Bajka o grzybach - odcinek 10.


              ___..._      
         _,--'       "`-.
       ,'.  .            \
     ,/:. .     .       .'
     |;..  .      _..--' 
     `--:...-,-'""\     
             |:.  `.    
             l;.   l    
             `|:.   |   
              |:.   `., 
             .l;.    j, ,
          `. \`;:.   //,/
           .\\)`;,|\'/(  
            ` `itz `(,   
Właściwie książę najpierw usłyszał źródło problemów krasnoludów, przeraźliwe miauczenie dochodzące z korony drzewa, przerywane od czasu do czasu zaniepokojonym warczeniem poniżej. Wokoło drzewa poruszała się szybko biała plama, kiedy na chwile przystawała można było rozpoznać śnieżną panterę. Nie był to gatunek często występujący w tych okolicach, preferował raczej mniej zamieszkałe górskie tereny. Niedaleko czubka drzewa tkwiło zaczepione rozpaczliwie pazurami zawodzące płaczliwie kociątko, którego wygląd i biała barwa wskazywała jednoznacznie na przynależność do tego samego gatunku. Korona drzewa prawie dochodziła do krawędzi skalistego wzgórza, za nią widać było wejście do jaskini w którym kuliło się kilkanaście przestraszonych krasnoludzkich twarzy.
- Ta śnieżna pantera ma legowisko niedaleko. Jak do tej pory nie przeszkadzaliśmy sobie wzajemnie; krasnoludy nie stanowią raczej dla niej przysmaku, a jej obecność w okolicy odstraszała inne drapieżniki. Ale wczorajszej nocy kocię musiało wymknąć się z gniazda i wspięło się na to drzewo. Ale jak to z kotami, zwłaszcza młodymi, bywa wchodzenie na górę było dla niego łatwe, niestety nie potrafi samodzielnie zejść z powrotem. Gdyby nie pantera moglibyśmy próbować je stamtąd ściągnąć, ale kiedy matka słyszy płaczące dziecko trudno ją przekonać. Nie mogliśmy podejść do pnia. Można jeszcze przeskoczyć z krawędzi zbocza na koronę drzewa, ale niestety natura nie dała nam wystarczającego do tego wzrostu, ani też skoczności kozicy. Może tobie Książę się to uda - szef krasnoludów wytłumaczył problem księciu.
-Zaprowadźcie więc mnie w odpowiednie miejsce, a spróbuje tej sztuki - odparł książę.
Omijając szerokim łukiem teren po którym krążyła pantera gromada poszła w kierunku stromej ścieżki wiodącej w górę. Koń wraz z pilnującymi go krasnoludami oczywiście został na dole, reszta zaś zaczęła się wspinać na górę. Po wejściu na szczyt wzgórza droga wiodła dalej równie stromą ścieżką w dół naprzeciwko korony drzewa, która była jednak trochę oddalona od krawędzi wzgórza. Dotarli wreszcie do miejsca, gdzie odległość ta była najmniejsza, choć i tak była prawie równa wzrostowi księcia.
- Skakanie stąd raczej się nie uda, trochę daleko i nie ma miejsca na rozbieg, ale z waszą pomocą powinno mi się udać dosięgnąć zewnętrznych gałęzi" - powiedział książę.
Krasnoludy zbiły się w kupę, część z nich trzymała się głazów i występów w skałach, pozostałe trzymając się za pasy utworzyły wielkie grono, na którego szczycie znajdowały się dwa krasnoludy. Książę widząc sprawność i zgranie grupy nie wahał się powierzyć im swego bezpieczeństwa. Stanął tuz przed nimi, każdy z dwójki na przedzie chwycił go mocno za jedną z nóg w kostce, któryś z tyłu podtrzymywał go za pas i powoli opuszczał w kierunku drzewa. Książę został po prostu potraktowany jako most zwodzony. Kiedy już sięgał korony drzewa uchwycił najpierw drobne gałązki, później trochę grubsze, wreszcie trzymał się mocno grubych gałęzi, ale bez wielkich możliwości posuwania się naprzód.
- Sam nie dam rady, ale ktoś lżejszy mógłby przejść po mnie na drzewo - rzucił za siebie. Już po chwili poczuł mocniejszy nacisk na nogi, później plecy, a jeszcze później mógł zobaczyć owego śmiałka, który podjął się tego zadania. Był to krasnoludzki młodzieniec, którego broda dopiero zaczęła kiełkować, ale za to bardzo zręczny. Posuwając się po grubym konarze dotarł on do pnia drzewa, następnie wspiął się szybko do kociaka. Ten zaczął jeszcze bardziej piszczeć, co wzbudziło powarkiwanie u krążącej na dole pantery. Trochę czasu zajęło krasnoludowi przekonanie małego panterzątka, że chce mu pomóc i dlatego kociak powinien puścić się pnia drzewa. Wreszcie krasnoludowi udało się go ugłaskać i wracał powoli tą samą drogą, którą przybył, tylko z małą białą kulką uczepioną kurczowo pod jego nieopierzoną brodą. Kiedy przeszedł po plecach księcia na bardziej bezpieczny teren nastąpiło podniesienie mostu, to jest księcia do pionu. I cała grupa ruszyła z powrotem, najpierw w górę, potem w dół. Pantera na dole nie spuszczała z nich wzroku i przesuwała się wzdłuż ich trasy. Kiedy obniżyli się jeszcze trochę młody krasnolud z uczepionym panterzątkiem ruszył powoli naprzód, pozostawiając pozostałych za sobą. "Nie martw się Książę, ten malec umie sobie radzić ze zwierzętami, nic mu się nie stanie" uspokajał księcia szef krasnoludów. Rzeczywiście pantera przestała warczeć, schowała zęby i tylko cicho pomrukiwała. Biała kulka, dotąd tylko drżąca ruszyła się na ten odgłos, zeskoczyła na ziemię i potykając się odrobinę ruszyła w kierunku pantery. Panterza matka oblizała kocię od czubka nosa do końca małego ogonka, schwyciła go ostrożnie za skórę na karku i ruszyła w kierunku wyższych partii wzgórz, gdzie miała swoje legowisko. Krasnoludy z jaskini mogły wreszcie wyjść na zewnątrz, wszyscy cieszyli się i klepali po ramionach, książę też kilkakrotnie odczuł na swych plecach siłę krasnoludzkiego klepnięcia. Zaraz skądś znalazły się jakieś stołki i ławy, na których pojawiło się jak za dotknięciem magicznej różdżki piwo i jadło. Książę nie mógłby odmówić poczęstunku, nawet gdyby tego chciał. Pomińmy milczeniem szczegóły owej zaimprowizowanej uczty, w każdym razie książę obudził się rankiem następnego dnia z ogromnym bólem głowy i nie był bynajmniej jedynym, który odczuwał tę dolegliwość. Po godzinie przywracania się do stanu używalności był wreszcie zdolny do dalszej jazdy. Przy siodle zauważył spory, nawet bardzo duży okaz grzyba, którego tam wcześniej nie było. Dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie jak przez mgłę, że wczoraj został nim obdarzony w nagrodę za pomoc krasnoludom. Wydarzyło się to gdzieś pomiędzy skakaniem przez ognisko, co nie każdemu się udawało i często kończyło się to polewaniem woda tych, którym się ta sztuczka nie udała, a zawodach w wysikaniu najładniejszego wzorku na ziemi. Na drogę dostał również książę spory bukłak z krasnoludzkim piwem "aby go pragnienie po drodze nie męczyło". Z pewnym trudem wgramolił się książę na konia i ruszył naprzód bardzo powoli, gdyż wstrząsy w siodle powodowały ciągle jeszcze powroty bólu głowy.

Wielkie dzięki Ewie za wsparcie pomysłami w literackiej potrzebie.
A co było wcześniej? A co było później?
Copyright (c) 1998 by Leszek Kaszubowski


Ostatnia modyfikacja: 1999-08-09