A TO WŁAŚNIE JA - CEPER , PO CYWILNEMU I SŁUŻBOWO

Na Krupówkach Na szlaku do Przełęczy pod Chłopkiem W grudniu na Olczy

 

Wczasy w Polsce         Projekt Perły Internetu

Magazyn Internet

Animowany ekran startowy 125kb          Podgląd

 

Zakopane 2006 oficjalna strona                 Fraszka olimpijska

 

Ogień pod Koszystą

W niedzielę, 28 marca rano spłonął szałas na Polanie Waksmundzkiej. Pracownicy TPN dotarli tam ok.8.30, gdy ogień obejmował już w całości drewniany budyneczek. - Nie było szans na ugaszenie pożaru - mówi wicedyrektor TPN Stanisław Mielczarek. Jak wynika ze śladów na śniegu - w niedzielę rano ktoś wyszedł z szałasu w stronę Hali Gąsienicowej. Człowiek ten zostawił prawdopodobnie niedogaszoną watrę. Później zerwał się wiatr i rozdmuchał ogień. Jak informuje Stanisław Mielczarek - Park raczej nie przewiduje odbudowy szałasu.

Szybki i dobry biznes na starym PHW - Będzie supermarket

W najbliższym czasie w miejscu dawnego sklepu meblowego PHW przy Chramcówkach w Zakopanem swój kolejny sklep otworzy słynna austriacka sieć supermarketów spożywczych Julius Meinl - reprezentowana w Polsce przez sieć Major Market.

Przypomnijmy: kilka miesięcy temu wiele emocji wywołała informacja, iż cały obiekt sprzedany został mu przez miasto za 500 tys. zł.

Kilka dni temu dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, jaki czynsz płacił będzie nowy dzierżawca. W zestawieniu z ceną, za jaką miasto sprzedało budynek można sądzić, że nie był to mistrzowski interes dla miasta. Za sam parter supermarket będzie płacił miesięcznie 25 tys zł.

Ostatnio dowiedzieliśmy się, że sprawę sprzedaży majątku po PHW zamierza zbadać Komisja Rewizyjna Urzędu Miasta.

JJ

Wspólnota Witowska - TPN - Ręka na zgodę

12 kwietnia spotkanie dyrekcji TPN z przedstawicielami Wspólnoty Witowskiej w sprawie podwójnych opłat za wstęp do Chochołowskiej zakończyło się symbolicznym podaniem rąk na zgodę. Jednak wspólne stanowisko uzgodniono tylko w kwestii terminu dalszych rozmów.

Przypomnijmy, że 1 kwietnia Wspólnota Leśna Uprawnionych 8 Wsi z siedzibą w Witowie zaczęła pobierać opłatę za wstęp na swój teren. Budkę do sprzedaży biletów ustawiono przy szlabanie na skraju Siwej Polany, poza granicami TPN.

Zatem turysta wybierający się do Chochołowskiej płaci najpierw dwa złote na rzecz Wspólnoty, a po czterech kilometrach marszu, na Polanie Huciska nakłaniany jest do kupna drugiego biletu w tej samej cenie, tym razem za wstęp na teren Parku.

Pierwszy dzień podwójnych opłat zapowiadał się groźnie. Licznie zgromadzeni na Huciskach chłopi ze Wspólnoty przekonywali turystów, że nie muszą kupować drugiego biletu. Szef straży parkowej rejestrował wszystko na filmie przy pomocy kamery wideo. Jednocześnie inni przedstawiciele TPN kazali opornym wycieczkowiczom składać pisemne oświadczenia, dlaczego nie chcą płacić za wstęp. Napięcie rosło z godziny na godzinę, ale do rękoczynów nie doszło.

Później dyrektor TPN na prośbę wiceministra ochrony środowiska Janusza Radziejowskiego zawiesił sprzedaż biletów w Dolinie Chochołowskiej na czas największego ruchu świątecznego, od 3 do 6 kwietnia.

W czwartek, 8 kwietnia - jak to stwierdziliśmy na miejscu - odbywała się znowu podwójna sprzedaż biletów. Nie stosowano jednak żadnego przymusu i przy szlabanie na Huciskach turyści wędrujących w stronę Polany Chochołowskiej na ogół nie płacili po raz drugi za wstęp do doliny.

*

W poniedziałek, 12 kwietnia na zaproszenie Wspólnoty dyrektor TPN Wojciech Gąsienica Byrcyn przyjechał do Witowa. Spotkanie wyzwoliło sporo emocji.

- Robicie to bezprawnie - atakowała radczyni prawna TPN Bożena Niecikowska.

- Jak się nie dogadamy, to będziecie na swój teren wozić turystów helikopterami - mówił Władysław Kowalczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej Wspólnoty.

Wyjaśnić tu trzeba, że droga w Dolinie Chochołowskiej oraz okoliczne lasy niemal w całości są własnością Wspólnoty. Grunty Skarbu Państwa (czyli TPN) zaczynają się na ogół powyżej górnej granicy lasu. W obrębie całej doliny 2.200 ha należy do Wspólnoty, zaś 1.800 ha - do Parku.

Obie strony twardo obstawały przy swoim.

Po dłuższej wymianie zdań, konkretną propozycję przedstawił skarbnik Wspólnoty Jan Piczura. Jeżeli dyrektor TPN odstąpi od pobierania opłat w Dolinie Chochołowskiej - Wspólnota weźmie na siebie ciężary związane z utrzymaniem szlaków turystycznych i drogi.

Wojciech Gąsienica Byrcyn ani nie przyjął, ani nie odrzucił tego pomysłu. Zaproponował natomiast, aby spotkać się w węższym gronie i sprawę szczegółowo rozpracować. Uzgodniono termin i miejsce takiej narady - wtorek, 20 kwietnia, siedziba TPN w Zakopanem.

Na koniec dyrektor Byrcyn powiedział - jeżeli były jakieś nietakty z naszej strony - bardzo was przepraszam. Zaś przewodnicz?cy Władysław Kowalczyk wyciągnął rękę na zgodę do dyrektora Byrcyna i wyraził nadzieję, że dzięki współpracy Park będzie się mógł chwalić dobrze funkcjonującą wspólnotę leśną na swoim terenie.

Marek Grocholski

Sukces logiki

Tak dyrektor Państwowych Kolei Linowych Ryszard Antoszyk nazwał mającą już wkrótce nastąpić modernizację kolei na Hali Gąsienicowej.

Nowy projekt przewiduje poprowadzenie kolejki tą samą trasą. Krzesełka będą jednak czteroosobowe, z miękkimi kanapami i odpowiednimi zabezpieczeniami. Wywozić będą 2400 osób na godzinę i to niemal pod sam taras na Kasprowym Wierchu, tak, by umożliwić narciarzom korzystanie z infrastruktury stacji. By ułatwić wsiadanie, zamontowane zostan? specjalne taśmy redukujące prędkość krzesełka.

- Budowa nie jest łatwym procesem - mówi dyrektor Antoszyk - tym bardziej, że prowadzona będzie w terenie chronionym. Będziemy więc robić wszystko, by zminimalizować szkodliwy wpływ na środowisko. Materiały do budowy górnej stacji kolejki wywożone będą z Kuźnic na Kasprowy Wierch, natomiast do budowy dolnej stacji, która zresztą nie będzie dużo większa od obecnej - od strony Brzezin. PKL zobowiązał się przy tej okazji naprawić drogę prowadzącą do schroniska na Hali Gąsienicowej.

Inwestycja ma ruszyć w lipcu i być gotowa do końca listopada.

Nie jest to jedyny plac budowy PKL w tym roku. Również wkrótce ma ruszyć budowa zaplecza handlowego dolnej stacji pod Gubałówką. Ma on być gotowy już na sezon letni.

(aza)

Krajobraz górski - konkurs fotograficzny

Fotograficzne eksperymenty, ujęte w kadrze ulotne mgnienia tak szybko w górach zmieniających się nastrojów, gry świateł i cieni. Słońce, śnieg, a przede wszystkim górski krajobraz -wszystko to można będzie zobaczyć w nowotarskim Miejskim Ośrodku Kultury. Fotograficy już teraz mogą zgłaszać swe prace.

2 lipca odbędzie się wernisaż wystawy XIX Konkursu Fotograficznego im. Jana Sunderlanda "Krajobraz górski". Tym razem doroczny konkurs ma mieć zasięg międzynarodowy. Za granicą Konkurs ma być reklamowany głównie poprzez instytuty polskie. Organizatorzy liczą na odzew fotografików z Francji, Niemiec, Anglii, Włoch, Czech i ze Słowacji. Informacja o konkursie pojawi się również w pismach fachowych - "Foto" i w "Foto kurierze". Jednak zdaniem organizatorów, najlepiej rozreklamują imprezę sami zainteresowani - fotograficy.

Mimo pewnych zmian w regulaminie i dążenia do jego szerszego spopularyzowania, główne zadanie konkursu jest takie samo. Ma on zmierzać do zachowania na kliszy ulotnego piękna górskiego krajobrazu, gromadzić najciekawsze fotografie górskie, a także spopularyzować tę dziedzinę fotografii oraz zaprezentować współczesne trendy i osiągnięcia. Jak głosi regulamin, prace może nadesłać każdy fotografujący bez względu na to czy jest profesjonalistą, czy amatorem. Nadesłać można do dziesięciu odbitek, jednak zestawy wielozdjęciowe traktowane będą jako jedna praca pod warunkiem, że stanowić będą jednolitą kompozycję. Zdjęcia można wykonać dowolną techniką, a ich format powinien być nie mniejszy niż 24x30 cm. Główną nagrodą konkursu jest 5 tys. zł, a autorzy prac wyróżnionych otrzymają po 3 tys. zł. - To już dziewiętnasty konkurs - mówi jego organizator Krystyna Ciesielska. - Zdajemy sobie sprawę z tradycji, jaka się z nim wiąże, dlatego też chcemy, by i jego ranga stale rosła. Mamy nadzieję od przyszłego roku organizować już biennale. By zachęcić przyjezdnych do obejrzenia wystawy, przesunęliśmy termin wernisażu z jesieni na okres wakacji. Mamy nadzieję, że oprócz artystów z zagranicy, uda się nam przyciągnąć szersze grono fotografików z Podhala.

Organizatorzy nadal poszukują sponsorów imprezy. Osobisty patronat nad konkursem obejmie podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury Stanisław Żurowski oraz burmistrz Nowego Targu Marek Fryźlewicz. Od patronatu uchylił się jednak wojewoda śląski, a małopolski nie dał jeszcze odpowiedzi. Organizatorzy zwrócili się również do marszałków sejmików obu województw. Być może uda się pozyskać wsparcie którejś z firm fotograficznych.

Wystawę - jak co roku - organizuje Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu oraz Związek Polskich Artystów Fotografików - Okręg Górski w Bielsku Białej.

fig.

Lawiny nad Morskim Okiem

W sobotę, 13 lutego o godzinie ósmej rano TOPR ogłosił piąty - najwyższy stopień zagrożenia lawinowego - czyli alarm lawinowy. Strażnicy TPN zamknęli nie tylko szlaki powyżej granicy lasu, ale także szosę do Morskiego Oka, wszystkie dojścia do schroniska w Pięciu Stawach, oba szlaki z Kuźnic na Halę Gąsienicową, ścieżkę z Kalatówek do schroniska na Kondratowej, a nawet dolinki reglowe.

W rejonie Morskiego zeszły trzy lawiny ogromnych rozmiarów. Jedna spod Mnicha, druga z przełęczy Marchwiczne, trzecia Białym Żlebem na drogę między parkingiem na Włosienicy a schroniskiem. Pierwsza z nich była największa, złamała lód na Morskim Oku. - Bardzo rzadko się zdarza, aby lekka pyłowa lawina uszkodziła taflę lodową - twierdzi naczelnik TOPR Jan Krzysztof - zdecydowała o tym zapewne siła podmuchu.. Więcej kłopotów spowodowała inna lawina. Spadające Białym Żlebem masy śniegu z drzewami i kosodrzewiną utworzyły na drodze do schroniska zator o wysokości 3-4 metrów, na odcinku około 150 metrów. Tutaj nawet pług wirnikowy będzie bezsilny z powodu zaklinowanych w śniegu pni i gałęzi. Trzeba czekać do wiosny. Najskuteczniejszy w tych warunkach uaz zablokowany jest przy schronisku, drugi samochód, duży terenowy ford, zaopatrzony w dobre zimowe opony, ugrzązł w śniegu między Wodogrzmotami a Wantą - mówi Maria Łapińska, szefowa schroniska - ale nie musimy niczego przywozić, w schronisku nie ma ani jednego turysty. Byliśmy przygotowani na ferie, mamy pełne lodówki i spiżarnie, będziemy to chyba jeść do wiosny.

Całkowicie odcięte jest od świata najwyższe w Polskich Tatrach schronisko w Dolinie Pięciu Stawów (1670 m). - Jedzenia mamy dość, opału nam też wystarczy - mówi jeden z pracowników wysokogórskiej placówki. - Parę pyłówek obsunęło się żlebami Koziego Wierchu, ogromna lawina spadła z Krzyżnego do samego potoku w Dolinie Roztoki - opowiada dalej pracownik schroniska.

Od 9 lutego do 16 lutego w Pięciu Stawach nie zjawił się ani jeden turysta.

(Tygodnik Podhalański 16 luty 1999)

Pięciostawiańskie tragedie

Trzech młodych turystów zniknęło bez śladu w śnieżnej zamieci. Inny mężczyzna stracił życie przygnieciony ciężkim śniegiem w ogromnej lawinie. To bilans zaledwie pięciu dni w Dolinie Pięciu Stawów Polskich.

W czwartek, 4 lutego ze schroniska w Pięciu Stawach dwójka turystów wyrusza z zamiarem wejścia na Kozi Wierch. Torują drogę w świeżym śniegu. Po nich ze schroniska wychodzi czworo młodych ludzi z Pułtuska. Nikomu nie wyjawiają swoich planów. Idą jednak po śladach poprzedników. W miejscu, gdzie woda z Wielkiego Stawu przebija się w stronę Siklawy, dziewczyna towarzysząca trzem chłopakom rezygnuje z dalszego marszu i zawraca do schroniska. Pozostała trójka idzie dalej, przypuszczalnie w stronę Zawratu, gdzie nie zdołali dotrzeć podczas poprzedniej wycieczki.

Jest godzina 11.00-11.30. Z podejścia na Kozi Wierch wspomniani wcześniej dwaj turyści widzą jeszcze trójkę młodych ludzi z Pułtuska. Widzą ich dokładnie w miejscu, gdzie szlak turystyczny na Zawrat znika w zaspach, a wydeptany w śniegu świeży ślad odbija w stronę Koziego. Zaraz potem załamuje się pogoda. Z coraz silniejszym wiatrem nadciągają chmury. Widoczność jest coraz bardziej ograniczona. Zaczyna się zamieć. Dwaj turyści zawracają spod Koziego Wierchu do schroniska. Po drodze nie widać żadnych śladów, wszystko zawiane.

Jest godzina 18.00. W górach już ciemno. Wiatr, mgła, sypie śniegiem. Trójka młodych pułtuszczan nie wróciła z wycieczki. Pracownik schroniska i zarazem ratownik TOPR - Mieczysław Burdyl alarmuje centralę w Zakopanem. Otrzymuje polecenie, aby wyjść w kierunku Zawratu, strzelać oświetlające rakiety i próbować nawiązać kontakt głosowy z poszkodowanymi. Tymczasem ratownicy w centrali przygotowują się do wyjścia na poszukiwania. Tuż po 19.00, gdy już wiadomo, że Burdyl nie nawiązał żadnego kontaktu z poszukiwanymi turystami - sześciu ratowników pod kierownictwem Romka Szadkowskiego wyrusza do Pięciu Stawów. Całonocne poszukiwania prowadzone w rejonie Dolinki pod Kołem i Pustej, przy zerowej prawie widoczności, nie przynoszą rezultatu. Zmęczeni przemarznięci ratownicy wracają do schroniska.

Rano, o godz. 6.00 z centrali w Zakopanem wyrusza kolejna grupa ośmiu ratowników, by zmienić kolegów, którzy prowadzili nocne poszukiwania. Zabierają ze sobą psa lawinowego, podejrzewając, że trójka turystów porwana została przez lawinę. Wieje bardzo silny wiatr. Mgła i zamieć ograniczają widoczność do minimum. Ratownicy usiłują dotrzeć do Dolinki pod Kołem i do Pustej. Jednocześnie z Morskiego Oka wychodzi dyżurujący tam Włodek Cywiński z dwoma ratownikami, aby sprawdzić, czy poszukiwani turyści nie trafili przypadkiem w rejon Szpiglasowej Przełęczy. Dwaj inni ratownicy wychodzą z Hali Gąsienicowej pod Zawrat i do Koziej Dolinki.

Do poszukiwań włączyli się też ratownicy słowackiej Horskej Slu?by. Penetrowali rejon Doliny Koprowej, Zawory i górne piętra Cichej.

Wzmagający się wiatr swymi podmuchami raz po raz zwala z nóg, a dokładniej z nart. Ze względu bowiem na głęboki śnieg ratownicy poruszają się na nartach z przyklejonymi od spodu fokami. Jest coraz bardziej lawiniasto, a brak widoczności nie pozwala na właściwą ocenę nastromienia stoków i wielkości zagrożenia. W pewnym momencie słyszymy w radiotelefonie Włodka Cywińskiego, który mówi, że z progu Dolinki za Mnichem został zabrany przez lawinę. Zjechał około 200 metrów, na szczęście nic mu się nie stało.

Kilkugodzinne poszukiwania nie przynoszą rezultatu. Nigdzie żadnego nawet śladu poszukiwanej trójki. Nie wiadomo dokąd poszli. Czy schronili się jamie śnieżnej? Czy zostali porwani przez lawinę? Nie wiadomo. Kierujący akcją Mietek Ziach, wobec wzrostu zagrożenia lawinowego, zarządza odwrót. Ratownicy wracają do schroniska w Pięciu Stawach. Trudy poszukiwań widać też po towarzyszącym im psie Blacku. Wielki czarny zwierzak, cały zaśnieżony, wyczerpany brnięciem przez głęboki śnieg z radością chowa się w schronisku. Około godz. 17.30 ratownicy wracają do centrali.

W sobotę, 6 lutego do Pięciu Stawów wyrusza na poszukiwania osiemnastu ratowników i dwa psy. Niestety, znów kiepskie warunki, wiatr, mgła, padający śnieg utrudniają poszukiwania. Mimo szczegółowej penetracji Dolinki pod Kołem, okolic Zawratu i Pustej ratownicy nie posuwają się ani krok do przodu, nie ma żadnego śladu poszukiwanej trójki turystów. Po godz. 17.00 ratownicy wracają do centrali.

Niedziela, 7 lutego. W góry idzie jedenastu ratowników i pies. Przy dużym zagrożeniu lawinowym przeszukiwany jest rejon Siklawy oraz żlebów spadających z progu Dolinki Buczynowej do Roztoki. Może turyści wracając spod Zawratu pomylili drogę i zaczęli schodzić bezpośrednio do Roztoki. Poszukiwania nie przynoszą rezultatu. Żadnego śladu, żadnego punktu zaczepienia. Jedyna pewna informacja to fakt, że turyści ostatni raz widziani byli w rejonie odgałęzienia szlaku na Kozi Wierch. Zamieć śnieżna zatarła wszelkie ślady, w tym także ślad ewentualnej lawiny, która być może zasypała trójkę turystów.

Poniedziałek, 8 lutego. Ratownicy czekają na poprawę pogody i przylot śmigłowca z Krakowa. Planowane jest przerzucenie ekipy z psami do Pięciu Stawów. Około 12.30 alarm. Jacyś turyści, wędrując po tafli Wielkiego Stawu, usłyszeli z okolic Zawratu wołanie o pomoc. Ze schroniska pod Zawrat wychodzi dwóch ratowników. Około 13.00 spotykają pod Zawratem mężczyznę, który mówi, że lawina porwała mu kolegę. Z centrali tymczasem samochodami wyjeżdża ekipa ratunkowa z psami do Wodogrzmotów i zaraz ruszają w górę do Pięciu Stawów. Z Krakowa przylatuje śmigłowiec, ale musi czekać na lądowisku, aż poprawi się pogoda. Ratownicy z psami są już w schronisku. Chmury podnoszą się. Śmigłowiec może startować. Przewozi psy ze schroniska na lawinisko.

O godz. 16.45 pies Bajer odnajduje pod prawie półtorametrową warstwą śniegu zasypanego turystę. Niestety, 22-letni Tomasz O. z Kielc nie żyje. W zapadającym zmroku i przy psującej się gwałtownie pogodzie, śmigłowiec pilotowany przez Henryka Serdę zabiera zwłoki do Zakopanego. Wyprawę, w której wzięło udział dwudziestu czterech ratowników, trzy psy i śmigłowiec zakończono o godz. 20.30.

Jak doszło do wypadku?

Otóż, mimo ogłoszonego przez TOPR trzeciego stopnia zagrożenia lawinowego, dwójka turystów mieszkająca w pięciostawiańskim schronisku wybrała się na Zawrat. Jednym z nich był mężczyzna, który jako ostatni widział zaginioną trójkę młodych pułtuszczan i na bieżąco obserwował poszukiwania.

Podchodząc na Zawrat podcięli oni strome pola śnieżne. Ruszyła sporych rozmiarów lawina, zabierając jednego z nich. Drugi miał szczęście, gdyż chwilę wcześniej zdołał wrócić pod skałki Zawratowej Kopy. Porwany przez masy śniegu turysta nie miał szans na przeżycie.

Rodzi się pytanie, co musi się jeszcze zdarzyć, by młodzi turyści uwierzyli w realność zagrożeń, przed którymi ostrzegają ratownicy.

Wtorek, 9 lutego. Ratownicy oczekują na poprawę pogody, by lecieć znów na poszukiwania. Startuje śmigłowiec. W trakcie lotu gwałtownie psuje się pogoda. Silny wiatr i nadciągające chmury nie pozwalają przebić się Pięciu Stawów. Śmigłowiec wraca. Może jutro się uda. Pogoda jednak psuje się coraz bardziej. Nadciąga kolejna fala intensywnych opadów śniegu, który kolejną warstwą przykryje ciała trzech młodych ludzi.

Ratownicy dalej będą szukać, choć szanse na rychłe odnalezienie trójki turystów są coraz mniejsze. Rodzice zaginionych trzymają się uporczywie myśli, że oni żyją, że przeszli na Słowację.

*

Na początku lat dziewięćdziesiątych w podobnych warunkach na Czerwonych Wierchach zginęła pięcioosobowa grupa turystów z Poznania. Mimo wielodniowych poszukiwań, do dziś nie znaleziono ciała jednego z nich. Trzy lata temu dopiero na wiosnę ratownicy znaleźli zwłoki jednego z dwóch młodych turystów, którzy też w czasie zimowych ferii zaginęli w trakcie graniowej wycieczki wokół Doliny Chochołowskiej.

Adam Marasek

Tygodnik Podhalański    TOPR     Zakopane Home Page                 Poradnik Świstaka