Historia narciarstwa

W dawnych czasach autorytetem narciarskim byli Norwegowie, za którymi stały historia, doświadczenie, wyniki sportowe - wręcz cała filozofia narciarstwa. Sławny niegdyś norweski teoretyk techniki narciarskiej, Bjorne Nilssen, określił w swojej książce ścisłe zasady narciarskiego postępowania; wspaniały telemark zachwycał swoją gracją; wąski ślad długo jeszcze potem był wyznacznikiem szczytów poprawności technicznej; zalecana przez Norwegów długość nart (2 m 80 cm!) nie podlegała krytyce.

Około połowy XIX w. zaproszono więc w Alpy Norwegów (jakżeby inaczej) jako pierwszych nauczycieli narciarstwa. Z początku nikomu nie przyszło do głowy, że norweska szkoła (technika i metodyka nauczania) wyrosła w terenie zaledwie pagórkowatym i zupełnie nie pasowała do warunków alpejskich. Nic więc dziwnego, że postępy nauczania adeptów - głównie z powodu przydługawych nart - były raczej mizerne.

Na narciarskiej niwie panowali zatem niepodzielnie Norwegowie, ale sytuacja zmieniła się w 1880 r., kiedy to Austriak Mathias Zdarsky założył w Lillienfeld konkurencyjną szkołę narciarską. W przeciwieństwie do Norwegów Zdarsky zalecał - niezbyt może elegancką, ale skuteczną - jazdę szeroką oraz pług, który opracował; narty skrócił o cały metr.

W dystyngowanym narciarskim towarzystwie zawrzało. Jakżesz to możliwe, żeby dwudziestoczteroletni zaledwie młodzieniaszek (tyle lat miał właśnie wtedy Zdarsky) ośmielił się poprawiać Norwegów? - mówili obrońcy autorytetu dziadów i ojców. - No tak, ale Zdarsky uczył szybko solidnych podstaw równowagi - replikowali poszukiwacze nowości. Wokół dwóch pierwszych szkół narciarskich gromadzili się ich zwolennicy, toczyły się dyskusje, narastał konflikt, spierano się o racje, o prymat.

Wreszcie postanowiono uciąć jałowe dyskusje, a rozwiązania problemu szukać - wiadomo, jak to w sporcie - na drodze bezpośredniej konfrontacji na stoku. Zorganizowano zawody! Były to jedne z pierwszych zawodów zjazdowych, o których pisały kroniki. Odbyły się w Murzzuschlag koło Wiednia. "Slalom" - którego trasa przebiegała górskim holwegiem, otoczonym lasem - musiał być naprawdę trudny dla przedstawicieli obu obozów, skoro organizatorzy zjazdu kazali przezornie obłożyć zakręty wiązkami słomy, a na jego końcu polecili rozsypać warstwę popiołu, który by "hamował skutecznie narciarzy, kiedy przekroczą metę".

Z ówczesnych przekazów wiemy, co działo się w czasie "popiołowych zawodów": "...na tych, którzy nie ugrzęźli w słomianych wiązkach, czekała na dole popiołowa warstwa, która - hamując zbyt brutalnie - waliła z nart najwytrwalszych zawodników; ci wysmarowani na czarno wywoływali falę niepohamowanego śmiechu kibiców".

Tak niefortunnie zakończone zawody, nie wyłaniając zwycięzców, zaogniły spór. Wyznawcy dwóch szkół, skłóceni pierwotnie poglądami technicznymi, stanęli w jeszcze większej opozycji, całkowicie rozzłoszczeni jedni na drugich.