Rodzina i Przyjaciele "Morskiego Psa"


Moi Drodzy!

Zawsze po powrocie z Helu wszyscy pytają mnie - "no i jak tam było? - opowiedz!" Wychodząc naprzeciw Waszym pytaniom, zainspirowany przez Astona z "Neviditelneho psa" (http://pes.eunet.cz/index_t.htm) spisuję dla Was poniższe relacje.

* * * * * * *

3 stycznia 2000

Hel powitał nas ciepłym wiatrem i resztkami topniejącego śniegu. Koło Domu Rybaka cały rząd starych drzew wycięty - albo skutki grudniowego huraganu, albo w końcu wytyczają nową drogę dojazdową przez okoliczne wertepy. Idziemy na spacer do Kolonii Rybackiej (między torami kolei a Portem Wojennym). Wszędzie walają się pozostałości powodzi - ogromne ilości worków z piaskiem, jedni je wyrzucają poza obejście, inni przeciwnie - starannie układają w poprzek zagrożonych drzwi...
Na wieży Ratusza pojawił się piękny zegar - w południe pędzimy posluchać hejnału Helu napisanego specjalnie przez jednego z helskich nauczycieli. Potężne, przejmujące (i bardzo głośne - przy braku wiatru!) dzwięki kilku trąbek, melodia bardzo dziarska, porywająca, typu nieco wojskowego ... Z pewnością będzie to duża atrakcja turystyczna. Żeby jeszcze z okienka na wieży wychodziły jakieś figurki - już widzę tłumy filmujących czekające na wybicie południa! Kurant zagrał po raz pierwszy o północy, w Sylwestra, ale niemal nie był słyszalny, tyle strzelało petard, rakiet i sztucznych ogni.
Stolarz założył na nasze dwa okna okiennice z desek - jak w starym wiejskim domu. Wyszło to bardzo ładnie, trzeba będzie jeszcze pomalować na świeżo mur, ale to już wiosną. U naszych sąsiadów kładą piękny, blaszany dach......Kiedy i nas będzie też na to stać...

15 listopada 1999

Świąteczne obchody, do których od dawna przygotowywaliśmy się całą grupą, zostały przygaszone przez dachowanie samochodu naszych przyjaciół zdążających do nas drogą przez Rypin.
Na szczęście -cudem! - nic im się nie stało i poza małym guzem na głowie E. wyszli bez szwanku. Tak że na zmianę martwiliśmy się, że nie ma ich z nami i cieszyliśmy się, że są zdrowi. Pogoda ładna, słoneczna - choć zimny wiatr od Zatoki utrudniał chwilami rozkoszowanie się spacerem. No a w "kraju" oczywiście w tym czasie lało!
Z rzeczy przykrych - plaga włamań i dewastacji, m.in. okradziono naszych sąsiadów, a naszym przyjaciołom skradziono i zdemolowano auto.
Szklana piramida nieco zdekompletowana spoczywa na podwórzu Stacji Morskiej UW i jak się dowiedzieliśmy posłużyła do nakręcenia kilku odcinków telewizyjnych o życiu Bałtyku.
Z hasłem "Nigdy więcej nie pojedziemy do Rypina" pożegnaliśmy gościnny Hel i wjechaliśmy w deszcz.....

27 września 1999

Cudowna letnia pogoda, mimo początku kalendarzowej jesieni. Dwa przedpołudnia leżeliśmy na plaży, Bej szalał w wodzie i tarzał się w suchym i ciepłym piaseczku, ja posypiałem, a moja Pani czuwała nad nami oboma. Ludzi na plaży sporo, niemal jak w poczatkach lipca. Spotkania towarzyskie i niezbędne prace w domu pochłonęły resztę czasu. W porcie zauważyliśmy, że sympatyczna, pękata motorowka do wynajęcia otrzymała imię "Oczko" - no tak, jak się ma numer "Hel-21", to rzeczywiście nazwa się narzuca. Na piasku plaży naprzecw fokarium przez kilka dni i nocy (!) wrzała gorączkowa praca - filmowcy zbudowali w światłach reflektorów gigantyczną szkalną piramidę, ustawili obok potężne lasery - wygladało to cudownie na tle nocnego nieba. Niestety musieliśmy już odjechać i nie poznaliśmy dalszego ciągu...

31 maja 1999

Pojechaliśmy tym razem z większą grupą przyjaciół - ale choć chcieliśmy tylko leniuchować w dobrym towarzystwie, to jak zwykle praca pchała się do rąk, a wiadomo, że w "silnej grupie" pracuje się lepiej. Nie brakowało także innych atrakcji - tegoroczna procesja Bożego Ciała była przyćmiona przygotowaniami na przyjazd Papieża. Oprócz wystroju domów szykowano kutry i łódki, które po raz pierwszy miały wziąć udział w wielkiej paradzie morskiej na cześć Gościa. Specjalnie na tę okazję, z opracowano udziałem etnografów stroje kaszubskie - warto aby stały się tradycją.

Spacery przy pięknej pogodzie, bezwonne tym razem fokarium (może mieliśmy zwidy?) no i powrót do zdrowia Beja - widząc murek małej plaży tak się wyrywał do morza, że pozwoliliśmy mu na wodne szaleństwa. Mimo późnej pory dnia, dał efektowny pokaz w obecności wielu postronnych widzów, a następnie zdjęty przeze mnie z murku, ze względu na chore łapy (hm...) natychmiast na niego bez wysiłku wskoczył ponownie.!!!
Odwiedziły nas dwie prześliczne żeglarki i przy pomocy urządzenie wielkości kalkulatora podały mi pozycję geograficzną "Psa Morskiego" (N54o36,220;E18o48,270)
.

W nocy popędziliśmy do portu zwabieni górującymi nad wszystkim masztami. Przy nabrzeżu stała "Pogoria", potężna, wspaniała i majestatyczna w małym helskim porcie. Szkoda tylko, że wychodka czy prysznica w porcie dalej nie ma, że nieznani "miłośnicy Helu" zdemolowali oświetlenie nabrzeża i wszystko, co na nim dało się urwać lub zniszczyć. Kontrastuje z tym wielki i bogato wykończony budynek magistratu - jak niektórzy mówią "pałac burmistrza". Na inne rzeczy widocznie już nie starczyło pieniędzy, skasowano nawet jedyny w mieście i okolicy posterunek policji!

5 maja 1999

Mieliśmy wspaniałą i bardzo nietypową pogodę - było bardzo zimno w nocy - gorąco w dzień i niemal bezwietrznie. Siedzieliśmy na helskim Forum przed barkiem AMBRA i przez okres wypicia dwu piw i dłuższych pogaduszek z przyjaciółmi obserwowałem chmury stojące nad lądem - przez cały ten czas niema się nie poruszyły !!! A nad nami czyste niebo i palące słońce..... (spaliłem sobie głowę na indianina)
Druga osobliwość jest mniej ciekawa - jedno z piw dostaliśmy w tak brudnej i polepionej szklance, że coś
takiego widziałem po raz pierwszy w życiu. Nie chcąc sobie psuć humoru wytarłem chusteczką krawędź szkła i starałem się o tym nie myśleć.
Fokarium - dopiero co myte - śmierdzi potężnie! Nie wiem, czy związane jest to z foczymi godami, ale wytrzymać trudno
i nie zazdroszczę mieszkającym po zawietrznej pracownikom Stacji Morskiej. Co będzie latem?
Ruszyły prace ogródkowe - moja Pani z pomocą naszych przyjaciół i moją, pieliła i siała i sadziła aż furczało - teraz ledwie się ruszamy. Przyjęła się zasadzona na je
sieni mała jarzębinka - ma na razie tak z 40 cm, ale wygląda pięknie.
W końcu wstawiono nam kraty w okna - miejmy nadzieję, że włamywacze przerzucą się na jakieś inne obiekty, nam już tego wystarczy! Prace ślusarsko-murarskie przeciągnęły się do wieczora -
do Ursynowa dojechaliśmy aż o 2 w nocy..

7 kwietnia 1999

Przyjechaliśmy nowym, czerwonym nabytkiem - same zalety poza jedną - żre jak czołg, a więc nasza załoga (i pies oczywiście) ochrzciła go "RUDY" Już pierwszego wieczoru Bej rozciął sobie łapę na jakimś szkle, więc zbiorowe spacery i kąpiele w morzu trzeba było odłożyć na kiedy indziej. Rano Hel znów nas powitał słońcem i cudowną pogodą. Wszędzie wielkie porządki przedsezonowe. W fokarium w pustych basenach leżą leniwie Balbin i Joel pokryte liniejącymi kępkami zeszłorocznej sierści, cztery focze panienki skaczą po pustym baseniku i wdzięczą się do widzów, a w basenach pracownicy Instututu Oceanografii myją ścianki i dno wodą pod ciśnieniem. Obok wrą prace wykończeniowe przy fokarium, kręcą się masy robotników, jeżdżą samochody, walą młoty pneumatyczne, a foczki traktują to zupełnie obojętnie....
W porcie kończą prace przy wewnętrznym molo, oddzielającym basen rybacki od jachtowego, "Sandra" jeszcze w rybackim rynsztunku, jest starannie myta - to już chy
ba przygotowanie do wycieczek z turystami. Pawilonik kapitanatu portu też jest starannie szorowany - żeby tak wszyscy Helanie wzięli z tego przykład!
Cudownie świeże powietrze, którym się upajamy chwilami nasyca się zapachem wędzonych ryb, a chwilami, na
Wiejskiej, niestety znowu - wyziewami z kanalizacji...
Ciekawe, kiedy rajcy miejscy skutecznie się za ten problem wezmą. Ratusz już niemal całkiem gotowy - ogromna sala z widokiem na port już czynna, może i otoczenie do sezonu wróci do dawnej urody.
Tak pięknie, tak sympatycznie, jaki żal wyjeżdżać!

24 stycznia 1999

Przyjechaliśmy do Helu oboje potwornie zagrypieni, bez Beja ale za to z potworną ilością bagażu. Choroba i zmęczenie zmogły nas szybko - o 8 wieczorem spaliśmy jak dzieci... i tak do 10 rano! Rano powitał nas krzyk mew, poszczekiwania psów i niestety pochmurne niebo. Na małej plaży nietypowy, południowo-wschodni wiatr przywiał atrakcję - dziesięć dorodnych łabędzi. Przy nich uwijała się grupka dzieci wtykająca wyraźnie przejedzonym łabędziom chleb.

Całe przedłużenie ulicy Leśnej wiodące nad "duże morze" ktoś niezwykle starannie ogrodził okrąglakami. Wrażenie dosyć ponure, bo idzie się jak przez korytarz dla bydła, a starzy Helanie znów wspominają płoty wojskowe ze stalinowskich czasów...

No a poza tym, znając niektórych przedstawicieli miejscowej młodzieży, której "zamiast mózgów wyrosły tylko bycze karki" (jak powiedziała jedna nasza znajoma)
- to dzieje tych płotów będą krótkie...

Śpimy i oddychamy głęboko, żadnych odwiedzin, nie poszliśmy nawet do Maćka.

30 listopada 1998

Przyjechaliśmy do Helu (moja Pani, Bej i ja) wyjątkowo, jak na nas wcześnie, bo jeszcze przez zmrokiem. Po drodze miejscowości jak wymarłe - a już szczególnie okropna Jurata, której nawet brak ludzi i samochodów nie poprawia urody. Port w Jastarni pokryty lodem, lód wszędzie od strony Zatoki na trasie Władysławowo-Jastarnia. Dojeżdżamy! Dom na szczęście zastaliśmy w najlepszym porządku, termostaty działały, wewnątrz sucho, z ustawionych 10 stopni prędko nagrzaliśmy do "ludzkiej" temperatury.

Było tak sympatycznie, że tego wieczoru nigdzie się nam nie chciało iść. Bej, który radosnymi piskami powitał wjazd do Helu (zaczyna szaleć z radości w okolicy "Admirała") latał radośnie po śniegu a potem legł na zasłużony odpoczynek na kanapie. Około 10 wieczór wziąłem go na spacer - Bej uważa działkę za część swojego domu i na poważniejsze sprawy trzeba wyjść z nim z działki. Dochodzimy do bramy - i nagle szokuje mnie silne światło na śniegu od strony wiecznie ciemnej ulicy! Z miłym zaskoczeniem stwierdziłem, że na domu naprzeciwko "Morskiego Psa" pali się latarnia, nieczynna od niepamiętnych czasów....

W sobotę rano ruszyliśmy na miasto - moja Pani do fryzjera, a ja z Bejem na spacer.

Lekki mrozik i leżący wszędzie śnieg. Słoneczko niestety za chmurami, nad miastem snują się pachnące dymy z wędzarni. Idziemy do "Foczarni" jak mawia nasz znajomy. Znudzone brakiem widzów foki witają nas entuzjastycznie, prychają i poszczekują , usiłują obejrzeć Beja... a on oczywiście usiłuje od nich uciec....

W pustym porcie na nielicznych kutrach gorączkowy ruch, wszędzie unosi się silny zapach świeżej ryby, mewy objedzone do wypęku. Bej usiłuje się wytarzać w resztkach ryby wyplutej przez mewy na molo - ledwie go powstrzymuję...

Już z moja Pani idziemy na obiad do "Maćka" - pusto, jesteśmy sami na sali. Po obiedzie znowu na spacer. Foki, port...., na Wiejskiej wiele lokalików nieczynnych, ale ludzi sporo. Zamknięta "Izdebka", "Jak u Mamusi" zlikwidowany. Wieczorem siedzimy w "Fiszeri" i w dobrym towarzystwie popijamy drinki. Chodzimy i oddychamy głęboko - smutno wyjeżdżać!


Wizyta u "Psa Morskiego" ->