Oj, nabiegał się tego dnia sieżant Miziak, ręce po łokcie urobił,
nogi do kolan uchodził, a tu ciągle piętrzyły się przed nim nowe
zadania. Interweniował w spory rodzinne, zapobiegał bójkom, wykrywał
bimbrownie i ścierał nierzyjazne napisy, albo neutralizował je przy
pomocy drobnych poprawek, tak jak nauczono go na kursie, dopisując na
przykład przed hasłem "PRASA KŁAMIE" - wyraz "AMERYKAŃSKA".
Wreszcie usiadł, by napisać raport dzienny, gdy wtem kapral
Modliszka wprowadził jakiegoś odrażającego osobnika, ubranego tylko w
krawat, kapelusz i podarte skarpetki.
- Ktoś go podrzucił na wóz staremu Kociorupie - wyjaśnił
Modliszka. - Kociorupa wracał z targu w Warszawie, gdzie sprzedał
kapustę i kupił kolorowego "Rubina". Przyjeżdża do chałupy, a tu
zamiast "Rubina" ten facet.
- Kociorupa to pijaczysko - zastanowił się sierżant - mógł go
kupić w zamroczeniu zamiast "Rubina".... Zwłaszcza, że gość ma takie
same kolory jak telewizor - dodał, przyglądając się sinym plamom,
buraczkowym podbiegnięciom i zielonym zastoinom widniejącym na ciele
nieznajomego.
- Jak się nazywacie? - spytał, kładąc przed sobą formularz
przesłuchania.
- Jam wał koński... - jęknął przybysz.
- Jan Wałkoński - zanotował sierżant. - No, dobrze, powiedzcie
nam teraz, Wałkoński, gdzie was tak urządzono? Adresy, hasła, punkty
kontaktowe? Krypto- i psedonimy?
- Jolanta... - wymamrotał cicho nieszczęśnik, trzęsąc się z
zimna.
- Pseudonim "Jolanta"? - zapytał Miziak. - Mówcie, mówcie,
Wałkoński! Wiemy o was więcej niż przypuszczacie! - dodał, mrugając
porozumiewawczo do kaprala Modliszki. Podejrzany zamilkł jednak i tylko
szczękał zębami.
- Ech, puścić by mu światło w oczy, jak na francuskich filmach
kryminalnych... - rozmarzył się sierżant. - Ale trzeba by co najmniej
sześćdziesiątkę, a nie jakąś gównianą czterdziestkę... Żebym to
ja miał takie wyposażenie jak porucznik Borewicz... - westchnął z
zazdrością.
- A może by zadzonić do Borewicza? - podsunął Modliszka. - To
ludzki facet, swój chłop, on nawet wiejskiego milicjanta ma w poważaniu!
- Racja - zgodził się Miziak i podniósłszy słuchawkę
telefonu, rzucił w nią zdecydowanie:
- Ewa wzywa zero siedem!
W mieszkaniu Borewicza zadzwonił telefon.
- Co jest, kurwa? - rozeźlił się Borewicz, złażąc z
przystojnej prywaciary, którą właśnie przesłuchiwał i nawykowo
zapinając na gołym ciele szelki z kaburą podpaszną lewostronną,
kryjącą w sobie miły ciężar niezawodnej, oksydowanej dziewiątki.
- A, to wy, Miziak! - powiedział życzliwie. - Meldujcie szybko,
bo mi opadnie!
- Mierzy opadanie krwinek w probówce, uczony z niego człowiek -
wyjaśnił Miziak kapralowi, przysłaniając ręką słuchawkę.
- Melduję - zawołał służbiście - że mamy tu podejrzaną
osobę, pseudo "Jolanta", ale nie chce nic gadać!
- Sam bym ją zbadał, ale nie mam, kurwa, czasu - odrzekł
Borewicz, który jako swój chłop posługiwał się luźnym językiem dnia
codziennego.
- W dodatku, kurwa, bezpartyjny jestem - dodał bez sensu, tak jak
to robił we wszystkich odcinkach serialu.
- To co mamy robić? - zmartwił się sierżant.
Borewicz parsknął krótkim, męskim śmiechem.
- Powiem wam tylko sierżancie, że w łóżku każdemu rozwiązuje
się język! - i położył słuchawkę, bo do jego sypialni dobijała się
już następna podejrzana, złotowłosa trucicielka ze stołówki w
Zakładach Produkcji Zabawek im. Feliksa Dzierżyńskiego.
- Modliszka! - rozkazał sierżant Miziak. - Ja wychodzę, a wy
macie się przespać z zatrzymanym!
- Nigdy! - załkakł kapral. - Dostanę od tego adidasa!
- W takim razie - zawyrokował po chwili namysłu Miziak -
odprowadźcie go do starego Kociorupy. Jak go sobie kupił, to niech się
teraz o niego martwi!
A co było wcześniej?
A co było później?