Obszerny hall w willi docentostwa Bassetów tonął w dyskretnym
półmroku. Popołudniowe słońce, nisko już stojące nad horyzontem,
docierało tu tylko fragmentarycznie, przesiane przez wprawione w ścianę
denka od butelek po koniakach, wręczonych ongiś znakomitemu chirurgowi
przez wdzięczne wdowy. Podłogę zaścielał puszysty dywan, a ściany
pokryte były obrazami renomowanych malarzy, od Starowieyskiego po
Krajewskiego. Zgodnie wisiały tu obok siebie tak odległe tematycznie
dzieła, jak "Pizdozwierz 2-gi Numeryczny z Katarynką" i "Minister Berman
całujący Sieroty po Akowcach". W swoim klubowym fotelu siedział
osłupiały docent Basset i po raz nie wiadomo który odczytywał
znaleziony na marmurowym kominku list:
Drogi Mietku! Wiem, że sprawiam Ci ból sroższy, niż Ty
zdołałeś sprawić którejkolwiek ze swych ofiar na stole operacyjnym,
ale wreszcie przyszła koza do woza. Odchodzę od Ciebie na zawsze!...
Może wyda Ci się dziwne - czytał dalej - że porzucam
dobrobyt, a nawet przepych, którym otoczyłeś mnie jak Święty Michał
diabła. Nie wszystko jednak da się przeliczyć na pieniądze. Człowiek,
dla którego Cię zostawiłam, potrafi zapewnić mi tę odrobinę ciepła,
tak potrzebnego każdej kobiecie, podczas gdy Ty karmiłeś mnie
wyłącznie wzniosłymi dewizami. Odchodzę więc, zostawiam wszystko, czym
mnie obdarzyłeś jak jakąś burą sukę. Zabieram tylko te dewizy.
- Koza do woza! - prychnął urągliwie chirurg. - Nigdy nie
umiała właściwie cytować przysłów!
Niegdyś Twoja - Jolanta.
- Zabiera tylko dewizy... - powtórzył odruchowo docent Basset,
ocierając łzę ze spuszczonego na kwintę nosa.
- Jak to zabiera dewizy? - wrzasnął nagle i rzucił się
otwierać sejf, zamaskowany chytrze obrazem zatytułowanym "Zielone
światło dla rzemiosła", a przedstawiającym nędzarza, wieszającego
się w celach samobójczych na szyldzie własnego warsztatu. Stalowe
drzwiczki odskoczyły ze zgrzytem, ujawniając opustoszałe wnętrze.
- Ożeż ty... - zawołał Basset pod adresem nieobecnej żony. -
Ja cię...!
- Baba z wozu, konim lżej - odezwał się sentencjonalnie stojący
w progu wierny sługa rodu Bassetów, magister polonistyki Bazyli
Podgumowany, którego znakomity chirurg zabrał kiedyś z zawodu
nauczycielskiego, odkarmił, zdezynfekował, odrobaczył i zatrudnił w
charakterze famulusa, pokojówki i palacza centralnego ogrzewania.
- Nie płacta, panocku - dodał bezbłędną gwarą, nabytą
podczas długoletnich studiów. - Pambók nierychliwy, ale sprawiedliwy, i
tylko patseć jak onemu kurwisonowi dokopie z woleja. - Co rzekłszy
ucałował drżącą dłoń swego ukochanego chlebodawcy.
- Pies z nią tańcował - odrzekł docent, wysmarkując się
jednocześnie w pochyloną kornie głowę lokaja - stara to była
fisharmonia i mocno zdezelowana...
- Że zdezelowana, to racja - zgodził się sługa. - No, ale
pograć jeszcze na niej szło... - dodał z uśmiechem, jakby nagle sobie
coś przypominając.
- Ale dolary, dolary! - rozszlochał się znowu pan domu,
wspomniawszy zagraniczne delegacje przeżyte o zimnej konserwie, ciułane z
trudem dewizy i niewybredne żarty celników na Okęciu, grzebiących mu
bez żenady długopisami gdzie popadło w poszukiwaniu przemytu.
- Dolary wzięła, ale wielmożną panienkę Simonę też zabrała,
a zawszeć to jakaś ulga! - perswadował służący polonista.
- Wódki! - zażądał docent Basset, ponieważ jednak wódka też
zniknęła, narzucił na ramiona kosztowne futro z nutrii i poszedł w
miasto, na wiatr, deszcz i poniewierkę...
A co było wcześniej?
A co było później?