Jak gmina długa i szeroka, wszędy z szybkością wiatru rozeszła
się wieść o niezwykłych talentach wolnego najmity, żyjącego na
łaskawym chlebie w Kociorupowym obejściu.
Z podziwem i nadzieją opowiadano sobie, jak to przygłup
Wałkoński wyskrobał Kaśkę Pyzdrzankę tak galanto i błyskawicznie,
że tuż po zabiegu dziewucha o własnych siłach uciekła w jedną
stronę, a potworny wyskrobek w drugą i to nie tylko za próg, ale aż do
miasteczka, gdzie początkowo dobijał się do Stronnictwa Demokratycznego,
zaś załatwiony odmowinie pokuśtykał na plebanię i zatrudniony tam
został jako dzwonnik Quasimodo, które to imię - trudne do wymówienia -
prosty lud zaraz zmienił na Kwasimordę, i bardzo słusznie, bo mordę
miał w samej rzeczy rozkwaszoną.
Zaraz też ze wszystkich stron wyruszyły wozy i wózki, fury i
furki, polonezy, maluchy, anawet syreny wiejskiej biedoty i pociągnęły
het, precz drogami i bezdrożami ku chałupie Kociorupów, a na każdym
wozie stroskana matka lub ojciec zbloały wieźli a to jakąś Marychnę
leniwą, której - zgiętej przy kopaniu zmieniaków - nie chciało się
machnąć motyką do tyłu, aby natręta odpędzić, a to znowuż Jagnę
roztargnioną, co grając w kucanego berka nie spozierała gdzie mianowicie
kuca, a to wreszcie łatwowierną Małgośkę, która czekając ze zbożem
we wiatraku aż wiatr dmuchnie - sama nieopatrznie nadmuchać się
pozwoliła.
Księża grzmieli z kazalnic na zgorszenie, babki-znachorki
zaczęły przymierać głodem, zaś w szpitalu okręgowym po raz pierwszy
od dziesiątków lat pojawiły się wolne łóżka, co wreszcie zwróciło
uwagę adiunkta Wygrzmoconego, od niedawna dyrektora tej prowincjonalnej
lecznicy.
Sprzeczkę przerwało przybycie sierżanta Miziaka.
- Wiesz, Jolanto - mówił wieczorem do żony - chyba
zdrwowotność w rejonie drastycznie wzrosła, bo już pacjenci nie leżą
po korytarzac i można przejść suchą nogą, nie ślizgając się w
różnych paskudztwach, jak to kiedyś bywało... Myślę - kontynuował -
że jest to rezultat mojej wytężonej pracy, jaką podjąłem od momentu,
gdy w dowód zaufania przeniesiono mnie na ten zaniedbany odcinek.
- W dowód zaufania! - prychnęła pogardliwie Jolanta. - Ciebie
wywalono na zbitą twarz z kliniki za to, żeś wywałaszył towarzysza
Podnośnika jak sójka za morze!
- To nie ja - pisnął rozpaczliwie adiunkt, rozglądając się czy
kto nie słyszy - to twój pierwszy mąż, docent Basset!
- I owszem - zgodziła się Jolanta - ale miał tyle rozumu, żeby
potem zniknąć, a więc wszystko skrupiło się na tobie, jak kura na
pieprzu... O, ja nieszczęsna - zawołała wpadając w rozpacz - mogłam
żyć z Bassetem w szczęściu i dobrobycie, zamiast kisnąć na tym
zadupiu jak małpa w kąpieli!
- Witam, witam komendancie! - zawołał kordialnie Wygrzmocony,
który starał się być w dobrych stosunkach z przedstawicielami
miejscowego establishmentu. - Co dolega? - pytał troskliwie. - Zresztą
nic nie mówcie, stary praktyk z samego wyglądu potrafi postawić
diagnozę... Cera nieświeża, oddech też, wzrok osłupiały...
Przepracowanie, co?
- To swoją drogą - zgodził się Miziak, który właśnie przed
chwilą zneutralizował wypisaną na szpitalnym murze nielegalną nazwę
nieistniejącegop związku zawodowego "Solidarność" dopisując do niej
wyrazy "...z walczącymi narodami Afryki i Azji, to nasz patriotyczny
obowiązek".
- Ale ja nie w tej sprawie! - dorzucił szybko w obawie przed
terapią adiunkta, która już niejednego pacjenta wyprawiła na cmentarz
komunalny.
- Nie? A to szkoda, bo mam tu właśnie nowy amerykański lek "The
Polopiryna", na pewno postawiłby was na nogi!
- Panie Wygrzmocony - szepnął konfidencjonalnie sierżant. -
Ktoś robi panu koło pióra...
- Jak to koło pióra? - zaniepokoił się uczony. - Może koło
biura? - zapytał z nadzieją w głosie, bo koło jego biura funkcjonowała
jedyna w szpitalu ubikacja, do której ustawiały się kolejki pacjentów,
nie zawsze panujących nad zwieraczami po percepcji czterosuwowej
sprężarkowej lewatywy, będącej darem bułgarskiej służby zdrowia dla
bratniego okręgu.
- Koło pióra powiadam, to znaczy, że ktoś panu odbiera
pacjentów - i sierżant Miziak zreferował pobladłemu z wrażenia
lekarzowi sytuację, jaka wywiązała się w gminie na odcinku troski o
powszechną zdrowotność.
- Sierżancie - rzekł z determinacją docent Wygrzmocony -
jedziemy do starego Kociorupy... Czy macie przy sobie nakaz aresztowania in
blanco?
- Mam swoją pałkę - odparł wymijająco Miziak, postanawiając
sprawdzić wieczorem w słowniku wyrazów obcych, co to znaczy "in blanco".
A co było wcześniej?
A co było później?