W knajpie "Pierwiosnek" kipiało życie. Za kontuarem królował potężny
jak wielkie piece Magnitogorska ajent Wincenty Jamochłon, słynny ongiś
zapaśnik i sztangista. Rozstawione nie bez smaku baterie różnokolorowych
wódek otaczały aureolą słuszny w treści, chociaż opluty w formie
napis "Alkohol szkodzi zdrowiu", pod którym ktoś dopisał "...ale ratuje
budżet państwa". W szklanej szafce widniały zwłoki śledzia, omszałe
jajko na twardo i spory kawałek pasztetu, po którym łaził wywijający z
radości ogonkiem duży, złocisty gronkowiec.
Bliżej wejścia pousadzali się urzędnicy samorządu
terytorialnego, chłepcząc w pośpiechu jakieś chude zupki, przełykając
zimny makaron i zerkając ze strachem ku centrum sali, gdzie stoliki
zajęte były przez podziemie gospodarcze, drobnych rabusiów, artystów
estrady, prostytutki i zwyczajnych pijaczków. W kącie skupiała się
rozpoznawalna na pierwszy rzut oka konspira. Rysowano tam na bibułkowych
serwetkach wzory ulotek, wymieniano szeptem zbrodnicze wiadomości i
zerkając znad podniesionych kołnierzy puszczano z premedytacją fałszywe
informacje, notowane skwapliwie przez siedzącego opodal tajniaka,
ucharakteryzowanego na zarażona syfilisem konduktorkę MPK.
I zaraz też zabrzmiała Fantazja A-dur na tematy polskich pieśni
ludowych, opus 13-te, grana tym chętniej, iż muzycy byli bez wyjątku
pracownikami filharmonii dorabiającymi sobie w wolnych chwilach i z
największą niechęcią naginali się do knajpianego repertuaru, opartego
głównie na popularnych rytmach hardrockowych.
Basseta wzruszenie dusiło w gardle. Wreszcie widział wokół
siebie żywych ludzi, a nie ich wyłonione w pllu operacyjnym, okrutnie
masakrowane narządy. Pił bez umiaru, nie zauważył nawet jak ulotnił
się gdzieś jego płaszcz podszyty nutriami, jak z nóg ściągnięto mu
buty, a z przegubu ręki elektroniczny zegarek "Maładiec". Jego zamglony
wzrok z trudem odróżniał poszczególne twarze, a przeszłość mieszała
mu się z teraźniejszością.
W ciemnościach zakotłowało się, coś uderzyło głucho, ktoś
jęknął, zawrzała krótka potyczka o łup, wreszcie wszystko ucichło. I
tylko z ust siedzącego na kupie gnoju docenta Basseta po raz trzeci
zabrzmiał szept:
Tu omdlał i legł bezwładnie obok butelki po piwie, którą go
przed chwilą ogłuszono.
- Wódki dla wszystkich - powiedział docent Basset, podchodząc do
kontuaru i rzucając banknoty ozdobione wizerunkami naszych pierwszych
monarchów z linii piastowskiej.
- Jak dla wszystkich, to Szopen - burknął bufetowy, mając na
myśli pięć tysięcy złotych. Jednak kierownik orkiestry nie wyczuł
intencji i zawołał z entuzjazmem: Tak jest, szefie, Szopena!
- Jeleń, jeleń! - rozległy się na sali życzliwe głosy i zaraz
też grono bywalców otoczyło hojnego ofiarodawcę, klepiąc go
przyjacielsko po ramionach, niedźwiadkując się z nim i zerkając na
pękaty portfel, z którego wysupływał coraz to nowe banknoty.
- Jolanto.... dlaczego odeszłaś...? - bełkotał, wieszając się
na szyi babci klozetowej. - O, i pan sekretarz Jaskiernik jest z nami! -
wykrzyknął na widok wiszącego nad bufetem portretu Marii Konopnickiej na
rok przed śmiercią, uważanego przez ajenta za zdjęcie ministra
Nieckarza, zrobione przy okazji pierwszej komunii.
- A ty kto właściwie jesteś? - wypytywał go Wincenty
Jamochłon, wiedząc z doświadczenia, że taka informacja bywa zazwyczaj
bardzo przydatna nazajutrz, gdy już dochodzi do identyfikacji zwłok.
- Ja jestem nikim... - zachrypiał chirurg. - Do dziś byłem
Bassetem, a teraz... Teraz wiesz, kto ja jestem?
- Jam wał koński! - tu roześmiał się tak okropnie, że
pobledli nawet wielokrotni recydywiści, i słaniając się podszedł do
drzwi.
- Jam wał koński! - zawołał jeszcze raz i wypadł w mrok ulicy,
a za nim kilku jego nowych przyjaciół.
- Jam... wał... koński...
A co było wcześniej?
A co było później?