|
![]() KIERUNEK - CEUSE Kiedy mówiliśmy znajomym że jedziemy do Francji cinquecento w 4 osoby z betami większość pukała się znacząco w czoło... i słusznie. Ale niewiele brakowało. Ostatecznie ruszyliśmy późnym wieczorem, i to nie byle "fiacikiem" tylko Laguną Combi. Klasa i wygoda. Aha, skład ekipy był doborowy: Remik, Misiek, Maksiu no i ja czyli Daniel. Naszym pierwszym celem był Lyon, gdzie mieszka Mariusz - prawie rodzina Maksa. Pozdrawiam przy okazji. Po perypetiach i błądzeniu na francuskich "nationalkach" dotarliśmy na miejsce. Mariusz mieszka na wzgórzu , kilkanaście kilometrów od Lionu. Wspaniałe miejsce, klimat pierwszorzędny, na horyzoncie Alpy ... po prostu bajka. Zresztą tego zwrotu będę pewnie używał jeszcze nie raz. Francja zauroczyła mnie od pierwszego wejrzenia i tak już pewnie zostanie. Rankiem 1 czerwca bieżącego roku pańskiego ruszyliśmy dalej. Co poniektórzy z ciężkimi głowami. Za oknem upał, całe szczęście że w aucie działa "klima". Wspaniałe widoczki, karkołomne zakręty i zjazdy słynną "drogą Napoleona". Wreszcie zjeżdżamy do doliny Gap. Krajobraz mocno "pofałdowany", na drugim planie ośnieżony szczyty alpejskie. W popołudniowej mgiełce majaczy wianuszek skał na szczycie Ceuse. Z tej odległości nie wyglądają na ogromne i monolityczne. Ale to tylko złudzenie. GEOGRAFIA I NIE TYLKO Myślę że w tym momencie należy się czytelnikom
słowo wyjaśnienia: CAMP Camp Les Guerins "u Gerarda" to fajne miejsce. Dość luksusowe, kierując się polskimi standardami - prysznice, ciepła woda, pralki, lodówka itp. Kosztuje niedużo bo 13 FF od osoby dziennie. Za namiot i auto nie płacimy. Właściciele nie mówią ani słowa w języku innym niż francuski (no może coś po niemiecku), ale nie przejmujcie się tym, mamy przecież ręce. Poza tym na campie można kupić żarcie i wino, ale niestety 2 razy droższe niż w supermarkecie w Gapie. Z campu fantastyczny widok na skały. Niestety czyste alpejskie powietrze powoduje "nieprzyjemne" złudzenie że skały są tak blisko. Nieprzyjemne szczególne dla naszych nóg - to prawie godzinka dreptania pod górę. Na szczęście wygodni Franole tak poprowadzili ścieżki że prawie w ogóle nie idzie się pod górę, cały czas trawersujemy stok lekko wznoszącą się ścieżką. Radzę więc nie gonić szybko pod górkę, lepiej spokojnie, dojdziemy bez większej zadyszki i z większą ochotą na łojenie. WSPINANIE, czyli ŁOIMY !!! Jak tylko przybiliśmy do portu na campie, rozłożyliśmy tylko namiot i pognaliśmy z Miśkiem w górę. Nasze "wyprawowe dziadki" - Remik i Max (to ich druga wizyta tutaj) - zostały na dole. Im wyżej podchodziliśmy tym bardziej niesamowity robił się horyzont przed nami, wystrzelając w górę fantastycznymi skalnymi formami, przewieszonymi nad zieloną łąką, złoto - szaro - pomarańczowo. Ścieżka pod nogami coraz bardziej niknie w trawie i krzakach. Cóż, cel jest widoczny jak na dłoni - trzeba dojść pod skały. Więc idziemy. Przed nami nieco inny widok. Potężne, nieco połogie, szare skały. Nie widzimy reszty klifów, zakręcających w tym miejscu - wszak tworzą one koronę wzgórza. Nie ma to tamto. Ubieramy uprzęże i wbijamy się w pierwszą drogę jaka się nam napatoczyła. Co tu tyle tych spitów, ktoś mówił że drogi tutaj będą honorne a loty długie. Pierwszy i ostatni raz w Ceuse wpiąłem wszystkie ekspresy. Droga okazała się jakąś "piątką", ale dostarczyła dzikiej radości. Pierwszy dotyk nowej skały, wspaniałe zachodzące słońce, widoki zaiste wysokogórskie aż po horyzont. Łoimy dwie proste drogi i postanawiamy przenieść się nieco dalej. Jest coś kilku wyciągowego (jak wynika z przewodnika), więc się w to wbijamy. Łatwy z początku teren nagle zaczyna stawać dęba i odchylać się od pionu. Walczę na ostatnich metrach, jeszcze dwa, trzy ruchy i łańcuch stanowiskowy. Nareszcie jestem. Misiek ciągnie za mną, ale przytyka go w tym samym miejscu. Wisimy na stanowisku ciesząc się jak dzieci. Jest wspaniale. Misiek wbija się w drugi wyciąg. Po drugiej wpince zaczyna się robić bardzo trudno. Przeżywa ciężkie chwile, kiedy już myślałem że zleci mi na głowę jak dojrzała gruszka, przemaga się wreszcie i ostatnim tchem dociera do stanowiska. Jest już późno i zaczyna się robić zimno. To nie żarty, w krótkich koszulkach i spodenkach na prawie 2000 metrów. Zimne tchnienie alpejskiego wiatru smaga nasze spocone ciała. Kiedy Misiek rozgaszcza się na stanowisku ja drę się na całe gardło, dla rozgrzewki. Po chwili ruszam w górę. Niestety łapię blok i karzę się opuścić na stanowisko (droga była dwu-wyciągowa). W zapadających ciemnościach zjeżdżamy w dół. W takich sytuacjach przydają się wszystkie wyćwiczone wcześniej czynności. Szczęśliwie lądujemy u podnóża skał. Trzeba jeszcze zejść na camp. Przedzieramy się przez jakieś niewiarygodnie splatane, ostre krzewy, dzikie róże, choinki, ostra trawa ... wreszcie jakaś ścieżka. Jest już grubo po 11 wieczorem. Jeszcze pastwiska i "elektryczni pasterze". Nie bardzo mamy ochotę zostać popieszczonym przez prąd. No ale od czego pomysły. Misiek ściąga koszulkę i niesie przed sobą, bo drutów w tych ciemnościach zupełnie nie wydać, a po co było brać czołówkę ... Dzięki naszemu patentowi unikamy porażenia prądem i docieramy szczęśliwie na camp, gdzie nasi kochani koledzy postanowili nam zrobić dowcip znikając. Zostawili tylko kartkę. W odpowiedniej chwili wyskoczyli jednak z krzaków obok i zgodnie zasiedliśmy do kolacji, a potem spać - jutro zaczynają się pracowite dni. Ponieważ
śpię przy wyjściu z namiotu, słońce budzi mnie codziennie punktualnie 10
minut po 7. Wstaję więc, podziwiam lazur nieba, i monolityczne klify w górze.
Coś niesamowitego. Toaleta poranna, śniadanko i w coraz bardziej piekącym słońcu
ruszamy w górę. Nasz dzisiejszy cel to drogi w sektorze o nazwie Thorgal. Coś
na rozruszanie, przyzwyczajenie się do nowych skał, nowej jakości wspinania.
To mój pierwszy pobyt w skałach innych niż polskie, więc jestem podwójnie
podekscytowany, przeżywając dodatkowo jeszcze raz nasze wczorajsze wyczyny z
Miśkiem. Wykosiliśmy kilka prostszych dróg. Niestety słońce zaczęło
uniemożliwiać działalność w godzinach południowych, więc tylko oglądaliśmy
inne sektory tych wspaniałych skał. Wieczorem dla odmiany robiło się przerażająco
chłodno. MOJE WRAŻENIA Muszę się tu
przyznać że nie łatwo było mi się przestawić na tamtejsze wspinanie. Straszenie
było mi wstyd że spadam z jakichś "szóstek plus" itp. No ale niektóre
to naprawdę były dziwnie wycenione... należało się po prostu przestawić, a
do tego potrzebowałem czasu. Stopniowo było coraz lepiej, wspinaczka sprawiała
coraz większą radochę, czułem się coraz swobodniej. Osiągnąłem poziom OS
taki jak miałem RP w kraju. Czułem się wreszcie trochę bardziej podniesiony
na duchu. Najbardziej cieszył mnie fakt, że po początkowym okresie
"kryzysu psychy" nareszcie przestałem się przejmować lotami. A
odwalało się je całkiem niezłe. Rekordowo wypuścił mnie Remik, asekurowany
dość dynamicznie przeleciałem chyba z 10 metrów; byłem przy 4 wpince, a za
chwilę przed nosem miałem pierwszą ... Ale takie loty to w Ceuse standard - szczególnie
naoglądałem się tego w sektorze Berlin (piękne, kolorowe płyty) i
La Cascade (po prostu niesamowite przewieszenia i dachy), gdzie
drogi standardowo miały po 30 - 35 metrów, MOJE DOKONANIA Jak to zwykle bywa w Ceuse (tak mówią stali bywalcy) najtrudniejsze drogi padły pod koniec. Udało mi się w końcu skompletować Le Galerie 7a RP oraz sąsiednią Vas-y Tonton 7a RP (ale słabe) oraz drogę o wdzięcznej nazwie Silmarils 6c RP (za drugą przymiarką) - wszystkie w sektorze o poetyckiej nazwię Un pont sur'infini (czyli Most ku nieskończoności ...). Potwierdziłem też swoją formę OS prowadząc śliczna, przepaścistą i "męską" drogę Le vol de Pilatus 6b+ (moja druga droga OS w tym stopniu we Francji). Muszę więc przyznać że schodząc ostatniego dnia w dół, na camp czułem się zadowolony. Jechałem ze znikomym dorobkiem skalnym, a wracam z całkiem zadowalającymi wynikami (jak dla mnie). Wracałem chętnie tym bardziej że zaraz po powrocie do Polski miałem wyruszyć znów w drogę - tym razem do Włoch. INNE SKAŁY Na koniec jeszcze jedna informacja - jeśli znużyły Was podejścia pod skały, albo wspinaczka jest dla Was zbyt psychiczna, lub też macie ze sobą kobiety, które nie dają sobie rady w Ceuse - jedzcie do Orpierre. To około 50 minut od Ceuse, w kierunku na Sisteron. Jest to rejon skalny typowo rozrywkowo - szkoleniowy. Dużo krótkich dróg, których obicie jest lekko przesadne (spit średnio co 1metr), acz występują także propozycje bardziej ambitne. Skały nie są jednak ani w 1/100 tak piękne jak w Ceuse. Za to miasteczko jest klimatyczne, jest gdzie wydawać pieniądze (knajpy, kobiety), camp dość luksusowy ( z basenem) - zniżki dla wspinaczy. A tak w ogóle to w przewodniku (do kupienia na campie u Gerarda), w okolicy Ceuse jest kilka rejonów wspinaczkowych, w tym takie jak Champsor, oferujące wspinaczkę górską. REST Na dzień restowy w Ceuse polecam wypady nad jeziorko - od campu jedziemy na Gap. Niedaleko za Sigoyer, po lewej stronie zobaczymy jeziorko, i drogę nad nie. Skręcamy więc w lewo, by po chwili znaleźć się na parkingu przy brzegu. Jeziorko jest dość zimne, ale słońce przygrzewa niesamowicie, a widoczki dookoła przecudne. Kobiety opalają się topless, więc ... jak w raju tylko trochę lepiej. Dla porównania -
proponuję tłumaczenie
artykułu z Climbinga "Ceuse - najlepsze sportowe cliffy świata?"
oraz dla ilustracji torchę zdjęć z galerii Ceuse.
| |||
|
|
|
|