"London's burning" - śpiewa legenda brytyjskiego punka, the Clash, powtarzając słowa starej przyśpiewki. Trudno powiedzieć, czy chodzi tu o prawdziwy pożar Londynu sprzed ponad trzystu lat, czy o groteskowy anarchistyczny obraz. I i z tym właśnie kojarzy mi się Londyn: miasto o tak bogatej i dramatycznej historii, które jednocześnie jest źródłem i odbiciem najnowszych trendów kulturowych i widzem najdziwaczniejszych mód i subkultur.
Niełatwo wymyślić jakiś sensowny początek opisu tego miasta, bo to przecież temat wielki jak Tamiza i długi jak banan. Zacznę więc od tego, co zadziwić może człowieka wysiadającego po raz pierwszy z autokaru na Victoria Coach Station lub z samolotu na Heathrow Airport.
Proszę oczywiście nie traktować tego jak pełnego przewodnika po Londynie, bo i nie mam zamiaru napisania takiego. Chciałbym jedynie pokazać stolicę Wielkiej Brytanii z punktu widzenia innego od tego, który przyjmuje turysta zwiedzający cztery największe stolice Europy w cztery dni.
Zaczynam więc. Londyn jest ogromny. Prawie siedem milionów osób zamieszkuje okrągły teren "odcięty" od reszty Anglii obwodnicą M-25 i pasem zieleni (Green Belt), na którym już nie wolno budować.
To Londyńskie "koło" ze środkiem w centrum miasta ma promień ok. 32km. Spróbuję przybliżyć, jak wielki to obszar. Oto wycinek mapy Londynu - słynnej A-Z ("azetki") w formie książkowej, pierwszego nabytku wszystkich, którzy w Londynie chcą się jako tako połapać. Takich wycinków na jednej stronie azetki mieści się jakieś 140 - swoją drogą warto zwrócić uwagę na stopień pokiełbaszenia ulic - typowe zjawisko w centrum Londynu, gdzie jeszcze nie tak dawno wszystko budowano gdzie popadnie. Dobra, a więc 140 takich "mapek" na jednej stronie azetki. Azetka ma zaś stron 137 (a nie obejmuje całego terenu otoczonego autostradą M-25). Kalkulator do ręki - wychodzi ponad 19.000. Londyn to ponad 19.000 takich puzzli, jak tu widzicie!
Aby jeszcze bardziej unaocznić ten ogrom, przyznam się, że kiedyś postanowiłem przejść Londyn w poprzek (crosswise - he, he, czasem wtrącę jakieś słówko, może to dobry sposób na uczenie?). Otóż pełen entuzjazmu wyruszyłem z dzielnicy Kingston (nie mylić z jamajskim miastem). Dość miałem już na Wimbledonie, a odcinek który przeszedłem ma się tak do szerokości Londynu, jak promień przekroju banana do przekątnej twojego ekranu, załóżmy, czternastocalowego.
Człowieka nieprzyzwyczajonego może więc zaskoczyć ogrom. Co jeszcze? Z pewnością ruch lewostronny (driving on the left). Będąc w Londynie po raz pierwszy ledwo uniknąłem śmierci, wchodząc na drogę kierunkową i beztrosko spoglądając w lewo. Nadjeżdżający, jakże by inaczej, z prawej autokar tylko dzięki niesamowitej zręczności kierowcy zdołał mnie wyminąć. O umiejętnościach kierowców autokarów piętrowych jeszcze napiszę, bo warto, ale tymczasem przestrzegam wszystkich wybierających się do Londynu pierwszy raz przed pochopnym wparowywaniem na jezdnię, na której "przecież nic nie jedzie".
Ulicę najpewniej przekracza się na przejściu dla pieszych (zebra crossing). I nie jest to "szkolne" stwierdzenie, nieprawdziwe w Polsce, gdzie pieszy na przejściu nie ma żadnego prawa. W Wielkiej Brytanii - bardziej nawet niż w innych krajach Europy Zachodniej - człowiek na przejściu to świętość. Wystarczy nieopatrznie zbliżyć się do przejścia, a nawet najbardziej rozpędzony samochód posłusznie zatrzyma się. I nie ma wyjątków dla kierowców autobusów, czy taksówkarzy. Wchodząc na przejście dla pieszych można czuć się niemal jak w przejściu podziemnym. W większości przypadków pasy są widoczne doskonale, dlatego że tam stosuje się prawie niezniszczalne pasy nalepiane, a nie malowane. W nocy dodatkowo zebry oznaczone są, na dwóch lub czterech rogach, tak zwanymi Belisha beacons, niewysokimi słupami w czarno-białe poziome pasy z łagodnie mrugającymi kulistymi lampami na czubkach. Wprowadzono je w latach trzydziestych, a swą nazwę wzięły od ówczesnego Ministra Transportu, Leslie Hore-Belishy. Są one bardzo charakterystycznym elementem miasta brytyjskiego.
