- Ale żeś pan przywalił temu Murzynowi - mówił z podziwem
stary Kociorupa, częstując niuchem tabaki byłego ministra Podmamuśkę.
Siedzieli obaj przed drzwiami izby, w której znachor Jan
Wałkoński walczył o życie ambasadora Bamboko Kikuju.
- A bo wyszedł prosto na mnie... - tłumaczył się Podmamuśka. -
A że akurat wczoraj w telewizorze mówili, że należy bić Murzynów,
więc dołożyłem mu w ostatniej chwili kolbą przez plecy...
- W telewizorze podano dwie wiadomości - tłumaczył mu cierpliwie
Kociorupa - jedną krajową, że należy oszczędzać, drugą zagraniczną,
że Amerykanie biją Murznów.
- No, patrz pan, a ja zrozumiałem, że Amerykanie oszczędzają, a
Murzynów należy bić... Oj, dadzą mi teraz łupnia, jak ambasador
odkorkuje!
Kociorupa uśmiechnął się pobłażliwie:
- A kto się o niego upomni? Przecież ten afrykański rząd,
który go desygnował, już dawno został strawiony.
- Rozumiem... - kiwnął głową Podmamuśka - strawiły go
wewnętrzne sprzeczności okresu postkolonialnego, uczyli nas tego na
pomaturalnych kursach doktoranckich.
- Sprzeczności też - potwierdził Kociorupa - ale głównie
strawiła go, po uprzednim zresztą zjedzeniu, następna ekipa rządząca,
bardzo postępowa nawiasem mówiąc, pod kierownictwem sierżanta Makaku
Nastyku.
- Pokój temu domowi! - zabrzmiało od furtki, i do obu rozmówców
podszedł niemłody już duchowny w wyszarzałej sutannie.
- Witajcie, ojcze Chudzielaku! - odrzekł z szacunkiem Kociorupa,
zastanawiając się w duchu, na co zacny kapłan tym razem kwestuje,
jeżeli we wsi stoją już trzy kościoły.
- Podobno macie w obejściu konającego poganina? - zaszemrał
ojciec Chudzielak.
- Konającego poganina to za dużo powiedziane - oparł stary
rolnik - ale pobitego Murzyna i owszem. Jeżeli ksiądz chce go ochrzcić,
to my z panem ministrem Podmamuśką chętnie go przytrzymamy, żeby nie
wierzgał.
- O Jezu, Jezu! - rozległ się nagle rozpaczliwy wrzask z chałupy.
- Nawrócony! - zawołał naiwnie ojciec Chudzielak, składając
dłonie do modlitwy.