę, jak napisano w przewodniku. Na razie dookoła serpentyny szlaku rosły lasy jodłowe z coraz liczniejszymi świerkami i jaworem. Część z nich była powalona starością lub nawałnicami halnych wiatrów. Z lewej dochodził nikły szum źródełka. Dalej, z prześwitu rozciągał się widok na Juhaskie Turnie. Za nimi północnym skrajem polany poprzez bulę wiódł szlak do grzbietu Góry. Aleks de Jama szedł lekko pochylony, utrzymując środek ciężkości we właściwym miejscu. Starannie zapakował raczej niewygody, staromodny plecak na aluminiowym stelażu. Zabrał ze sobą na zmianę: wełniane skarpety, koszulę flanelową, bluzę z polaru oraz nieprzewiewny ale oddychający skafander typu goreteks, dwie czekolady i pomarańczę. Stawiając kolejne kroki mocno przywierał stopami obutymi w skórzane, przyciężkawe glany do podłoża, zostawiając dość głębokie ślady. Szedł jedną z wyjeżdżonych kolein. Środkiem biegł pas trawy. Niekoszona i puszczona na żywioł jednak nie miała możliwości zbytnio wypiąć się wzwyż, do słońca. Najwyraźniej często przejeżdżające samochody swymi podwoziami sprowadzały ją nieustannie do parteru, prawie walcując co smuklejsze źdźbła. Aha - logicznie podchodził do sprawy lekko szpakowaty piechur - więc pojazdy mają niskie zawieszenie. Albo ciągną coś za sobą. Może wywożąc drzewa ryją podłoże ciężkimi pniami. Szedł dalej w kierunku ( miał nadzieję) zabudowań Góry. Taksówkarze w mieście nie byli pewni gdzie dokładnie jest Zgromadzenie, to znaczy nikt z nich nigdy tam nie był. Ale na poczcie odpowiedzieli mu, iż prawdopodobnie mieści się przy drodze na szczyt, w głębi lasu. Aleksa de Jama w zasadzie nie dziwiła taka lokalizacja. Bo przecież swoista niedostępność dla mieszczuchów a co za tym idzie pewna tajemniczość czy legenda były chyba atrybutami każdego schroniska, zwłaszcza mającego tak niewiele wspólnego z otaczającym światem bo położonego wysoko. Będąc dostępnym tylko nielicznym, wytrwałym i zmęczonym. Tym którzy rzeczywiście winni być nagrodzeni odpoczynkiem. Nie było jeszcze stromo więc nie musiał bardzo pochylać się by utrzymywać równowagę. Przeciwnie. Mógł prawie swobodnie, na ile pozwalał wysoki plecak, rozglądać się dookoła. Uszedł już parę kilometrów gdy zza zakrętu w oddali, na trawiastym upłazie ujrzał schodzącą a właściwie zbiegającą małymi skokami postać. Była to młoda dziewczyna, prawie o dziecięcych rysach - zauważył po chwili gdy zbliżyli się do siebie. Nadchodząca postać zdążyła już wejść na ścieżkę szlaku. Miała jasne, lekko kręcone włosy opadające na ramiona. Ubrana była, niczym chłopak, zgodnie z tradycją tych okolic w białe sukienne spodnie ozdobione sercami parzenic, lnianą koszulę, skórzane kierpce ze wzmocnioną podeszwą i serdak bez rękawów. Z plecaka mocno przytroczonego do pleców wystawała mała ciupaga.
- Hej, jak tam w górze- zagadnął Aleks de Jama na kilkanaście metrów przed spotkaniem. Dziewczyna nie odpowiedziała, ale zatrzymała się przy wspinającym.
- Mnie wołają Slogia. A ciebie? - mówiła językiem nizin. Nosowo, ale to raczej z powodu przeziębienia. Zresztą zaraz jakby na potwierdzenie spostrzeżenia Aleksa de Jama wyciągnęła chusteczkę.
- Aleks de Jama.
- Zbyt późno dzisiaj na szczyt- odparła gdy Aleks de Jama stanął przed nią. Miała dziecięce, bystre oczy i nieco piegowate policzki z lekko zarysowanymi kośćmi - Jeszcze kawał drogi .
- Wiem - Aleks de Jama zaskoczony rezolutnością spostrzeżenia szybko odparował, - zatrzymam się na noc w schronisku.
Tym razem to dziewczyna zrobiła zdziwione, zielone oczy
- Nie, nie mówi pan poważnie? Tam przecież wszystkie miejsca są zajęte. Nicht frei Zimmer. Zawsze tak jest.
- Być może, ale mam na myśli Monte Bergson, bo tak zwą chyba to opactwo czy bractwo. Całkiem niedaleko stąd?
Dziewczyna znowu zareagowała natychmiast, prawie się żachnęła machnąwszy dłonią.
- A, to pan musi nie wiedzieć. Tam już nic nie ma. Spaliło się w zeszłym roku. I teraz już prawie całe pogorzelisko wywieźli, zaorali, będą sadzić młodniak. Świerki.
- Ale ludzie w mieście nic nie mówili
- Mało kto naprawdę wie bo ono od lat było zamknięte i jak się paliło to nikt nawet nie wiedział. Była mgła i cały dym się zmieszał z chmurami. I pięknie snuł się po tafli stawów. Ja tam byłam. Zresztą nazywali ich heretykami, no więc chyba dobrze się stało
- Wygląda na to, że będę musiał jednak przespać się w schronisku. Na podłodze, może pozwolą.
- No to powodzenia. Tam i tak nie przyjmują włóczęgów.
- Dzięki za komplement. No, ale przecież to jest schronisko, widnieje w wielu spisach
- Aleksie de Jama, lepiej już niech pan idzie bo rzeczywiście stanie się coś złego.
- Poczekaj Slogia, jeszcze jedna sprawa, widzisz szukam chłopaka. Niewysoki, długie czarne kręcone włosy, dżinsy, wiesz styl hippi ale bez przesady, gdzieś się włóczy po górach. To znaczy przedtem, (jak dawno?) rok temu, ktoś mówił mi, że widziano go w tych okolicach. Był znajdą, matka zmarła przy porodzie. Nie miał nikogo. Nikomu nigdy nie przychodziło do głowy go szukać. No a później wygrzebali w papierach tej kliniki, że brakuje jeszcze jednego człowieka A w tych przytułkach czy tam sierocińcach to się nawet cieszą, że kogoś ubywa, no więc od roku przeszło szukam z nim kontaktu a ostatni raz wiem, że szedł gdzieś tutaj. Czy ma jakieś znaki szczególne? No nie, poza jednym, może. Biała laska teleskopowa, tak składana, cienka, wymagana do ubezpieczenia przez większość towarzystw, zwłaszcza w miastach, na przejściach dla pieszych.
- On nie widzi - zauważyła Slogia - Ktoś musi go prowadzać?
- W istocie. Nie widziałaś może gdzieś, nie słyszałaś? A może w tym spalonym opactwie...?
- Nie, tam z pewnością nie. Jak firma Dabrex z chłopami ze wsi cały bele zwęglonego drewna wywoziła to nikogo nie było, specjalnie szukali, ale zupełnie żadnych śladów, ani jednego złotego pierścienia czy zęba. Nic wartościowego. Nawet żadnych szkieletów.
- Dobra, dzięki i trzymaj się.
- Powodzenia.
Slogia pomaszerowała w dół. Aleks de Jama usiadł na belce stanowiącej rozgraniczenie pomiędzy szlakiem a łąkami i lasem. Skąd ja ją znam? Te nieprzyzwoicie zgrabne biodra. Slogia
Slogia - błądził myślami po zakamarkach pamięci, no tak, jasne. Tak miała na imię owa pin up , panienka z okienka reklamy. Co za spotkanie!. Dziewczyna nieprzyzwoicie piękna i nadzwyczaj zgrabna, reklamująca bieliznę, gdyż tylko królowe kształtów i wyglądu mogą szczególnie uatrakcyjnić damskie majtki, tak by większość mężczyzn stała się nagle fetyszystami i zapałała żądzą wydania pieniędzy dla swych żon czy kochanek kupując te właśnie majtki aby jeszcze raz dotknąć reprodukcji z opakowania i wlepić nienasycone oczy w tę dziewczynę, blond włosy opadające w nieładzie na skórzaną kurtkę i trochę zbyt podmalowane usta, jej plecy i uwypuklone biodra w pozycji motocyklisty, wreszcie udo, które musiał projektować sam Michał Anioł. Przywołany obraz nakazał Aleksowi de Jama zerknąć jeszcze raz za niedawną rozmówczynią, która teraz stanowiła dla niego ledwie mały punkt znikający szybko w dole. Robiło się coraz później. I ciemniej. Wyciągnął telefon. Wstukał kod PIN . Connect. Loading data. Wait. No new mail. Przeszedł ikoną do pierwszego search engine i wpisał mozolnie na klawiaturze numeryczno-alfabetycznej: Ka, A, Te, A, eR, Y, Zet, eM . Nacisnął klawisz wyszukiwania. Transmisja nie była nadzwyczajna i mozolna, ale ze strzępów informacji starał się zbudować jakąś logiczną całość, nie będąc wcale przekonanym , iż oto jest na właściwym szlaku;
odnowy pierwotnego chrześcijaństwa
twór szatanów
przełomie XII i XIII
grupa doskonałych perfectus działająca w dolinach
życia
nosicielami
wędrowni
wypraw
krzyżowych
i diakonissy
Innocentego
odrzucających własność
Bonawentura
rozwój joachimizmu
Schował i założył słuchawki na uszy. Sygnał radiowy już powoli zanikał. Na długiej fali docierały do odbiornika zakłócane fragmenty bodaj ankiety czy zwiadu reporterskiego. Przyspieszył kroku i nagle, mijając kolejny zakręt słyszalność na kilka chwil się polepszyła. Reporter zagadywał kogoś, w oddali było słychać gwar uliczny, tramwaje, samochody:
Czy uważasz, że sekty są niebezpieczne?
Na pewno. Bardzo ( młody, rezolutny głos dziewczęcy)
A jak myślisz, dlaczego? ( ten sam głos z wahaniem ) Oj
Nie wiem
Nie mam pojęcia".
Ruszył wyżej, do celu. Czas zaczął płynąc coraz szybciej. Przynajmniej już wiedział, iż drewniane opactwo jest historią więc pozostaje tylko owe schronisko.
- No bo czymże w końcu jest depresja? - zwrócił się z tym cokolwiek podchwytliwym pytaniem B.Bil Adams do Ole Gustawsona, swojego zawziętego adwersarza w popularno-naukowych dywagacjach. Przechadzał się po mrocznej izbie podczas gdy tamten siedział na drewnianym krześle tuż obok kamiennego kominka. Gustawson, jako szef Xtroppe, zgromadzenia ubezpieczeniowego dla starości, był głównym sponsorem badań genetycznych zamierzających do przedłużenia okresu aktywności zawodowej . Tak brzmiała oficjalna wersja. Jako wytwór nieformalnego związku wcześnie łysiejącego Johanna i kilka lat starszej Marii też z Gustawsonów, zrodzonego długą zimową nocą w odludnej wiosce na północy Europy był dobrze wykształcony, ale tak naprawdę brak mu było iskry i duszy badacza. Jednak był potrzebny profesorowi Adamsowi jako mecenas, mentor i sponsor w jednej osobie.
- Oczywiście wszyscy wiemy jakie są jej zewnętrzne objawy ale co dzieje się w środku? Czy pomyślał pan, że może być ledwie spowodowana wadliwym funkcjonowanie pewnego obwodu w mózgu ? Że nie jest to li tylko reakcja organizmu na przewlekły ból, reakcja pełna lęku, bezradności i w końcu doprowadzająca do agresji i uzależnień od leków.
- Tak, tak już poznałem pańską definicję bólu jako doznania subiektywnego, na które to wpływają uwarunkowania genetyczne i kulturowe, to znaczy poziom cywilizacyjny. Swoisty determinizm. Ale, co ma jedno do drugiego? - żachnął się Ole Gustawson niczym niecierpliwy student.
- Cierpliwości, profesorze! - zaapelował B.Bil Adams choć wiedział, iż tamten to zaledwie honoris causa jednej czy dwóch pomniejszych akademii Był jednak cokolwiek próżny, jak wszyscy nieprzyzwoicie bogaci, i łasy na nienależne tytuły. Świat w końcu ich obdarowywał, bo potrzebował ich łaski, ich złota.
- Wieloletnie badania wykazały, że ból to nie tylko doznania fizyczne ale i psychiczne. Jest bardziej odczuwany przez osoby w depresji. Stąd tylko krok do leczenia psychiki. Ale wracając do omawianego przypadku pacjenta leczonego na parkinsonizm - ciągnął B.Bil Adams podczas gdy Ole Gustawson w swoim zwyczaju stanął bokiem do rozmówcy jakby nadstawiając lewe ucho.- Otóż jak zapewne pan wie w tej chorobie część mózgu odpowiedzialna za poruszanie się jest nadmiernie aktywna. Stąd te niekontrolowane, trzęsące się dłonie. Oczywiście chorego szpikuje się farmaceutykami, ale bez specjalnych rezultatów. A więc co zrobiono ? - B.Bil Adams zawiesił głos i stymulując częściowo umysł Gustawsona do wysiłku i dając mu czas na kojarzenie wykorzystał umiejętnie przerwę na szeroki wydmuch dymu cygarowego, które spokojnie tliło się w popielniczce na ławie i czekało na kolejne dostawy tlenu - Oczywiście, stymulację podwzgórza w małych, kilkuminutowych dawkach. Podczas terapii pacjent miał pozostawać cały czas przytomny. Prąd podawano niewielką elektrodą wszczepioną wcześniej z lewej strony mózgu. I wyobraź pan sobie co się stało - tym razem dodając szczypty dramaturgii do opowieści Adams po raz kolejny dostarczył swemu cygaru nową dawkę tlenu - podawano spokojnie prąd a tu nagle pacjent, ściśle mówiąc kobieta, popada w cholerną depresję.
- Jak to? - spytał z niedowierzaniem i trochę naiwnie Ole Gustawson znowu siadając - Jakie były tego objawy?
- Po prostu zaczyna krzyczeć, że nie chce już dłużej żyć, że ma dosyć życia i chce umrzeć. W panice oczywiście szybko odłączono prądnicę, ale ona dalej wrzeszczała, że chce umierać i tak dalej. Dopiero po dłużej chwili powróciła do normy milknąc. I terapeuta nie wiedział tak naprawdę co się stało.
- Rzeczywiście dosyć mocna reakcja emocjonalna - przyznaje Ole Gustawson - ale może była spowodowana na przykład bólem fizycznym ?
- No nie, panie profesorze - B.Bil Adams znowu grając na emocjach, prawie się obruszył - nie można tak nisko oceniać naukowców. Zaraz po wypadku sprawdzono i tę sposobność dogłębnie. Nic z tego. Pełna afirmacja życia. Rzekłbyś idylla. Kochana rodzina. Dobra pozycja w pracy. Nieprzeciętna uroda. A tutaj nagle taka skłonność popadania w nastroje depresyjne.
- Więc to prąd - Ole Gustawson zauważył z zadowoleniem.
- Najwyraźniej tak. Sieć neutronów odpowiedzialna za depresję została niechcący pobudzona. Po zbadaniu obrazu mózgu przy użyciu rezonansu magnetycznego stwierdzono, że elektroda została umieszczona kilka milimetrów poniżej jądra podwzgórza. Wydaje się więc, że strumień elektryczny oddziaływał w niepożądanym stopniu na włókna nerwowe biegnące do rejonów mózgu, które odpowiedzialne są za owe nieprzyjemne uczucia.
- Nieprzyjemne uczucia? - zwątpił Ole Gustawson
- No tak, ma pan rację. Raczej myśli o samodestrukcji.
B.Bil Adams włożył cygaro w usta i zacisnął je mocno wargami kiwając się milcząco przy dębowej ławie. Po chwili Ole Gustawson, któremu znowu przyznano rację wstał i z zamyśloną miną wyszedł na drewnianą werandę. Zaczerpnął głęboko tchu i ostre, rozrzedzone powietrze wdarło się w nadmiernej ilości do jego płuc.
***
Boris zwrócił się do profesora B.Bil Adamsa :
- Dlaczego prowadzi pan te testy? Czy nie istnieją inne metody na przeprowadzenie badań i weryfikację hipotez?
- Niestety, większość leków przeciwnowotworowych, nasercowych lub przeciwzapalnych wprowadzono do lecznictwa na drodze praktycznych prób i błędów. Tak, mój chłopcze. Postęp dokonuje się najczęściej w sposób empiryczny. Mimo całej techniki i doświadczenia jeszcze nie znamy wszystkich mechanizmów powstawania chorób . A co więcej nie znamy również dokładnego sposobu działania farmaceutyków.
B.Bil Adams podszedł do biurka i sięgnął pod pudełko z cygarami. Była to zapowiedź dłuższego wywodu więc Boris usadowił się na grubej, niedźwiedziej skórze rozciągniętej na podłodze. Był zmęczony dzisiejszymi ćwiczeniami porannymi, zwłaszcza serią testów odruchowych. Czasami miał naprawdę dosyć. Także fizycznie. Ascetyczna dieta sprzyjała kontemplacji i medycynie ale nie dawała dość energii ciału. A rytm codziennych wspinaczek miał niestety zupełnie różny od swoich przewodników. Teraz podparł się na dłoniach i od czasu do czasu zadzierał nieco głowę zerkając na mistrza.
- Widzisz, medycyna niestety nie radzi sobie z chorobami, w których według naszej wiedzy doszło do równoczesnego zakłócenia wielu systemów, które są ze sobą oczywiście sprzężone. Człowiek stanowi jedność i praktycznie niemożliwe staje się całkowite odseparowanie, wydzielenie chorej części do leczenia. Także w schorzeniach psychicznych czy degeneracyjnych dochodzi do zaburzenia istniejącej równowagi. Na przykład w wypadku nowotworów zaburzonych zostaje kilka procesów, replikacji DNA, produkcji enzymów, działania antygenów. Dodatkowo następuje zniekształcenie komórek.
- A przyszłość? - Boris dotknął najczulszej strony chcąc nakierować tok profesora na własne dylematy.
- Znamy ją wobec pewnej części osobników, którym możemy powiedzieć z dużą dozą prawdopodobieństwa, iż za jakiś czas, jeśli wcześniej nie zejdą w inny sposób, zapadną na nieuleczalną chorobę genetyczną, odziedziczoną od swoich rodziców. Dobre co? Taki prezent śmierci, od życia dla życia. I to od najbliższych. Na zawsze. Przynajmniej tak sądziła medycyna dotychczas - profesor mieszał ton cynizmu niemal z patosem i dumą. I co chwila przerywał swe wywody dłuższymi momentami milczenia. A w duchu myślał, ty cholerny skurwysynie, bękarcie dziwki i jakiegoś mnicha, wiem dobrze do czego zmierzasz. Przecież dajemy ci palancie wszystko. Alles. Bez dwóch zdań. Więc nie zadawaj głupich pytań ale służ jak pies. Der Hund. A nie żaden tam Steppen Wolf. My tutaj nie walczymy o wolność. My ją dajemy. I my nie potrzebujemy tu żadnych samotników. Tylko wiernych. Tylko na całość. Poświęcenie dla sprawy . Dobra, jak będziesz za dużo pytał wyślemy cię na jakiś czas do Groty to może przyjdziesz do siebie. Widać już zapomniałeś, jak wygląda ciemność. Teraz gdy widzisz, wszystko dookoła zaczyna się wydawać o wiele prostsze. Bo jest proste. Zgodziłeś się poddać eksperymentom w zamian za wzrok. Na zawsze. To wszystko. I kurwa pamiętaj- myśli profesora kłębiły się w narastającej wściekłości, niepewności czy nawet strachu - że jak zejdziesz z powrotem tam na dół, to koniec. Ślepota wtórna. Nothing, hill (o pardon ) null. Może trzeba było cię wtedy zupełnie zlikwidować, jako genetycznie uszkodzonego. Ale nie, byli tacy co się uparli. Że ludzkość, nauka, finanse. Tak, tak, przyznaję, że lepiej testować nawet na durniach lub ułomiakach niż myszach. Zawsze to bliższe do prawdziwego człowieka, A przyszłość. Co oni wszyscy wiedzą o przyszłości? Tylko żreć, posunąć kogo i spać. A nasi naukowcy ? Wszyscy pieprzą o tych mutacjach, zmianach genetycznych czy klonach. No oczywiście, że osobowość mamy wpisaną i możemy ją tylko modyfikować. Ale człowiek już po części rodzi się albo sprytny i energiczny bądź powolny i mało ciekawy. Tak już jest. Z natury jesteśmy raczej ciekawscy ponieważ miliony naszych komórek potrzebują stale nowych bodźców a więc świata zewnętrznego. W miarę upływu czasu i postępu procesu edukacji , który de facto jest raczej zabijaniem indywidualności czy osobowości ( których nie potrzebujemy) oraz wtłaczaniem człowieka w ramy ociosane wcześniej przez innych osobników ruch komórek ustaje więc i ciekawość jest "zaspokojona". Bo życie tak naprawdę to ruch. Rezygnując z niego skazujemy się na rzecz egzystencji roślinnej. Ale niestety, niektórzy od urodzenia nie mają łaski wyboru. I muszą stać bez ruchu patrząc jak czas upływa obok. Ale właśnie odkrywamy dla nich nowy, wspaniały świat. Oto możemy zacząć wszczepiać na przykład geny sprytu lub inteligencji a wyciągać geny lenistwa. I wtedy stworzymy ekstramena. Tysiące ekstramenów. Nie mylić z ekskrementami - w duchu zaśmiał się profesor i wydmuchał kłęby dymu przed siebie. Kątem oka zauważył trochę niecierpliwe ruchy (prostowania pleców i ramion) siedzącego na podłodze więc ponownie zwrócił się bezpośrednio do Borisa.
- Pytasz o przyszłość a czy wiesz co to jest starzenie się? Dla przykładu choroba Alzheimera? - profesor niczym wykładowca akademicki zaczął kolejną część wykładu od formy pytającej
- Jest to tak naprawdę słabnący proces fizjologiczny. Swoiste zanikanie sygnałów, stopniowe wyciszanie niezbędnej komunikacji pomiędzy komórkami odpowiedzialnymi za wyższe funkcje poznawcze. Następuje stopniowy niedobór hormonu wzrostu, który z niewiadomych przyczyn zostaje wydzielany przez organizm w coraz skromniejszych ilościach. Niegdyś podawano myszom dodatkowe jego ilości. Na nic. Oczywiście przeżywały swych braci bez potrzeby wylatywania w kosmos z prędkością światła. Ale nie przedłużono im trwania w sposób znaczący. A gdyby tak połączyć fizykę i medycynę? Czy zastanawiałeś się nad tym?
Boris zarzucony pytaniami i odpowiedziami milczał. Profesor ciągnął dalej.
- Przez długi okres sądzono, iż komórki nerwowe się nie regenerują. Ale znowu podczas doświadczeń nad owadami Caenorhabdidtis elegans wykryto, iż neurony nagle odnowiły się. A więc niemożliwe stało się realne. I komórki nerwowe, które rodziły się tylko raz ( osobowość ) nagle uzyskały możliwość regeneracji, wzmocnienia funkcjonowania. Zapytasz dlaczego organizm sam niejako zmniejsza ilości dostępnego hormonu wzrostu? Nie wiadomo. Czyżby organizm sam niejako przygotowywał człowieka do śmierci uśmiercając jego aktywność? A więc śmierć staje się niejako koniecznością. Być może dlatego organizm, który jest ledwie wykonawcą ( a jednocześnie sprawcą) podporządkowuje swoje istnienie mechanizmowi początku i końca. Ale wracając do starzenia się.
- tu profesor zawiesił na chwilę głos by podejść do małego lusterka zawieszonego na gwoździu przy oknie i przez chwilę popatrzeć na swoją twarz, ciemne oczodoły, bruzdy na policzkach i czole, wielkie zakola. - Niektórzy naukowcy podali niedawno, iż za proces zatrzymania starzenia się odpowiada na przykład jeden z hormonów zwany telomerazą. Większość normalnych komórek nie zwiera tego enzymu i dlatego po kilku podziałach po prostu spowalnia procesy życiowe, czyli rozmnażanie i ruch. Czas jest odliczany dla nich przez telomery
Tutaj nagle Boris ożywił się słysząc znajome określenia.
- Tak, wiem, to jakby
to znaczy sekwencje DNA znajdujące się na końcach chromosomów i chroniące komórkę przed degradacją , prawda?
- Tak, no a co dzieje się po każdym podziale? - profesor przeszedł na styl bardziej pedagogiczny.
Boris milczał. - No, co stanie się z drągiem, który złamiesz na pół.?
- Będą dwa kije. -
- Tak, ale jakie ? Takiej samej długości?
- Krótsze
- No właśnie. I to dzieje się z telomerami. One także po każdym podziale stają się krótsze. A teraz najważniejsza część naszych badań. Są komórki, których telomeraza umieszcza telomery po każdym podziale na końcach chromosomów, stanowiąc swoistą blokadę skracania, co w rzeczywistości umożliwia reprodukcję w nieskończoność.
- I są to oczywiście komórki rakowe.-
- Oczywiście. Ale właśnie badania nad nimi pokazały drogę do przedłużania aktywności istnienia. Przecież wystarczy dostarczać komórkom telomerazę i kłopot z głowy. Wyobraź sobie taką sytuację. Pobieramy od pacjenta starzejące się komórki, odmładzamy i wszczepiamy. Otwiera to możliwości nie tylko przedłużania istnienia ale przede wszystkim leczenia chorób, także genetycznych. Co więcej, podczas badań nad owym owadem rozszyfrowano całkowicie jego genom odkrywając gen, odpowiadający za uszkodzenia komórek. Więc uzyskano swoistą możliwość naprawy układu nerwowego. Ów gen działa podobnie do antyutleniacza, stanowiąc ochronną powłokę organizmu przed toksycznymi związkami tlenu.
- A u człowieka ? - Boris został całkowicie owładnięty informacjami naukowca
- Oczywiście jest melatonina, swoisty regulator rytmu i ludzkich cyklów. Teraz nad nim skupia się wiele badań. Testowane są rozmaite cykle, snów, miesiączki . Oraz wpływ ich zakłóceń na kondycję człowieka. Oczywiście, istnieją teorie o skuteczności na przykład diety niskokalorycznej na zahamowanie procesów starzenia czy raczej pobudzania, stymulowania spowalnianych funkcji - dorzucił coraz bardziej okazujący zdenerwowanie profesor po czym usiadł na krześle, oparł ramiona na blacie biurka i spojrzał, szukając dodatkowego wewnętrznego poklasku i ukojenia, na pozłacaną, ogromną wizytówkę ustawioną po swojej prawej stronie, przy telefonie:
Prezes Brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego, członek Irlandzkiej Książęcej Akademii Nauk, doktor biofizyki specjalizacja drugiego stopnia w terapii reumatyzmu, Ekspert Narodowy w zakresie fizyki atomowej i medycyny istot , Doradca Senatu w dziedzinie terapii genowej chorób neurologicznych, Członek Komisji Wysokich Narodów Bez Uchodźców d/s. Roślin Modyfikowanych Genetycznie i Zwierząt Transgenicznych, Honorowy Obywatel Miasta Dwustu Klonów
Do Borisa powoli docierała dzisiejsza, specyficzna atmosfera tych przedłużające się chwil milczenia, bezruchu, wzroku profesora wpatrzonego w mieniące się złocistymi ramkami dyplomy pozawieszane na belkach ścian a zwłaszcza jego sapaniu przy wydmuchiwaniu dymu. Domyślał się, iż marny nastrój może być spowodowany ostatnimi wiadomościami stamtąd. O tym starszym facecie, który pnie się na Górę rozpytując wokoło o niego. Nie miał nikogo więc nie wiedział co o tym sądzić. Zresztą tak naprawdę chyba nie chciał się z nikim widzieć. A z pewnością profesor nie cieszył się na odwiedziny nieznajomego. Chyba nikt go tutaj nie potrzebował. Ani zapraszał.
***
Dźwięki hałaśliwej ale na szczęście odległej muzyki plażowej pomieszane z krzykiem mew zagościły w uszach mężczyzny siedzącego przy okrągłym stoliku, w ogródku małej kafeterii. Poranna włoska kawa espresso smakowała wyśmienicie. Lekka bryza od wybrzeża rozwiewała pukle jego gęstych włosów. Mężczyzna trzymał w lewej dłoni skórzaną, krótką smycz. Czarny jak heban, mocno zbudowany owczarek alzacki leżał w cieniu, pod stołem, i wywaliwszy jęzor nasłuchiwał odgłosów wstającego ze snu miasta. Dla niego letnie wizyty w kafeterii nad samym morzem stały się także codziennym rytuałem. Był dobrze wyszkolony i znał swoje obowiązki. Jego pan właśnie podniósł się z metalowego krzesał z siatkowym oparciem i skierował kroki poza drewniane podium. Pies poderwał się natychmiast wybiegając nieco na przód. Mężczyzna poprawił okulary przeciwsłoneczne na nosie i uprzejmie dotknął palcem wskazującym daszka słomkowego kapelusza na słowa młodego kelnera stojącego przy drzwiach wejściowych:
- Miłego dnia, mister Boris. I zapraszamy, jak zwykle.
1 Š Dariusz Piórkowski
Aby przeczytać komentarze dotyczące powyższych tekstów, należy kliknąć tutaj.
Teksty pochodzą ze strony 5000słów.
Prawa autorów wszystkich tekstów na stronach 5000słów zastrzeżone (kopiowanie, publikacja, publiczne odczyty w całości lub fragmentach tylko za zgodą autorów)
Czas utworzenia pliku: środa, 10 listopada 1999 roku. Godzina 10:04:01.