|
|
Dobrze się dzieje, gdy na rynek księgarski trafia nowa
książka poświęcona technicznym aspektom alpinizmu i bezpieczeństwa górskiego. Nasze środowisko wciąż jest spragnione
fachowej literatury, reprezentującej najnowszą wiedzę. Pojawianie się po wielu latach "suszy" publikacji pióra polskich
doświadczonych alpinistów, które odzwierciedlałyby nie tylko
obiektywne kompetencje autorów ale też wykładnię ustaloną
przez Komisję Szkoleniową PZA, należałoby uznać za sytuację
idealną.
I oto trafia do moich rąk książka Aleksandra Lwowa pt.
"Liny alpinistyczne". Napisał ją człowiek, który od lat był
dla mnie od lat obok Henryka Mierzejewskiego wielkim
autorytetem w sprawach sprzętowych, a osobliwie w temacie "mechaniki lotów". Dlaczego ? Otóż po prostu
łączyłem zawsze z
jego obrazem wielkie doświadczenie górskie i kompetencje
inżynierskie.
Tytuł książki jest nieco mylący.
Autor nie ograniczył jej
do tematu samych lin - do ich klasyfikacji, omówienia budowy,
wytrzymałości oraz metod testowania. To tylko połowa
materiału. Pozostałą część książki autor poświęcił omówieniu
wszystkiego, co jego zdaniem jest istotne przy korzystaniu z
liny w górach, a więc zasadom asekuracji, węzłom, przyrządom
asekuracyjnym i zjazdowym oraz innym elementom systemu asekuracyjnego, a osobliwie - karabinkom. Pierwsza część książki
poświęcona budowie i wytrzymałości lin, stanowi niewątpliwie
wypis z jego pracy magisterskiej z roku 1983.
Książka ta, jak we wstępie wyznaje autor, rodziła się w
bólach wydawniczych przez z górą pięć lat. Autor jednak
twierdzi, że przez ten czas w zasadzie niewiele się zmieniło.
Nie podzielam takiego zdania. Twierdzenie takie może być
prawdziwe, gdy się je odniesie do samej kwestii konstrukcji
i właściwości lin. Nie będę się spierał, choć słyszałem i
inne opinie. Zakładam, że autor pozostaje au courant w temacie i wiedział lepiej pisząc te słowa. Nie zgodzę się jednak
z takim potraktowaniem całego materiału zawartego w książce
przynajmniej dlatego, że akurat przed upływem tych pięciu lat
zespół ludzi zaangażowanych w szkolenie pod auspicjami PZA
dopracował się precyzyjnego programu nauczania i naprawdę
nowej, jednolitej, konkretnej wykładni zasad bezpiecznego
posługiwania się sprzętem asekuracyjnym oraz - co ważne -
skutecznie to upowszechnił. W tym świetle szczególnie krzywdząco brzmi ostatni akapit ze str. 125: "Wiedza na temat
zasad prawidłowej asekuracji czy sposobów optymalnego wykorzystania sprzętu była, i chyba jest u nas, dość ograniczona.
Zwraca uwagę całkowity brak jednolitego i jednoznacznego
słownictwa, które pozwalałoby na sensowne wypowiadanie się na
ten temat". Nie wiem, skąd aż takie złe doświadczenia,
myślę, że to wewnętrzny problem kręgu znajomych autora.
Książka zawiera sporo ciekawych informacji, głównie w rozdziałach, do których materiał zaczerpnięty został z pracy
magisterskiej autora oraz pozostających z nim w najbliższym
związku tematycznym. Szczególnie zaimponowała mi prostota, z
jaką autor rozprawił się z pozornym paradoksem zmienności
siły tarcia na przegięciach liny - str. 55-58. Myślę że lek-
tura tego rozdziału może ogromnie pomóc każdemu instruktorowi
- dostarczy prawidłowej i jasnej odpowiedzi na jedno z
"głupich pytań" dociekliwego kursanta. Bardzo pożyteczny dla
"młodych", jak myślę, mógłby okazać się rozdział omawiający
test wiszenia w uprzęży. Za rzecz cenną uważam także wprowadzenie polskich nazw elementów konstrukcyjnych karabinka. Nie
dociekając czy nazewnictwo to zostało zaczerpnięte z jakiejś
polskiej normy branżowej, czy też pochodzi wprost od autora
książki, proponuję przyjąć je za dobrą monetę, gdyż
rzeczywiście uzupełnia jedyną bodaj lukę słowno-pojęciową w
naszym "profesjonalnym" żargonie.
Dalsza część mojej wypowiedzi utrzymana będzie jednak w
tonie krytycznym. Książka w postaci takiej, jaką zafundował
nam jej ostateczny wydawca budzi wiele bardzo poważnych zastrzeżeń. Pretensje muszę ulokować we wszystkich trzech
aspektach oceny książki: edytorskim, redakcyjnym i - niestety -
merytorycznym.
Błędom edytorskim nie chcę poświęcać zbyt wiele miejsca.
Wypomnę tylko nieprawidłowe wydrukowanie niektórych rysunków,
np. obrócone o 90 stopni na str. 19 i 20
lub lustrzane na str. 80 co czyni je mało albo i całkiem
nieczytelnymi), opuszczenie na rysunkach ze stron 17-19
"głupiej" literki "/" (co czyni z kodu "1/1" bezsensowną liczbę "11") oraz potępię zaprezentowaną pisownię cząstki "nie"
z imiesłowami (np. str.121) (przyp. z roku 1999: Lwow swą ortografią imiesłowów przymiotnikowych
i odmianę liczebników o kilka lat wyprzedził zarządzenie
Krajowej Rady Języka Polskiego. Prorok ?! (np. str. 16).
Do poważnych usterek redaktorskich, za które całkowitą odpowiedzialnością obarczam autora zaliczę przede wszystkim
brak jakiejkolwiek bibliografii. O co chodzi?
Otóż "gonimy Europę" Nawet w "Betlejemce" ostatnio przestaliśmy lać na deskę. Warto więc pamiętać, iż w całym
cywilizowanym świecie od prawie stu lat jest przyjęte, że jeśli w
pracy o charakterze naukowym cytuje się fragmenty cudzych
publikacji, to należy podać ich źródło. Szczególnie ostro
zasady tej przestrzega się w odniesieniu do rysunków, fotografii i tabel, w przypadku których trzeba wręcz prosić
właściciela praw autorskich o zgodę. Lwow w przedmowie, na
str.6 wyraźnie deklaruje intencję, by jego książka była
"(...) podręcznikiem dla początkujących i źródłem wiedzy dla
wszystkich zainteresowanych linami w ogóle (...)" i
rzeczywiście trudno zakwalifikować ją do innego gatunku niż
podręcznik czy popularna publikacja naukowa. A to już
zobowiązuje. Na ukochanym Zachodzie w razie niedochowania tej
zasady - biją. Nie tyle po łapach co po kieszeni, a książka
leci na przemiał.
W książce Lwowa wręcz roi się od rysunków obcego pochodzenia, dobrze znanych osobom oczytanym nawet nie w literaturze
fachowej - stricte, co w zeszycikach EDELRIDA i archiwalnych
"Taternikach" (w których nota bene źródło cytatu jest zawsze
podawane!). Myślę, że to faux pas nie wynikło ze złej woli
autora lecz z pozostawania w innym "kręgu kulturowym". Nie-
mniej jednak nie wiem co skłoniło autora do pominięcia informacji o źródle niektórych danych nawet tam, gdzie się o nie
aż prosi. Autor nigdzie nie oddziela wyraźnie informacji zaczerpniętej z folderów wydawanych przez producentów sprzętu
od wyników własnych badań wykonanych na politechnice. A szkoda, bo akurat do danych pozyskanych przez Alka Lwowa mam
znacznie więcej zaufania niż do wyników badań publikowanych
przez producentów czy nawet niektóre organizacje alpinistyczne, bowiem akurat on wolny jest od wszelkich układów
koniunkturalnych i marketingowych. Lwow niewątpliwie wykonał na Politechnice Wrocławskiej ogromną, rzetelną robotę i nie
rozumiem dlaczego ukrywa się pod enigmatycznymi słówkami
"wykonano", "zbadano", "stwierdzono" a już najgorzej wkurza mnie gdy
czytam w konkluzji: "przyjęto, że...". Kto? Gdzie? Kiedy?!
Jeszcze raz podkreślam: nie polemizuję z tym, co pochodzi z
pracy magisterskiej autora, inżyniera. Wdam się natomiast w
krytykę wypowiedzi autora - instruktora alpinizmu. A oto
lista moich zastrzeżeń merytorycznych uszeregowana mniej
więcej zgodnie z postępem lektury książki:
-
Lina bliźniacza zasadniczo różni się od liny podwójnej.
Różnica zasadza się jednak nie w tym, że lina bliźniacza
składa się z dwóch kawałków a podwójna z jednego,
złożonego na pół. Otóż liny te są testowane w zupełnie
różny sposób: w "podwójnej" bada się jedną żyłę rzucając
masę 55 kg, zaś "bliźniaczą" testuje się taką samą masą
jak linę pojedynczą (80kg), przy czym obciążane są
równocześnie dwie żyły. Zatem - lina bliźniacza, gdyby
użyć jej pojedynczo wykaże znacznie niższą wytrzymałość
statyczną od tak samo użytej liny podwójnej. Z książki nic
takiego jasno nie wynika. Natomiast zamieszczone opisy
tych dwóch rodzajów lin są komplementarne i byłoby dobrze
połączyć w jeden, generalnie odnoszący się do lin przewidzianych do użycia "dwużyłowego".
Bez sensu jest uszeregowanie typów lin przedstawione w
grafie na str. 10 i przyjęte w następstwie uszeregowanie
podrozdziałów - lina bliźniacza wymieniona jest na samym
końcu, za repsznurami i linami statycznymi, podczas gdy
jej miejsce - jeśli tworzyć jakąś systematykę - jest
dokładnie pomiędzy liną pojedynczą a podwójną.
-
W podrozdziale "Oznaczanie lin" brakuje informacji o
oznakowaniu lin bliźniaczych. W tym samym miejscu pojawia
się natomiast tajemniczy termin "maksymalny współczynnik
odpadnięcia" - bez żadnego odnośnika. W dalszym tekście, w
rozdziałach omawiających parametry lin i testy, próżno by
szukać wyjaśnienia tego terminu explicite.
-
Wiązanie liny bliźniaczej do uprzęży każdą żyłą osobno
nie jest "innym możliwym w praktyce i dopuszczalnym
sposobem" (str. 20) lecz zasadniczym i najrozsądniejszym.
-
Podrozdziały omawiające parametry wydłużeniowe liny
(str. 22-24) są rozwlekłe i nieczytelne. A wystarczyło by
autor wykorzystał swój własny artykuł opublikowany w
"Taterniku" nr 1/87 - nic dodać, nic ująć.
-
Stwierdzenie, że lina nie powinna być "nadto grubą, bo
klinuje się w przyrządach", jest chyba niesmacznym żartem.
Zawsze znajdziemy taką linę i taki przyrząd, które nie
będą prawidłowo współpracować (szczególnie zimą - te po-
klinowane płytki Stichta!), ale to przecież zupełnie inna
- bardzo ważna poniekąd - kwestia, której można by
poświęcić cały rozdział. Tego tematu akurat autor nie rozwinął.
-
Siła graniczna "(...) w żadnym razie nie ma przekroczyć
1200 kG" (str. 30). To nie tak. Siła graniczna nie może
przekroczyć 1200 kG tylko przy upadku masy 80 kg w przypadku liny pojedynczej lub bliźniaczej (prowadzonej
podwójnie) i tylko przy współczynniku odpadnięcia f=1,78.
Takie akurat warunki testowania wymyśliła sobie UIAA. Gdyby test został wykonany z użyciem większej masy lub
przy wyższym współczynniku odpadnięcia siła graniczna
będzie z zasady większa. Test faktycznie dotyczy przyspieszenia jakiemu poddane będzie ciało hamowane za pomocą
badanej liny w sytuacji, gdy jest ona sztywno zamocowana i
przewleczona przez ring w sposób zapewniający współczynnik
odpadnięcia 1,78. To przyspieszenie nie ma prawa przekroczyć 15g (g=9,81m/s2 ) jeśli lina ma zostać uznana za
nadającą się do asekuracji. Rejestrowana siła jest zjawiskiem
wtórnym - tyle, że łatwiej wyznaczalnym.
"Przedział czasu (...) nazywamy impulsem siły".
Wielkość fizyczna "impuls siły" nazywana jest obecnie
"popędem" i w najprostszym przypadku wyznaczana jest ze
wzoru: p= F*t [Ns]. Impuls jest więc funkcją czasu a nie
przedziałem czasu ( t). Zresztą w ogóle nie wiadomo po co
autor zabrnął w rozważania o "impulsie siły" - podrozdział
nie kończy się bowiem żadną konkluzją.
-
Wbrew kategorycznym twierdzeniom na str. 34 i 37 -
współczynnik odpadnięcia może, niestety, być większy od 2,
a już na pewno f=2 nie jest rzadkością. Przyjrzyjmy się
asekuracji stosowanej w skałkach, w sytuacjach gdy przelotem jest ring czy mocny spit, zaś "gleba" relatywnie
blisko. Czujny asekurujący jest w stanie w trakcie lotu partnera wybrać pewien odcinek liny celem skrócenia lotu - i
gotowe! Przykład z życia: lot z 4 m wprost znad stanowiska, bez przelotu, partner wybiera 1 m.
f = H/l = (2*4m-1m)/(4m-1m) = 2.33 (!)
-
Na str. 40 znajduje się zdanie zaiste niegodne osoby z
wykształceniem ścisłym. Cytuję je tu w całości nie bez
głębszego powodu: "W trakcie badań skoczków spadochronowych
stwierdzono, że ciało ludzkie jest w stanie przenieść -
bez istotnej szkody - przeciążenie równe piętnastokrotnej
jego masie". Niby wiadomo co chodzi, ale czemu inżynier
miesza ze sobą pojęcia masy, siły i przyspieszenia? Odpowiedź jest brutalna: otóż autorem tego zdanka wcale nie
jest inżynier Lwow tylko geograf Tadek Solicki, a jest ono
żywcem wzięte (i przy tym niesłusznie przykrojone) z jego
artykułu zamieszczonego w "Taterniku" nr 1/81. Fe.
W tym samym akapicie można przeczytać, że w praktyce nie
dochodzi na ogół do powstania siły takiej granicznej, jak
podczas testów, dlatego, że "przy badaniach laboratoryjnych symuluje się warunki skrajnie niekorzystne". Na czym
jednak ta "skrajna niekorzytność" polega? Na tym, że
f=1.78, "asekuracja" jest sztywna a promień "karabinka"
mierzy 5 mm? Na pewno nie. W praktyce bywa gorzej; np.
mało jest karabinków, które dawałyby tak korzystny promień
przegięcia liny. A jednak to prawda, że testowe 15g
występuje bardzo rzadko. Po prostu testy prowadzone są z
użyciem manekina nieporównywalnie mniej elastycznego niż
ciało rzeczywistego wspinacza. Ten bardzo ważny aspekt
udokumentowany przez Henryka Mierzejewskiego w "Taterniku"
nr 2/88, został całkowicie przemilczany w niniejszej
książce.
-
Omówienie wpływu przyrządów zaciskowych na wytrzymałość
lin jest dość pouczające, aczkolwiek wszystko wskazuje na
to, że autor opierał się tylko na jednym (własnym?) cyklu
eksperymentów. Być może nie wie nawet, że podobne badania (rozszerzone o analizę wpływu zabrudzenia piaskiem i gliną)
prowadzone były w Polsce kilka lat temu w środowisku speleologicznym a ich wyniki publikowane były chyba w
"Wiercicy". O ile pamiętam, ujawniły się wówczas spore różnice
pomiędzy poszczególnymi typami "małp" - najlepsze notowanie miały bodajże gibbsy. Szkoda, że autor nie dotarł do
tej publikacji i jej autorów. Myślę, że wówczas
znaleźlibyśmy więcej przekonywających danych i głębszą
konkluzję.
Natomiast ulokowanie historii śmiertelnego wypadku
J.Harlina (w wyniku pęknięcia poręczówki podczas jumarowania) jako przykładu niszczącego wpływu na linę akurat przy-
rządów zaciskowych, uważam za niesmaczną i niefachową spekulację: rok 1966 - nie te liny, nie te przyrządy no i
Eiger to nie Mnich.
-
Wbrew opinii autora, iż pokazany na rys. 46 "węzeł
oczkowy pojedynczy tylko w niewielkim stopniu obniża wytrzymałość pętli", twierdzę, akurat że taki węzeł może ją
zdecydowanie obniżyć, szczególnie gdy znajdzie się w specyficznej odległości od węzła głównego, natomiast rzeczywiście
należy go niekiedy zastosować, traktując jako zło konieczne.
-
"(...) stosowanie pasa Whillansa jest możliwe tylko w
połączeniu z pasem piersiowym" (str. 69). Otóż jest to
zupełnie niemożliwe z powodu szczegółów konstrukcyjnych,
co zresztą wyraźnie sygnalizuje producent na metce
naszytej na uprzęży. A że powoduje on urazy kręgosłupa, to
już inna sprawa...
Rysunek 51-5 na str. 72 pokazuje nie pas Whillansa lecz
uprząż typu "Libero".
-
Węzły. Tu treść książki zaczyna być po prostu
niebezpieczna. Od razu wyjaśniam, że wiadomości serwowane w tym
zakresie okazały się dla mnie na tyle sensacyjne, że
najpierw zgłupiałem, potem wystraszyłem, że wszystko
robiłem dotąd na opak, aż wreszcie, podczas szkolenia w
Betlejemce, poddałem je ostrej kolaudacji w gronie instruktorów PZA. Podparłem się literaturą fachową: z jednej
strony - publikacją nowoczesną, uznawaną dziś za najbardziej miarodajną, pt. "The Handbook of Climbing" - A.Fyfee
& I.Peter (c) 1990, z drugiej - historycznym już dziełem
lorda Powella "Scauting for boys" w tłumaczeniu Anrzeja
Małkowskiego (Lwów 1911). To nie żart. Właśnie ta książka
wielokrotnie wznawiana w okresie międzywojennym przesądziła
o polskim nazewnictwie węzłów stosowanych w taternictwie i
żeglarstwie. Szybko odzyskałem wiarę w słuszność własnej
wiedzy. Tak więc słów kilka o rekomendowanych przez Lwowa
węzłach:
-
Prawidłowy węzeł tatrzański skrajny to właśnie wersja
"B" z rys. 54 - ta, o której autor twierdzi, że jest nie-
zalecana. Skąd wytrzaśnięty został ten rzekomo lepszy wzór
"A"? Zamiast wdawać się w dywagacje mógłby autor chociaż
wspomnieć, że właśnie na bazie węzła skrajnego
tatrzańskiego można najłatwiej zaimprowizować niezawodną
uprząż piersiową z szelkami.
-
Węzeł płaski to nie to samo co węzeł tkacki. Takie
błędne utożsamienie już raz się pojawiło - w "Taterniku" nr
3/80. Nie znam źródła takiej pomyłki. Najbliższym
"krewnym" węzła tkackiego jest ... tatrzański skrajny. Cała
rzecz jednak w tym, że ani płaski ani tkacki nie powinny
być stosowane przez rozsądnego alpinistę (poza butami i
gaciami).
-
Cała strona poświęcona jest "kluczce", której używania
autor - słusznie - odradza już na wstępie.
-
Węzła zderzakowego pojedynczego z zasady się nie stosuje
w systemie asekuracyjnym.
-
Węzeł taśmowy nie jest "podstawowym sposobem (...)
łączenia lin o różnej grubości" (str. 83 i rys. 67). Liny
takie najbezpieczniej daje się połączyć tylko za pomocą
węzła rybackiego, ledwie wspomnianego w tekście. Węzeł
taśmowy akurat zupełnie się do tego celu nie nadaje.
-
Przedstawione na rys. 69 dwie odmiany "ósemki do
łączenia lin", z których jedna jest rzekomo lepsza, to
dokładnie ten sam węzeł (sic!). Liny rzeczywiście można
dwojako łączyć węzłem ósemkowym - i rys. 69 przedstawia
jedną z tych metod. Druga - szczególnie godna polecenia do
łączenia lin zjazdowych i zawiązywania pętli osobistych
(do autoratownictwa) polega na takim złożeniu lin, by
wolne końce wychodziły równolegle obok siebie z jednej
strony węzła. Jest to węzeł chyba najłatwiejszy do
zawiązania.
-
"Węzeł blokujący" posiada prawdziwą nazwę: flagowy.
Warto by było pokazać jak się go wiąże na karabinku, przy
asekuracji z ósemki czy płytki. Węzeł flagowy zawiązany w
sposób pokazany na rys. 72 nie ma istotnego zastosowania w alpinizmie. Najczęściej jest elementem blokującym
półwyblinkę.
-
Półwyblinka. Mamy tu do czynienia z ciężkim
nieporozumieniem. W całej książce autor uporczywie forsuje nieprawidłowy sposób ułożenia półwyblinki na karabinku. Proszę
zwrócić uwagę, że na wszystkich (!) rysunkach, od str. 20
począwszy lina wybiegająca wewnątrz karabinka ma tendencję
do opierania się o zamek. Słuszności takiego modelu
półwyblinki ma ilustrować rys. 74 na str. 88. Jest to
bardzo pouczający przykład, tyle że ... na coś zupełnie
innego. Otóż pólwyblinka na rys. 74-1 założona jest
prawidłowo ale na niewłaściwy karabinek. Rysunek ten
świetnie ilustruje, dlaczego nie wolno używać półwyblinki
na karabinku D-kształtnym, a właściwie - na jakimkolwiek
innym, niż "gruszka", czyli HMS. Niestety autorowi ten
aspekt umknął, za to pobrnął on w swoim błędzie na tyle
uparcie, że nawet "poprawił" przekalkowany prawdopodobnie
z "Taternika" 1/83 rysunek S.Lassmanna (rys. 84 - tu oczywiście Lassmann incognito). Do tego rysunku jeszcze
powrócę, bo sam w sobie stanowi niezłą perełkę.
-
Węzły zaciskowe. Nie wiem co miał autor na myśli pisząc,
że węzeł Prusika "posiada wiele wad i jest niemal zupełnie
wyparty (...)". Znam natomiast jego dwie unikatowe zalety:
- można go łatwo zawiązać jedną ręką,
- działa jednakowo skutecznie w obu kierunkach.
Poza tym widzę, że jest powszechnie stosowany na Wschodzie
i Zachodzie.
Jeśli idzie o autoasekurację podczas zjazdu, to jestem
sceptycznie nastawiony do skuteczności wszelkich węzełków
na karabinkach (rys. 75-A,B,C) - za dużo tu elementów
poślizgowych i jeszcze ta łapa ciągnąca karabinek, który
musi zostać puszczony wolno w chwili utraty kontroli nad
zjazdem. To niezgodne z instynktem.
Rysunki 75-D i 75-E nie przedstawiają tego węzła, który
w Polsce nosi nazwę "warkoczyk" (a szkoda bo jest to węzeł
godny eksponowania - działa jak Shunt!). Szczególnie nie-
pokoi mnie obrazek 75-E-a: uczono mnie takiego węzła, ale
"do góry nogami"; nazywa się on wtedy stoperem. Co gorsza,
zwracano mi uwagę, że w pozycji odwrotnej (czyli takiej,
jak na rys.) węzeł po prostu nie zadziała. Spróbowałem -
nie działał.
-
Na rysunku 77 przedstawiony jest "flaszencug", w którym
elementem blokującym jest węzeł garda. Nie jest to
rozwiązanie typowe - bezpieczniej zastosować węzeł bloker
(nie omówiony w ogóle); bloker umożliwia zmianę systemu
wyciągania z "flaszencuga" na "przeciwwagę". Rzeźba ściany
nieraz do tego zmusza.
-
Tabela 5 na str. 93 zawiera niewiadomego pochodzenia dane
o wytrzymałości węzłów znacznie odbiegające od tego, co
mogę znaleźć w materiałach prywatnych i należących do COS-
PZA (np. dane kluczki czy zderzakowego uważam za rażąco
zawyżone). Ponadto struktura tej informacji
jest moim zdaniem pozbawiona sensu: na podstawie tej tabelki
nie da się np. porównać dwóch węzłów wcześniej
polecanych do łączenia liny z uprzężą - skrajnego i
ósemki, ponieważ jeden zbadany został w układzie pętli a
drugi jako łącznik lin.
-
W rozdziale o zasadach asekuracji autor reprezentuje
"szkołę" Pita Schuberta, czyli postuluje asekurację
wyłącznie "z haka". Nie zamierzam tu rozwiać wielkiej
polemiki. Zwracam tylko uwagę, że w świetle badań
dynamicznych przeprowadzonych przez H. Mierzejewskiego do
doktryny Schuberta warto podchodzić z rozsądną rezerwą.
Z ostatniego akapitu na str. 103, można się dowiedzieć,
że człowiek na stanowisku jest "w stanie utrzymać
obciążenie od 80 (...) do ledwie 40 kG" - zależnie od kierunku działania. Jest to punkt widzenia typowy dla
Schu
berta. Nie przyjmuje się do wiadomości, że ciało
asekurującego działające jako masa bezwładna "targana" na
stanowisku odbiera całkiem znaczną część energii z układu
asekuracyjnego - co potwierdzają badania wykonane przez
Mierzejewskiego. Natomiast jeśli punkt asekuracyjny nie
jest ringiem, to nigdy nie wiadomo, czy jego nośność jest
dostateczna do wychwycenia każdego lotu. Podane przez autora wartości siły (40-80 kG) nie oznaczają, że siła
większa zabija asekurującego. Przeciążenie po prostu
wytrąca go z równowagi ("wyrywa ze stanowiska") i w
następstwie powoduje obciążenie punktów autoasekuracyjnych. Wychodząc z założenia, że większą tragedią od
stelepania faceta na stanowisku jest opuszczenie ściany
przez zespół wraz ze stanowiskiem i wszystkimi klamotami,
Komisja Szkoleniowa PZA przyjęła zasadę, że nauczamy od-
dolnej asekuracji - nie "z haka" lecz "z ciała". Wyjątkiem
są drogi lodowe. "Z haka" ubezpieczamy tylko idącego "na
drugiego", przy czym wolno robić to właściwie tylko z
półwyblinki, a nie - jak za Wolfgangiem Naritz'em (prawdo-
podobnie) powtarza Lwow - z ósemki (str. 108).
I jeszcze jedno: to co w literaturze nazywane jest "asekuracją Z haka" w praktyce może pozostawać bardzo bliskie
"asekuracji z ciała". Pokazane na rys. 82 samonastawne systemy stanowiskowe, przy założeniu, że asekurujący wpięty
jest prawidłowo, tj. krótkim autem do punktu centralnego,
pobudzają do zastanowienia: czy to Jest jeszcze asekuracja
"z haka" ?
Teraz o wspomnianym wcześniej "poprawionym" rysunku 84.
Przedstawienie stanowiska ze śrub lodowych w formie takiej, jak na rysunku
dowodzi, że ani Lassmann, ani Lwow
nigdy nie próbowali zastosować go w praktyce. Proszę nie
wierzyć, że efektywna asekuracja oddolna jest możliwa tylko wtedy, gdy "auto" wpięte jest wraz z przyrządem do
punktu centralnego i jest on obciążany w dół ciężarem asekurującego.
-
Rysunek 85 i cała spekulacja na temat zależności
współczynnika odpadnięcia od nachylenia zbocza (str. 103),
mają źródło w zagubieniu sensu definicji współczynnika odpadnięcia. Powtórzmy ją:
WO lub f = H/L , gdzie L jest długością pracującego odcinka liny, zaś H jest długością lotu w sensie grawitacyjnym,
czyli liczoną w pionie (!) a nie długością jazdy po zboczu. Inna sprawa. że praktyczny wniosek co do zasady
asekuracji na zboczach lodowych, pomimo bezsensownych założeń,
został sformułowany prawidłowo.
-
Rozdział o przyrządach asekuracyjnych:
-
Skąd autor wziął dane o aż tak niskich siłach hamujących
(szczególnie dla ósemki). Nie kwestionuję tych informacji
ale potrzebuję znać źródło danych tak drastycznie różniących
się od powszechnie dostępnych.
-
Przyrząd pokazany na rys. 91 nie jest "uniwersalną płytką
Stichta". Uniwersalna płytka Stichta ma dwa różne otwory -
każdy do innej średnicy liny i służy w zasadzie do asekuracji jednożyłowej (alternatywnie). Naszkicowana płytka
nie jest nawet klasyczną płytką Stichta (ma nerkowate a
nie owalne otwory) a przeznaczona jest ewidentnie do asekuracji dwużyłowej na linie o ściśle określonej średnicy
- napis "9mm or 11mm ROPE" jest tu nieporozumieniem.
-
Na stronie 110 zdanie "Nie zapominaj... o zabezpieczaniu
węzłami końca liny podczas zjazdu oraz o autoasekuracji..."
zilustrowane jest dwoma obrazkami, zdaje się przekalkowanymi
z katalogu Edelrida. To szczyt bezkrytyczności. Rys 94 pokazuje bowiem człowieka zjeżdżającego akurat bez autoasekuracji
i do tego po linie z nieprawidłowo zawiązanym końcem. Dwa
niezależne węzły na końcu każdej z żył niczego nie zabezpieczają i gwarantuję, że bez trudu przelecą (kolejno!) przez
ósemkę. Jedyne co metoda taka może przynieść, to zapomnienie
o likwidacji węzła przy ściąganiu liny a w następstwie solidne
kłopoty... Rys. 95 opatrzony właściwym komentarzem mógłby
ilustrować jak nie należy trzymać łapy na węźle zaciskowym,
ale tu ma on pełnić zgoła inną rolę...
Ostatnie moje uwagi dotyczyć będą języka publikacji. Jest
on tak "nierówny", jakby pisały to dwie zupełnie obce kulturowo osoby. Czym tłumaczy pojawianie się pomiędzy
akapitami eleganckich, logicznych zdań, takich oto "perełek"
nowomowy:
"Zjawisko to jest niekorzystne i uciążliwe z praktycznego
punktu widzenia" - to o splątaniach liny, albo -
"Prawidłowe stosowanie pętli jest korzystne i ze wszech
miar godne polecenia" .
Reasumując ośmielam się stwierdzić iż źle się stało, że książka
"Liny alpinistyczne" w takiej oto postaci trafiła na rynek księgarski.
Myślę, że liczba usterek merytorycznych całkowicie dyskwalifikuje ją
jako podręcznik dla taternickiej młodzieży. Mało tego - obawiam się
powielania błędnych schematów i dużych, dodatkowych trudów w pracy
instruktorskiej. Niełatwo będzie przekonać gorliwego kursanta,
że akurat to czy tamto, czego sam wyuczył się z nowego "podręcznika"
jest błędne. Zarżnięta została okazja do wydania bardzo ciekawej i
wartościowej publikacji. Szkoda, że autor nie zadał sobie fatygi
przedstawienia tej książki do recenzji w PZA gdy była jeszcze w fazie
rękopisu. Jeśli pisze się książkę z zamiarem, by stała się ona
"podręcznikiem dla początkujących" (str.6), warto zadbać by jej treść
nie wprowadzała zamieszania. Nie znalazłem w stopce wydawniczej
informacji o wielkości nakładu. Mam nadzieję, że nie jest wielki.
Zachęcam autora by rychło doprowadził do drugiej, poprawionej edycji.
Marek Pokszan
|