Za siedmioma górami, za siedmioma lasami było sobie magiczne królestwo. Jak to w każdym królestwie był tam król, królowa oraz królewicz lub królewna - w tym przypadku królewicz. Mieszkała tam też, a właściwie wędrowała po ulicach, dziewczynka z zapałkami. Dziewczynka miała tylko sześć zapałek, bo była to bardzo biedna dziewczynka z zapałkami. Chciała je sprzedać bardzo bogatemu królewiczowi. Ale on powiedział:
I co, kto pierwszy?
No jak to kto? Wiadomo, że dziewczynka. Szambelan nie skończył jeszcze dyktować skrybom treści zagadki do rozwieszenia na rozstajach dróg, a już dziewczynka podniosła rękę i nieśmiało powiedziała: "Ja już wiem!". Szambelan spojrzał na dziewczynkę i pomyślał sobie: "No cóż, może i jest biedna, może nie ma dobrego pochodzenia, ale na pewno jeśli zostanie władcą, to wszyscy okoliczni królowie będą zazdrościli jej mądrości, a kraj na pewno rozkwitnie przy takiej sprytnej królowej".
Tak więc dziewczynka... ooops!, królowa, rozpoczęła swe rządy w królestwie, przyczyniając się tym do jego niewątpliwego rozkwitu. Ale że doskwierał jej nieco brak towarzystwa, pomyślała, że może warto byłoby znaleźć sobie kompana na dalszą drogę życia... (i nudzić się wspólnie ;-). No to już wszyscy wiedzą, co uczyniła: oczywiście ogłosiła konkurs dla wszystkich marzących o zdobyciu jej ręki! Siorbnąwszy nieco piwnej polewki, wysłała posłańców we wszystkie zakątki królestwa z następującym zapytaniem:
Z drżeniem serca, królowa wyczekująco wyglądała z najwyższej kondygnacji pałacowej wieży... Wyglądała tak i wyglądała, a na dole mijały kolejne pory roku, w okolicznych stawach przybywało żab ze złotym paskiem na głowie, nazywanych przez pospólstwo królewskimi, choć niewielu wiedziało, że naprawdę mają w sobie sporo błękitnej krwi, gdyż królewicz wreszcie znalazł sobie odpowiednią ilość towarzyszek życia. Kandydaci do ręki królowej początkowo przyjeżdżali tak licznie, że brakło komnat gościnnych, aby ich wszystkich pomieścić, stopniowo przybywało ich coraz mniej, aż wreszcie zjawiało się tylko kilku w ciągu roku i każdorazowe przybycie traktowane było jako dobra okazja do festynu i świętowania owych rzadkich już teraz przybyszów. Żaden jednak nie potrafił odpowiedzieć na zagadkę królowej, ci mniej błyskotliwi, a bardziej urodziwi próbowali olśnić królową swoim wyglądem, niektórzy próbowali zagadywać królową, aby zapomniała ona o wymaganej odpowiedzi, inni studiowali księgi, które ze sobą przywieźli i udzielali różnych dziwnych, jednak zawsze błędnych odpowiedzi. Aż wreszcie po wielu latach na dwór królewski przybył pewien królewicz z dalekiego kraju, zwabiony opowieścią o pięknej królowej, której rękę można było uzyskać w tak łatwy sposób. Aby jednak nie wypaść na głupca, spytał się przed udaniem do królowej postarzałego szambelana czy odpowiedź, którą przynosi, jest aby na pewno poprawna. Szambelan zapewne, gdyby książę nie znał właściwego rozwiązania zagadki, podpowiedziałby mu co nieco, ale o dziwo królewicz znał poprawną odpowiedź. Szambelan ze łzami w oczach pobiegł do komnat królowej zaanonsować jej przybycie tak długo oczekiwanego gościa. Królowa założyła najpiękniejszą suknię, założyła błyszczący diadem i udała się pospiesznie na spotkanie ze swym przyszłym oblubieńcem.
obudziła się. Było jej bardzo zimno, trzymała w rękach wiązkę zapałek, a jakiś przystojny młodzieniec otulał ją płaszczem i rozcierał jej zgrabiałe dłonie.
Morał: Nawet biedna dziewczynka też w końcu spotka swojego księcia z bajki.
- Zrób z tych zapałek cztery trójkąty, a ożenię się z tobą i będziesz miała całe królestwo.
Jednak w głębi serca królewicz pragnął, żeby się od niego odczepiła i poprosił szambelana, żeby mu szybko podszepnął jakiś dobry na to sposób. Zadanie postawione przez królewicza wygląda na pierwszy i drugi rzut oka na nierozwiązywalne. Dziewczynce wystarczył zapewne jeden rzut oka, natomiast królewicz po dwóch stwierdził, że zadanie zaproponowane przez szambelana jest nie do rozwiązania. Ponieważ jednak dziewczyna, choć biedna, miała wyjątkowo twórczą wyobraźnię, bez trudu znalazła właściwe rozwiązanie.
Jak?
Gdyby to była bajka dla grzecznych dzieci, zapewne królewicz zaraz by się z nią ożenił i żyliby długo i szczęśliwie, ale to zupełnie inna bajka. Kiedy więc okazało się, że bardzo biedna dziewczynka jednak poradziła sobie z zadaniem, wynikł zapewne problem jej niskiego pochodzenia, marnego przyodziewku itd. itp., a poza tym królewicz był już prawie zaręczony z córka władcy sąsiedniego kraju, wiec nie mógł tak łatwo oddać swojej ręki byle przybłędzie. Tak naprawdę królewicza nie interesował ożenek z jakąś tam pierwszą lepszą bidulą, a że na zamku przebywała aktualnie delegacja z sąsiedniego królestwa, którego władca umyślił sobie wydać swą dorastającą gwałtownie córkę za tegoż właśnie królewicza, decyzja taka mogłaby mieć dodatkowo ujemne konsekwencje polityczne i pewnie doprowadziłaby szybko do wybuchu jakiegoś lokalnego konfliktu zbrojnego, co biorąc pod uwagę znaczny potencjał magiczny na tamtych terenach byłoby nieciekawe, a właściwie ciekawe dla widzów, nieciekawe zaś dla jego uczestników. Poza tym dziewczynka ubrana była w jakieś łachmany, lico miała przybrudzone straszliwie, a jej maniery pozostawiały wiele do życzenia. Reasumując, królewicz dumał jak tu szybko i łatwo wykręcić się ze swego zobowiązania. Dumał i dumał i nic mu szczególnego do głowy nie przychodziło, jako że w odróżnieniu od dziewczynki, a nawet znacznej części służby, jak wcześniej wymieniony szambelan, nie posiadał on bystrości umysłu, jaką często przypisuje się w bajkach osobom panującym. Wreszcie spytał szambelana (szeptem oczywiście, był przecież królewiczem i nawet wobec biednej dziewczyny nie mógł sobie pozwolić na okazywanie marnych manier) cóż mógłby uczynić w tej sytuacji. Dodał oczywiście parę zdań ambiwalentnie określających samego szambelana, jego rodziców, dziadków i resztę rodziny, gdyż słusznie zauważył, iż to właśnie on podpowiedział mu pomysł na zagadkę. Szambelan widząc, że jego kariera wisi na włosku, wymyślił szybko rozwiązanie problemu i odszepnął je królewiczowi. Zadowolony królewicz uśmiechnął się słodko do biednej dziewczynki, wezwał damy dworu, aby zajęły się nią: umyły, ubrały, umalowały itd. itp. i przygotowały ją do wieczornego balu z okazji zaręczyn. Dziewczynka pokraśniała z zadowolenia, że tak łatwo udało się jej spełnić marzenie swojego życia, nie wiedząc oczywiście, bo i skąd - przecież plotki dworskie nie dochodzą na takie niziny społeczne, wśród których jeszcze przed chwilą się znajdowała - że królewicz zamierza ogłosić zaręczyny, ale wcale nie z nią, tylko z królewną z sąsiedztwa, którą co prawda pamiętał jedynie jako nieznośnego bachora, a aktualnie znał jedynie z dostarczonych artefaktów, ale była to jedyna królewna na wydaniu w promieniu wielu mil, nie licząc oczywiście tych porwanych przez smoki i zamkniętych w szklanych wieżach. Królewicz podczas balu, tańcząc z dziewczynką, szepnął jej na uszko:
- Wiesz, dziewczynko, mam dla ciebie propozycję. Ponieważ tak świetnie poradziłaś sobie z zagadką, może miałabyś ochotę rozwiązać jeszcze jedną? Jeśli uda ci się ją rozwiązać, to nie tylko cię poślubię, ale podaruję ci również moją kolekcję muszli. A gdyby ci się przypadkiem nie powiodło, to wydam cię za znamienitą osobę - mojego szambelana - myślę, że to atrakcyjna propozycja?
Ponieważ dziewczynka czuła się dosyć pewnie po rozwiązaniu poprzedniej zagadki, a wykazywała również ogromne upodobanie do muszli (biedactwo, nie wiedziała, że królewicz miał na myśli muszle klozetowe...), z zapałem przystała na propozycję. A oto zagadka (tym razem nie o zapałkach, bo w tej dziedzinie dziewczynka niewątpliwie okazała się specjalistką), którą zadał dziewczynce królewicz (już zacierający ręce z radości, będąc stuprocentowo pewnym wygranej, jak i zręcznego wyjścia z niewygodnej sytuacji...):
Na wyspach Bajbzdurkach był jeden jedyny hotel, ale za to o nieskończonej liczbie pokoi pojedynczych. Wspaniały hotel. Każdy mógł mieć w nim osobny pokój. Któregoś dnia zjawiła się tam wycieczka o nieskończonej liczbie uczestników. Dyrektor kłaniając się w pas każdego ulokował w osobnym pokoju z łazienką, telewizorem i wodotryskiem. Wszyscy posnęli. W środku nocy podjechała następna wycieczka. Była w niej też nieskończona liczba uczestników. I wszyscy byli bardzo śpiący. A dyrektor zerwany ze snu w środku nocy, kłaniał się w pas i mruczał:
- Jedną chwileczkę. Jedną chwileczkę. Zaraz położycie się spać.
Wprawdzie pierwszy gość z poprzedniej wycieczki spał w pokoju numer jeden, a drugi w pokoju numer dwa, a trzeci w pokoju numer trzy itd., to dyrektor jakoś poradził sobie. Po pewnym czasie obie wycieczki spały błogim snem. Każdy miał swój osobny pokój. Co zrobił dyrektor? W jaki sposób rozlokował swoich gości?
Dziewczynka chwilę pomyślała i wkrótce już miała gotową odpowiedź.
- Ha! Udało mi się! - krzyknęła z radości, królewicz zaś poczuł się bardzo głupio i niepewnie. Starał się zrobić jak najmniejszy i mało widoczny, zwłaszcza że właśnie do sali balowej wchodził ktoś mający od dzisiaj zostać jego narzeczoną wraz z całą swoją rodziną. Słysząc okrzyki i widząc przytuloną do jej przyszłego męża dziewczynkę, nie była ona bynajmniej zachwycona, a kiedy dowiedziała się od swoich dam dworu o przyrzeczeniu złożonym przez królewicza, zdenerwowała się jeszcze bardziej.
- Jak to, co też on sobie myśli: obiecywać małżeństwo tego samego dnia dwóm pannom, może jeszcze chce założyć jakiś harem?
Obróciła się więc na pięcie i wyszła z balu znacznie szybciej, niż się na nim zjawiła, wraz z całą swą świtą. Dziewczynka również była zdziwiona pojawieniem się tej konkurentki, niewątpliwie królewny, co łatwo było poznać po jej stroju i zachowaniu. Spojrzała na królewicza, który w międzyczasie umknął w kierunku stołów z przekąskami i udawał bardzo zajętego wyszukiwaniem smakowitych kąsków. Chwyciła za pas szambelana, który również chciał się dyskretnie ulotnić i szybko przeprowadziła dochodzenie w tej sprawie. Podeszła do królewicza, który akurat zajadał słodkie owoce południowe i powiedziała cicho, lecz dobitnie:
- A więc to tak, już drugi raz dzisiaj obiecałeś mi małżeństwo, a wcale nie miałeś zamiaru spełnić swojej obietnicy, marny byłby z ciebie król, skoro składasz na prawo i lewo obietnice bez pokrycia, już lepsza od ciebie jest zwykła żaba, ta chociaż nic nie mówi - przynajmniej nie łamie danego słowa. Mamusiu!!! - i rozpłakała się rzewnie, jak to robią dziewczynki w takich sytuacjach.
Królewicz poczuł nagle, że słodki owoc w jego ustach nie jest już taki słodki, że stał się gorzki i cierpki. Chciał go wypluć, lecz zamiast tego z ust jego wyleciał długi język, spojrzał na swoje ręce, które szybko zieleniały, na stopy, które zamieniały się w płetwy, na dziewczynkę, która stawała się dla niego coraz większa i poniewczasie zrozumiał, że oszukiwanie biednych dziewczynek na pewno nie popłaca. Aby zrozumieć, dlaczego tak się stało, musimy cofnąć się trochę w czasie, kiedy dziewczynka siedziała u wezgłowia swej umierającej matki. Matka dziewczynki była czarodziejką, nie z tych znakomitych, które żyły dostatnio, ale z tych zwyczajnych, które potrafiły wyleczyć z kurzajki, przyrządzić lubczyku lub sprowadzić trochę deszczu w razie potrzeby. Na łożu śmierci żałowała, że córka nie odziedziczyła jej talentu, wiec jedyne, co jej zostało, to bystry umysł, wyćwiczony w rozwiązywaniu zagadek, którymi raczyła ją zamiast łakoci, na które jako uboga czarodziejka rzadko mogła sobie pozwolić. Ale zostawiła jej coś jeszcze, swoje ostatnie życzenie, które z racji, że zajmowała się czarami, spełnić się musiało.
- Nie pozwolę drogie dziecko, aby ktoś cię skrzywdził w przyszłości. Jeśli ktoś cię dwakroć oszuka, dwakroć dlatego, że każdemu zdarza się popełniać błędy, ale ponawianie ich świadczy o złej woli, sprawi że tak zapłaczesz, że będziesz mnie potrzebowała, ten szybko zostanie za to ukarany stosownie do swego czynu.
A królewicz zdecydowanie zasłużył sobie na los, który go spotkał...
(Jakoś smutno się zrobiło, może więc przerwiemy opowieść w tym miejscu, z nadzieją, że później będzie weselej.)
To fakt. Zaistniała sytuacja okazała się niewesoła nie tylko dla dziewczynki (o królewiczu nie wspominając...) - całe królestwo, pozbawione władcy, stanęło w obliczu potencjalnego zagrożenia ze strony sąsiadów (zważywszy na przykrości, jakich doznała niedoszła narzeczona, niebezpieczeństwo wydawało się całkiem realne). Szambelan zaczął zatem intensywnie rozmyślać, jak by tu uchronić królestwo...
- No cóż, trzeba nam mądrego władcy!, zdecydował po chwili namysłu.
Ale jak tu znaleźć odpowiedniego kandydata? Jako że królewicz nie posiadał żadnych krewnych, jedynym realnym rozwiązaniem wydawało się ogłoszenie konkursu, otwartego dla wszystkich obywateli owego królestwa. Konkurs polegał oczywiście na rozwiązaniu zagadki (bo cóż innego mógł wymyślić taki szambelan?) - kto pierwszy przybędzie na dwór królewski z poprawnym rozwiązaniem, ten zostanie obrany władcą. A oto jak brzmiała treść zagadki:
Po wielu latach spotkało się dwóch matematyków. Tak się złożyło, ze nie widzieli się od czasu ukończenia Akademii Królewskiej, wiec jeden pyta drugiego:
- No co, ożeniłeś się?
- W końcu tak...
- I masz dzieci?
- Wiesz, że nawet trójkę.
- A ile mają lat?
- Powiem ci tak po prostu: iloczyn wieku dzieci wynosi trzydzieści sześć.
- Za mało...
- O rany, wiem, że za mało masz danych. To policz sobie jeszcze okna w tej karczmie, to suma wieku dzieci.
- No już, ale to za mało w dalszym ciągu.
- Masz racje, ale jak ci powiem, ze mój najstarszy syn ma oczy zielone, musi ci to wystarczyć.
- W porządku.
(Wskazówka: Jeśli jeszcze nie wiesz, to pomogę ci: Najstarszy syn jest rudy.)
- Więc jaka jest odpowiedź, dziewczynko? - zapytał.
Który święty ma dwie dusze, dwie ciał, a w ciele każdych członków w dubelt, tj. dwie głów, dwie gęby, cztery oczy, cztery usz, cztery rąk, cztery nóg itd.?
- Ach więc wreszcie znalazł się ktoś, kto zna odpowiedź na moją zagadkę! Ty ją znasz królewiczu, więc wypowiedz ją szybko i zacznijmy przygotowania do ślubu.
Ale królewicz spojrzał na staruszkę, która powitała go tymi słowy i słowa odpowiedzi zamarły mu w ustach... Czyżby historia nie mówiła prawdy o piękności królowej? Jednak była to prawda, ale kiedyś, obecnie królowa nie mogła już stanowić dla nikogo wzoru piękności. Królewicz spojrzał w bok w lustro, w którym widać było jego młodą postać i staruszkę na tronie i zdecydował już, co powiedzieć:
- Ja przepraszam Waszą Wysokość, ale ... zapomniałem odpowiedzi. Kiedy tylko sobie przypomnę, to zaraz tu się znów zjawię - i, odkłoniwszy się pięknie, ruszył do drzwi komnaty.
Królowa spojrzała również w lustro i zrozumiała wreszcie przykrą prawdę: nie zjawi się tu już nikt z odpowiedzią, a ona resztę swego życia spędzi sama. Westchnęła głęboko z rozpaczy i ...
- Ojej, zmarzniesz tu w taki ziąb, dziewczynko! Chodź ze mną do pałacu, tam się ogrzejesz. Bo widzisz, ja jestem królewiczem, tam właśnie mieszkam. A moja mama (moja mama jest królową , wiesz?) mówi, że najwyższy czas znaleźć dla mnie jakąś kandydatkę na żonę; nie muszę się żenić od razu, ale mam ją poznawać, już od dwóch tygodni przyprowadza mi jakieś królewny, ale one wszystkie jakieś takie mało bystre, urody też nie mają nadzwyczajnej, żadna z nich mi się nie podoba. Ale mama mówi, że jutro będę musiał wybrać sobie którąś z nich albo przyprowadzić kogoś, kto mi bardziej odpowiada. Już od kilku dni widuję cię w okolicy, ale myślałem, że gdzieś mieszkasz, a nie sypiasz na ulicy. Jesteś taka ładna i widziałem, jak robiłaś z zapałek różne figury, nauczysz mnie tego, prawda? A lubisz bawić się w zagadki, bo ja bardzo! Na pewno się spodobasz mojej mamie ... i tak dalej i temu podobne.
Oczywiście dziewczynce spodobał się ten królewicz, ona też już wcześniej przypadła mu do gustu, królowa matka polubiła tę rozgarniętą dziewczynę, wiec rok później odbył się huczny ślub, na którym i ja byłem, miód i wino piłem, a wszyscy żyli potem długo i szczęśliwie.