| Pozostałe tematy: |
|
ORGIE POD PRYSZNICEM, CZYLI SEX PO STUDENCKU
O tej ważnej, miłej i nastręczającej
często wielu kłopotów i zmartwień sferze ludzkiego życia, pisze i mówi się
coraz więcej, a co najważniejsze - szczerzej.
Słowo seks nie jest już słowem zakazanym. Ba ...Nawet rzadko wywołuje rumieniec. Coraz częściej
i chętniej zaglądamy pod kołdrę polityków, gwiazd muzycznych i filmowych.. My postanowiliśmy
zajrzeć pod studencką kołderkę ... a właściwie pod prysznic.
Każdy przeciętnie rozgarnięty człek przyjął napływające zewsząd
informacje, że seks to nie wszystko; że istotnie są warunki (nie tylko zewnętrzne), że
nie wolno pobieżnie traktować tak subtelnej sfery - osobowości erotyczne - swojej lub partnera, że
... Ale jak śpiewa Piotr Bukartyk "każdy ma prawo do orgazmu". I niekiedy nie sposób wręcz
go sobie odmówić tylko dlatego, że w sklepie nocnym nie ma świec, a współlokatorzy
właśnie rozpoczęli tę część biesiady , gdy nie ważne co się pije i w
jakiej tonacji śpiewa.
Mówiąc krótko: pokój jest zagospodarowany przez amatorów win i śpiewu, a dwie
przyjazne sobie dusze (a przede wszystkim ciała) czują nieodpartą potrzebę uzgodnienia wzajemnego
stosunku. Można to odłożyć, ale czy nie szkoda tego blasku, który razi wszystkie
pruderyjne istoty znajdujące się w pobliżu? Oj żal! Skoro dokonało się już
wyboru, że nie ważne "gdzie" ale "z kim" to pozostaje jedno: wziąć
prysznic - oczywiście ciepły! Prysznic w "przeciętnym szanowanym' akademiku to miejsce znienawidzone
przez czyścioszków, a uwielbiane przez różnogatunkowe insekty, które nawiedzają
je znacznie częściej niż pan hydraulik i pani sprzątaczka.
W związku z powyższym nawet w momencie, gdy wyobrażenie tych chwil uniesień, które
maja nastąpić zagłusza intelekt, ocieplanych, rozwagę itp. ... należy pamiętać
nie tylko o mydle i ręczniku, bananowych, truskawkowych, wypustkowych, ocieplanych, wielofunkcyjnych - prezerwatywach
lecz także o klapkach, które uchronią nie tyle przed niekontrolowanym poślizgiem co przed grzybicą
... stóp oczywiście.
Nie jest to jedyne rozwiązanie, jednak zdecydowanie najczęściej i najchętniej wykorzystywane nie
tylko w sytuacjach podbramkowych, jaką jest biesiada współlokatorów. Wówczas nawet
marzyć nie przystoi o wyrozumiałości i dobrej woli koleżanek i kolegów, która skłoniłaby
ich do oddania do wyłącznej dyspozycji powiedzmy dwóch osób, całego pokoju. W takich
sytuacjach nie ma na to szans. W innych tez są niewielkie i uzależnione od serdeczności, empatii współlokatora,
albo od siły perswazji osoby zainteresowanej. Tutaj - jak sami wiecie - pole do popisu mają wrodzone
zdolności psychologiczne, wyobraźnia o często urok osobisty. Sposobów - tych najbardziej rozpowszechnionych
- jest kilka. Większość z nich skuteczna, ale na krótko. I tak: kupowanie biletów do
kina traci na atrakcyjności bardzo szybko. Podobnie jest z jawnym "dogadywaniem się" polegającym
na umowie, kogo kiedy ma nie być, no i oczywiście, jak długo. Poza tym trudno przewidzieć, kiedy
pokój będzie potrzebny - zazwyczaj dzieje się to "już" i "teraz".
Ogólnie nietrafione jest wysyłanie kolegi do takich miejsc jak: biblioteka, sklep samoobsługowy
czy pizzeria - można być pewnym, że powróci w najmniej odpowiednim momencie i naiwnym
pukaniem do drzwi doprowadzi do furii nawet najbardziej zrównoważonego człowieka.
Najpewniejszym sposobem jest delikatne przekupstwo. Pokój na trzy godziny dwa razy w tygodniu w zamian za
napisanie pracy zaliczeniowej, udostępnienie unikatowego podręcznika poza kolejnością, dobre miejsca
na koncert, darmowy karnet na basen itd... Wszystko zależy od możliwości i wnikliwości - trzeba wiedzieć,
co będzie propozycją nie do odrzucenia i delikatnie wykorzystać konkretną słabość,
zdradzając jak najmniej ze swoich planów i zamiarów. Niedyskrecja jest nie tylko źle postrzegana,
ale w ostatecznym rozrachunku przynosi same szkody.
Może się jednak przytrafić mieszkanie we wspólnym pokoju z nietolerancyjnym ludzkim egzemplarzem,
z którym niemożliwe jest porozumienie. Wtedy pozostaje łono natury, winda lub prysznic.
Najlepszym i najrozsądniejszym wyjściem jest tak zwany dobry układ z panami lub paniami. Którzy
mogą wszystko, czyli akademickimi portierami. W każdej "zbiorówce" są "pokoje
gościnne", które często albo
mają stałych lokatorów, albo stoją niewykorzystane. Przy odrobinie szczęścia i umiejętnie
ujętej wdzięczności mogą stać się waszą ostoją w razie potrzeby, a przy
bardzo dobrych kontaktach mogą nawet przejść w ciche, nieoficjalne posiadanie. Wniosek nasuwa się
prosty - myśląc o ciele trzeba wykorzystać wszystkie zalety umysłu. Zwłaszcza te, dzięki
którym potrafimy bezbłędnie odgadnąć na co osoba, która może nam ułatwić
lub uprzykrzyć życie, "da się złapać".
Dla studenta mieszkającego w społeczności akademickiej problem "gdzie" często nie jest
łatwy do rozwiązania. Jednak o wiele gorszą przeszkodą, mimo że rzadziej spotykaną,
jest sprawa "z kim". I wcale nie o to chodzi, że nie każdy ma z kim, albo mu się
tak wydaje. Problem zaczyna być dręczący wówczas, gdy związek, w którym tkwi
student, nie jest dobrze postrzegany przez ogół. Ma bowiem cechy inności - czyli jest na przykład
związkiem homoseksualnym. I tu mężczyźni są zdecydowanie bardziej piętnowani niż
kobiety. Lesbijki są w zasadzie tolerowane, a co istotniejsze, akceptowane. Jak mawiają znawcy - "to
tak nie razi". Te, które zdecydują się ujawnić swój związek, robią
to mniej ostentacyjnie i bardziej subtelnie. Poza tym panuje pogląd, że seks w wykonaniu dwóch
pań jest miły dla oka i w związku z tym nie rani wyobraźni. Inaczej jest z mężczyznami...
Często zarzuca się im wiele, a przede wszystkim chodzi o to, że "to takie niesmaczne".
Jeśli są już jasne jego upodobania, to zaczyna pracować wyobraźnia. I niestety mniej istotne
staje się to jakim jest człowiekiem, ważniejsze jest to, co "wyprawia" w intymnych
sytuacjach. Środowisko studenckie nie jest pozbawione takiego sposobu myślenia. Na szczęście tolerancja kwitnie.
Akademik to takie magiczne miejsce, gdzie nie można do końca kogoś lub czegoś odrzucić i czy
komuś się to podoba czy nie, trzeba wiele zjawisk zaakceptować. Mieszkańcy akademika czują
specyficzną więź która sprawia, że zachowania, które w neutralnym środowisku są
nie do przyjęcia - tam są tolerowane. Zapewne dlatego homoseksualista z pierwszego piętra to gość
w porządku, ale ten na ulicy to "ciota".
Inne "toksyczne" związki to takie, w których występuje atrakcyjna i w dodatku inteligentna
blondynka oraz atletyczny Murzyn, albo (co gorsza), wyperfumowany Azjata. Ogólnie nie budzi to dłuższego
i intensywnego zainteresowania. Koledzy blondynki są wprawdzie urażeni, że ta nie docenia rodzimych
produktów, ale wkrótce przechodzą nad tym do porządku dziennego. Kiedy pierwsze fala ciekawskich
spojrzeń i niezbyt cichych szeptów minie, "różnokolorowe związki" mogą
sobie spokojnie żyć pamiętając o tym, że w przypadku zbyt wczesnego rozerwania więzi
grozi im nawałnica złośliwych uśmiechów i komentarzy.
Teoretycznie otwarte środowisko akademickie jest w specyficzny sposób pruderyjne. Jest to bardzo ciekawe
zjawisko, które, jak do tej pory, niewiedzieć czemu nie zainteresowało psychologów. Obok
wspólnego oglądanie filmów porno, głośnego opowiadania swoich ostatnich przeżyć
seksualnych, dzielenia się przeczytaną lub zdobyta wiedzą z dziedziny ars amandi, istnieje...cisza.,
wypełniona jedynie dowcipami i żartami. Dotyczy ona różnych "dziwnych" upodobań,
nietypowych zachowań, które ogólnie uważane są za dewiacje, lub prawie dewiacje.
Myślę tu o podglądactwie, ocieractwie, delikatnej formie fetyszyzmu, ekshibicjonizmu, jak i seksie trójkowym
lub grupowym. To wszystko jest jakby poza linią uszu i oczu. O tym się zwyczajnie nie mówi, do
tego głośno i oficjalnie nikt się nie przyznaje chociaż wiadomo, że takie zjawiska wśród
studentów istnieją. W tej ciszy nie chodzi o dyskrecję, ale bardziej o zażenowanie, o
społeczne nieakceptowanie takich form, które w wielu kręgach uchodzą za dewiacje. Przez
studentów są wypróbowywane ze zwykłej ludzkiej ciekawości, albo są sposobem na erotyczna
nudę.
Jeśli komuś jest bliska jakakolwiek "inność", to ogólnie rzecz ujmując środowisko studenckie
nie będzie mu katem chyba, że zasłuży sobie czymś wyjątkowym, albo gdy chodzi o tak
złożoną sprawę jak... niewinność i czystość. Tutaj student nie zna litości.
W akademikach można się spotkać z całkowitym brakiem zrozumienia dla dziewic. Długotrwała
wstrzemięźliwość seksualna też nie jest dobrze postrzegana. Jeśli więc nie działacie
na niwie seksu, to przynajmniej mówcie, że "jak najbardziej i owszem"... będzie Wam
lżej.
Czas studiów to z całą pewnością czas wzmożonej aktywności seksualnej W akademikach
jest to bardziej widoczne, bo po prostu mieszka tam znaczna grupa studentów. Poza tym mając dwadzieścia
parę lat atrakcją wydają się nieznośne niekiedy warunki i nie sposób oprzeć
się pokusie , która czyha dookoła.
Każdy czas ma swoje prawa, a że prysznic to nie wymarzone miejsce dla romantyków...cóż,
niekiedy warto z niego skorzystać, bo przecież za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, kiedy i
siły już nie będą takie jak dawniej i chęci, warto mieć co wspominać.
Póki co róbcie więc wszystko, aby te wspomnienia były miłe.
Katarzyna Kwiatek - Magazyn Studencki "DLACZEGO"
|