Bajka o grzybach - odcinek 12.


              ___..._      
         _,--'       "`-.
       ,'.  .            \
     ,/:. .     .       .'
     |;..  .      _..--' 
     `--:...-,-'""\     
             |:.  `.    
             l;.   l    
             `|:.   |   
              |:.   `., 
             .l;.    j, ,
          `. \`;:.   //,/
           .\\)`;,|\'/(  
            ` `itz `(,   
Książę ruszył przed siebie wskazanym szlakiem i jechał, jechał, jechał i nic, ale to nic ciekawego nie działo po drodze. Już prawie zasypiał w siodle, kiedy usłyszał cichy płacz dolatujący z pobliskiego dębu. Kiedy podjechał bliżej początkowo nic nie zobaczył, dopiero po chwili spostrzegł dziewczęca postać wstrząsaną łkaniem. Wtapiała się ona w tło z uwagi na swój osobliwy ubiór, uszyty z kory i liści.
- Kim jesteś dziewczę i dlaczego płaczesz, czy mogę ci jakoś pomóc?
- Jestem driada i moje drzewo umiera, a ja nie mogę nic zrobić by temu zapobiec. Rzeka podmywa korzenie mojego dębu i niedługo wyrwie je z korzeniami. To będzie koniec drzewa i mój.

Dopiero teraz książę zwrócił większą uwagę na płynącą za dębem wartkim strumieniem rzekę, kiedy podszedł do brzegu zauważył wystające nad wodą korzenie, które doznawały więcej wilgoci, niż były w stanie pochłonąć.
- Jeśli dobrze rozumiem, to rzeka, która dotąd płynęła w innym miejscu zmieniła swój bieg i teraz przepływa tędy. Czy wiesz może dlaczego to się stało?
- Kawałek dalej lawina głazów zatarasowała stare koryto rzeki i ta szukała sobie innej drogi i znalazła, a moje drzewo przez to ginie.
- Nie płacz już driado, pokaż mi to miejsce, może coś da się poradzić.
- Tak, może. To byłoby wspaniale.

Driada podniesiona na duchu chwilowym przypływem nadziei przytuliła się do pnia dębu i cicho szepcząc pożegnała się przed podróżą, po czym ruszyła wraz z księciem wzdłuż brzegu rzeki. Kiedy dotarli na miejsce książę stracił pewność, że rozwiązanie tego problemu będzie takie łatwe. Głazy tworzyły wielką stertę, a jeden z nich stojący w samym środku dawnego koryta rzeki był szczególnie wielki. Kiedy książę podszedł do niego musiał patrzeć w górę aby dojrzeć jego czubek. Żaden człowiek nie dałby rady dźwignąć takiego ciężaru, nawet z pomocą konia. Człowiek nie, ale może ...
- Sam nie zdołam tego ruszyć, ale znam pewnego ogra mieszkającego w okolicy, myślę że okaże się pomocny w tej sytuacji.
- Ogra! Ale ogry są okrutne i niszczą drzewa!
- Ten nie jest taki zły i myślę że powstrzyma się przed niszczeniem drzew. Wracajmy teraz do twojego drzewa.
- Tak, wracajmy, czuje się taka samotna kiedy jestem daleko.

Po powrocie driada długo przytulała się do pnia dębu.
- Zaczekaj tutaj, to może trochę potrwać, ale powrócę na pewno.
Książę ruszył znowu nieciekawym kawałkiem szlaku. Na moście stał Doro lekko zataczający się i w bardziej bojowym nastroju.
- Posiekam, rozwalę, niech no tylko ktoś podejdzie! A, to znowu ty! I co z tą wyschłą rzeczką? Jakiś smok ja wypił, czy inne licho?
- Zachowaj swa wściekłość na odpowiedniego przeciwnika, myślę że znalazłem takiego dla ciebie, ale musisz obiecać, że nie będziesz niszczył drzew po drodze.
- Dobra, obiecuję! A gdzie ten przeciwnik, dawać tego przeciwnika!
- Wsiadaj na siodło za mną to cię zawiozę na miejsce.
- Aaa, przeciwnik nie chce przyjść tutaj, boi się mnie. Tak, jakem Doro herbu Otrąb, i tak sprawie mu lanie.

Podróżowanie z pijanym ogrem za plecami nawet przez nieciekawą okolicę przyniosło księciu parę sińców i sporo niezapomnianych wrażeń. Kiedy mijali dąb driady, tej nie było nigdzie widać, zapewne schowała się za pniem na widok towarzystwa księcia. Wreszcie dotarli na miejsce. Książę z ulgą zsiadł z konia, Doro raczej stoczył się niż zsiadł, ale zaraz spojrzał naokoło przekrwionym wzrokiem szukając obiecanego wroga.
- Spójrz, to jest godny ciebie konkurent - powiedział książę wskazując na głaz. Jest trochę nieruchawy, pewnie struchlał ze strachu na twój widok.
- Nic to mu nie pomoże i tak zaraz będzie z nim gorzej.
Doro z rozmachu uderzył głaz kułakiem, co raczej nie wzruszyło głazu, za to przyczyniło trochę bólu naiwnemu ogrowi.
- A twardzielu, się nie dajemy, to innego sposobu spróbujemy.
Doro chwycił spory kawał granitu z wierzchu sterty i zaczął walić nim w głaz jak w bęben. Z takim traktowaniem głaz nie potrafił już dać sobie rady, kruszył się i pękał, kawałki kamienia odpryskiwały na wszystkie strony, książę wycofał się pospiesznie na bezpieczną odległość i stamtąd obserwował dalsze zmagania. Głaz bronił się zawzięcie, wiele odprysków trafiało ogra, niektóre z nich powodowały większe i mniejsze skaleczenia, ale zawzięty Doro nie zwracał na to uwagi i uderzał dalej. Kiedy spory kawał głazu był już rozdrobniony, z góry spadły na Doro mniejsze głazy, jakby żołnierze spieszący na pomoc swemu wodzowi, gdyby taki nawał upadł na człowieka, ten zapewne już by nie wstał, ale Doro jako ogr tylko się otrząsnął, odrzucił kamienie na swej drodze i kontynuował dzieło niszczenia. Kiedy głaz stracił sporo zewnętrznej otoczki i zaczął wyglądać jak po kuracji odchudzającej Doro chwycił go obiema łapskami i zaczął miarowo napierać na niego i ciągnąć do siebie. Głaz zaczął się poruszać najpierw niewiele, potem coraz mocniej, wreszcie wysunął się ze swego legowiska. Doro pociągnął głaz, potem obrócił się i zaczął go toczyć korytem rzeki aż do krawędzi skały, za która znajdował się wcześniej wodospad. Głaz stoczył się na dół, odbijając się od skał i ostatecznie roztrzaskując na małe kawałki. Na ten widok Doro wydał ogłuszający ogrzy okrzyk zwycięstwa. W międzyczasie woda skorzystała z drogi wiodącej przez miejsce po wyrwanym głazie i zaczęła się sączyć najpierw niewielkim strumyczkiem, który stawał się coraz większy i bardziej wartki i porywał za sobą mniejsze głazy znajdujące się na jego drodze. Porwał za sobą również Doro, który chwycił się krawędzi skały i próbował zejść z drogi rzece. Gdyby nie pomoc księcia, który wyciągnął go na brzeg zapewne podzieliłby los swego niedawnego przeciwnika, a tak skończyło się to dlań przymusową kąpielą. Kiedy Doro wydostał się na brzeg nie wyglądał już tak dobrze jak poprzednio, w podartej kamizelce, cały pokaleczony, jego bojowy nastrój został zeń skutecznie wypłukany. Słaniał się na nogach i upadł na ziemię. Wnet zajął się nim książę wraz z driadą, która dotąd podążała za nimi w stosownej odległości w obawie przed ogrem. Driada znała się dobrze na leczniczych właściwościach ziół, a dzięki okładom z kory Doro został szybko przywrócony do stanu używalności. Kiedy dowiedział się, że driada pomagała przy jego rekonwalescencji przyrzekł, że nie będzie więcej niszczył drzew, a jedynie brać tyle drewna ile będzie mu niezbędne. Wspólnie z księciem pomogli przykryć wystające korzenie dębu świeżą ziemia. Później wspólnie zjedli niewielki posiłek z zapasów księcia, owoców przyniesionych przez driadę i ptasich jaj przyniesionych przez Doro. Doro pożegnał się i ruszył w stronę mostu, książę zaś udał się w przeciwnym kierunku. Jeszcze dwa drobiazgi. Doro zaprzyjaźnił się z driadą i obiecali sobie utrzymywać korespondencję w postaci łódeczek puszczanych w dół rzeki przez driadę, a odpowiedzi miały trafiać do niej przenoszone przez tych, którzy nie będą mieli innej waluty na opłacenie myta. I drugi drobiazg, nie był właściwie drobiazgiem, ale sporym okazem prawdziwka, który rósł poprzednio wśród korzeni dębu, niewidoczny ze strony drogi, a którym został obdarowany książę przez driadę, kiedy ta dowiedziała się o celu podróży księcia. I jeszcze coś. Książę znalazł wśród swoich ubrań w miejsce zniszczonej odpowiednią dla Doro kamizelkę, na której zamiast herbu było kółko co o dziwo bardzo odpowiadało nowemu właścicielowi, gdyż zapragnął zmienić znak z trąby na nowy i teraz mienił się on: Doro TKA (skrót od Tamy Kamyk Ambitny).

Dedykowane dla wszystkich, a zwłaszcza jednej Dorotce. ;-)
A co było wcześniej? A co było później?
Copyright (c) 1999 by Leszek Kaszubowski


Ostatnia modyfikacja: 1999-08-13