Życie nie układało się staremu Kociorupie po różach.
Rozkułaczony w 1952 i pozbawiony swoich hektarów, stał się nagle
biedniakiem wiejskim, a jako taki z entuszjazmem przyjęty został do
Spółdzielni Produkcyjnej imieniem Jakuba Szeli. Że zaś był pyskaty i
obrotny, już wkrótce spółdzielcy okrzyknęli go swoim prezesem, dzięki
czemu mógł pousadzać krewnych i znajomych na wszystkich prominentnych
stanowiskach w gminie. Zrobił to zaś tak konsekwentnie, że podczas
zebrań i rocznicowych akademii przy stole prezydialnym zasiadała cała
rodzina Kociorupów, spoglądając władczo sponad zielonego sukna na
skłębioną w świetlicy resztę ciemnego ludu. Rozpad spółdzielni nie
zaskoczył doświadczonego kmiecia. Nachapał ile się dało ze wspólnego
inwentarza, okopał w swoich zabudowaniach i ogłosił, że zakłada
gospodarstwo specjalistyczne, bardzo podówczas lansowane. Zaraz też
udzielono mu licznych kredytów, otoczono opieką agro- i zootechniczną, a
nawet pewnego dnia odwiedził go ktoś z najwyższego szczebla, chodził po
obejściu, chwalił wybetonowane gumno i gładził po płowych głowinach
liczne rzekome wnuki Kociorupy, wypożyczone przez niego za dwa metry
ziemniaków z pobliskiej ochronki. Podziwiał też krowy, przywiezione z
okolicznego PGR-u, tak już przywykłe do ciągłego przerzucania z miejsca
na miejsce, poklepywania i pozowania, że na widok ekipy telewizyjnej same
ustawiły się do zdjęcia. Dwie z nich legły nawet wdzięcznie u stóp
dygnitarza, dwie inne usiadły na zadach po obu jego stronach, reszta zaś
stanęła w tle i przechylając wdzięcznie mordy wpatrywała się w
obiektyw.
Wprawdzie w kilka miesięcy później dygnitarz ów wysadzony
został ze stołka, a wkrótce posypali się również jego poplecznicy,
ale zmian - hamowane po drodze gdzie sie dało - nie doszły aż do
szczebla gminy. Kociorupa jakby się skulił, do żadnych nowych
organizacji nie wstępował, składki gdzie trzeba płacił, tyle że
zaczą@!l naraz uczęszczać do kościoła, pilnie uważając by i tam się
w żadną stronę nie wychylić. Gdy więc podczas "Boże coś Polskę"
ekstrema śpiewała "racz nam wrócić Panie", zaś aktyw Komitetu Gminnego
molestował "pobłogosław Panie", nasz Kociorupa dostawał zwykle w tym
miejscu ataku kaszlu, wprawiając podsłuchiwaczy w osłupienie i
wpuszczając ich w kanał.
Reaganowskie restrykcje, tak dotkliwe dla większości hodowców
drobiu, także umiał obrócić na swoją korzyść i ku ogólnemu
zdumieniu stał się jedynym po obu stronach Oceanu Atlantyckiego
człowiekiem, któremu to godne pożałowania pociągnięcie administracji
amerykańskiej przyniosło wymierne korzyści. Proklamował mianowicie
moratorium na spłatę kredytu w banku spółdzielczym, zwalając całą
winę na Biały Dom i uzasadniając to tak dialektycznie, że uzyskał nie
tylko umorzenie długu, ale i opinię swojego człowieka.
Do takiego to, pełnego godności i tradycji domostwa trafił
amnezjonowany docent Basset i jako nikomu nie znany Jan Wałkoński
zaczął uczcuiwie pracować na miskę zupy i przygarść jaglanej kaszy.
Siedział więc kiedyś na przyzbie i skrobał ziemniaki, gdy
spoczęła przy nim na moment urodziwa Kaśka Pyzdra, zatrudniona przy
skubaniu pierza, pilnowaniu zacieru, nawilżaniu zboża, aby przy skupie
miało lepszą wagę i tym podobnych czynnościach, nieobcych żadnemu
polskiemu rolnikowi.
- Jakaś zmyślna rasa! - zachwycał się prominent. - Czy to może
leghorny?
- Od razu żeście poznali - krzyknął z udanym podziwem chytry
Kociorupa. - A niechże was dunder świśnie! - dodał, co bardzo
spodobało się gościowi, znużonemu już nachalnym wazeliniarstwem swego
dworu.
- Jak żyjeta, Wałkoński? - spytała życzliwie, bo polubiła
tego pracowitego, cichego przgłupa.
- Ot, siedzę se i skrobię... - odparł zgodnie z oczywistą
prawdą.
- Skrobiecie... - powtórzyła w zamyśleniu - skrobiecie... a mnie
nie chcą wyskrobać, mówią, że za późno! - tu wybuchnęła
spazmatycznym, dziewczęcym płaczem.
- Nie martw się, Kasiu - zaczął ją pocieszać i obejmować - co
znaczy za późno? Dla dobrego chirurga nigdy nie jest za późno... - tu
zaczęło mu się coś przypominać, majaczyć, konkretyzować w zaćmionym
umyśle, aż poczuł w sobie wiedzę, moc i chęć dopomożenia tej
dziewczynie, więc przyciskając ją i nawykowo badając, zawołał:
- Jo cię Kaśka wyskrobia, że i śladu nie budzie!
- Dobrzyśta - szepnęła z wdzięcznością, podnosząc na niego
ogromne błękitne oczy - zajdę do was wieczorem, a teraz wyjmijta mi już
palucha z rzyci, bo gospodyni czekają!
I z wesołym puknięciem zerwawszy się z uwięzi, pobiegła
furkocząc spódniczkami, a ubogi wyrobnik jął wecować na kamieniu
skrobaczkę do kartofli, obficie na nią popluwając.
A co było wcześniej?
A co było później?