![]() |
|
|
![]() Szkoła Alpinizmu “W PIONIE” ma swoją siedzibę w Warszawie ale bazą jest zagroda szanownej pani Stachowej w Rzędkowicach (Jura krakowsko – częstochowska). To tam zaczęła się moja wspinaczkowa przygoda. Ogranicza się ona co prawda na razie tylko do czasu kursu, ale zaszczepiła we mnie to coś zwane bakcylem... wiem jedno – trzeba teraz przypakować, zadbać o dietę i na wiosnę ruszyć pełną parą w skałki jurajskie. Na pewno zacznę od Rzędkowic ! Miejsce ma super atmosferę a bar świetne jedzenie (made by p. Stachowa) – no i w skałki dosłownie rzut kamieniem. Jest 27 września 1997 roku. Cała historia zaczęła się dla mnie w chwili wyjścia z pociągu w Zawierciu. Na stanowisku 12 (do Rzędkowic) PKS mimo późnej pory dość spory tłumek. Część ludzi wygląda oczywiście odpowiednio – kolorowe spodnie, polarki, texy itp. Od razu czuję się w klimacie wspinaczkowo – górskim. 20 minut jazdy i zostaję sam na wiejskiej drodze. Jednakże jedyny świecący punkt to tablica baru “U Stacha” – więc kieruję się w tym kierunku. Trafiam oczywiście pod właściwy adres. Gospodarze przyjmują mnie bardzo serdecznie i przyjaźnie. Zaraz poznaję “boss’ów” czyli instruktorów. Są nimi, znani (a jakże) w środowisku – Szczepan Głogowski i Stefan Stefański. Obaj od razu przechodzą na “ty” i okazują się super komunikatywnymi i świetnymi ludźmi. Cóż pora późna więc nie namyślając się dużo kładę się spać z niepokojem ale i z podnieceniem oczekując co przyniesie sobota – czyli dzień pierwszy. Wszystko zaczyna się od standardowego powitania i przedstawienia się uczestników. Zostaje rozdany sprzęt, dzielimy się na zespoły dwójkowe i ruszamy w skałki. Sobota – skałki obwieszone maniakami pionowego szaleństwa. Trudno znaleźć miejsce na rozpoczęcie przygody. Szczepan (bo do jego grupy trafiłem) oprowadza nas najpierw po terenie działania. Jak ja zapamiętam te wszystkie nazwy – myślę. Po krótkim teoretycznym wstępie podchodzimy pod Słoneczną Turnię, wdziewamy nasze “pantofelki” i zaczynamy od tzw. Dolnego Trawersu. Po drodze dość szybko dochodzimy do starej prawdy – że aby się wspinać trzeba pracować więcej głową jak rękami. Szczególnie objawia się to przy pokonywaniu przewieszki, gdzieś w środku trawersu. Muszę przyznać że nie przygotowałem się specjalnie kondycyjnie i teraz czuję to od razu w rękach. Zbułowałem się nieco, a to dopiero początek... Po tej krótkiej rozgrzewce idziemy nauczyć się najprostszego sposobu asekuracji i wspinaczki jakim jest wspinanie na wędkę (TR). Jako poligon doświadczalny służy nam Turnia Kursantów i prościutkie dwójki i trójki. Uczymy się zasad zakładania wędki, asekuracji z "ósemki", kubka i płytki Stichta. Pokonujemy swoje pierwsze drogi w górę... nie jest źle, trochu takie bardzo strome schodki. Pierwsza radość z przejścia kawałka skały jest wielka. Mimo wszystko. Jak wielki opór ma w sobie człowiek kiedy w pewnym momencie trzeba powierzyć swoje zdrowie i życie drugiemu człowiekowi i sprzętowi. Pierwsze opuszczanie na wędce przez partnera też przynosi pewne doświadczenia. Potem jest już coraz lepiej i swobodniej. Mimo że to dopiero pierwszy raz to bardzo szybko człowiek się przyzwyczaja, do skały, do liny do towarzyszącego niebezpieczeństwa. Zakończenie dnia to dwie IV na zegarowej turni. Jedna z nich daje mi w kość. Nie robię jej tego dnia. Ręce mi siadły... Wstyd trochę no ale co robić. Za to na drugi dzień, na świeżo robię ją bez problemów. Porachunki wyrównane! Drugi dzień jest dość ciężki z uwagi na dużą ilość teorii asekuracji jaką wpakował nam do głów Szczepan. No ale przydało się i bardzo szybko okazało się że wszystko nie jest takie proste jak się zdaje. Wykład był potrzebny. Poznaliśmy więc budowę stanowisk asekuracyjnych, rodzaje kości do asekuracji, haki, expresy i cały ten szpej. Potem przyszła kolej na wypróbowanie nowo zdobytych umiejętności. Złoiliśmy więc z prowadzeniem znane nam z dnia poprzedniego proste drogi na Turni Kursantów. Kolejne dni to pokonywanie coraz to trudniejszych dróg, nauka coraz to nowych technik i ciągłe zdobywanie przeróżnego typu wiedzy zarówno teoretycznej jak i praktycznej. Jednakże szkoła "W PIONIE" to nie tylko nauka. To także rodzaj filozofii, spojrzenia na życie, połączenia ludzi we wspólnej pionowej pasji jaką jest wspinaczka. Zajęcia owe wiadomości nie kończą się na skałkach. Praktycznie cały czas Szczepan wpajał nam zasady postępowania przyjęte w górach. Uczulił na wiele spraw związanych w szczególności z bezpieczeństwem w górach, z odpowiedzialnością za siebie i partnera... Oprócz zajęć terenowych uczestniczyliśmy także w wykładzie na temat topografii Tatr Polskich, a także w pokazie slajdów z kursu tatrzańskiego i samych Tatr. Wszystkie te informacje były później egzekwowane na egzaminie końcowym. Myślę że jest to naprawdę świetny pomysł. Oczywiście nie każdy musi być i znać Tatry, ale myślę że wstyd nie wiedzieć podstawowych rzeczy. Dlatego nie wycofanie tego działu ze szkolenia uważam za świetne posunięcie. W "pionowej" szkole mają miejsce także inne atrakcje. Symulacje odpadnięć (tzw. ćwiczenia z oponami), zajęcia z technik linowych w stodole, a także zjazd do jaskini i nocne zjazdy w skałkach. Naprawdę są to fascynujące dodatki, które urozmaicają życie kursanta i dostarczają nowych, niesamowitych przeżyć. Jako że byłem w grupie Szczepana muszę i chciałbym napomknąć o specjalnej niespodziance jaką nam przygotował. Otóż w celach ogólno poznawczych i rozwojowych wybraliśmy się aż do Podzamcza. Nie wiem jakim cudem udało nam się wejść w 5 osób z plecakami do firmowego "pionowego malucha" ale niespodziankowa wizyta w podzamczu stała się faktem. Niestety pogoda nie dopisała i przy ćwiczeniu zjazdów na Cima'ch mieliśmy prawdziwie górską pogodę - cholernie mocny wiatr i zacinający deszcz poprzetykany gradem. Miodzik. W związku z tym nie podziałaliśmy zbytnio wspinaczkowo. Chociaż nawet udało mi się zaliczyć pierwszy lot... Jednym słowem mam w Podzamczu niezłe porachunki z pewną V na Lalce... Drugiemu zespołowi z naszego teamu udało się zrobić inną piątkę na sąsiedniej pale skalnej. Zdążyli zjechać w ostatniej chwili przed paskudną, gradową nawałnicą. Jednym słowem dzień był naprawdę pełen wrażeń, mimo niewielkich osiągnięć wspinaczkowych. Po drodze z Podzamcza zahaczyliśmy jeszcze o Podlesice (inną Mekkę wspinaczkową). Dzień upłynął naprawdę wspaniale, a na sam koniec Szczepan pstryknął fotkę swego życia. I tak w końcu nadszedł dzień ostatni - dzień egzaminu. Co poniektórzy wzięli sobie to naprawdę mocno do serca - tym bardziej że nagrodą za I miejsce była koszulka (z autografami, he, he, he...), około 7:00 obudziły mnie głosy pod oknem (interpretacja autora): - "Współczynnikiem odpadnięcia nazywamy stosunek..." - "Czekaj, jakie to były zworniki na Gąsienicowej ???!!!" - "Siła jaką wytrzymuje karabinek ...." itd, itp... Zakląłem sobie szpetnie i naciągnąłem śpiwór jak najdalej na uszy aby choć jeszcze tą godzinkę pozostać w objęciach Morfeusza. Na szczęście "maniacy" wiedzy zmyli się spod naszych okien... Zauważyć tu trzeba że owi osobnicy w normalny dzień byli nie do obudzenia na zajęcia o godzinie 9:00 ... Cóż ta wiedza robi z ludźmi...(Pozdrawiam Marcina i Jarka) Egzamin oczywiście nie był trudny (nie podam pytań, nie ma tak dobrze...), i zaraz po napisaniu wybraliśmy się w skały. A zadanie przed nami było niemałe. Do zrobienia dwie drogi. Mi i mojemu partnerowi Radkowi przypadła w udziale piękna droga - V Słoneczny Trawers. Drogę zrobiliśmy trzema wyciągami. Pierwszy raz tak naprawdę wykorzystaliśmy swą praktyczną wiedzę o teorii asekuracji i budowie stanowisk. Ostatecznie była cały czas ekspozycja, wiszące stanowiska, czekanie na partnera, zmiana na stanowisku itp, itd. Swoją drogę skończyliśmy szczęśliwie i ostatniej chwili przed okropnym deszczem. Potem były jeszcze zjazdy z przesiadką na póle i do domu. Koniec. Trochę odpoczynku, omówienie egzaminu, wyniki i rozdanie świadectw. Oczywiście wszyscy zdali. Koszulkę zdobył nasz kolega Grzesiek (gratulacje!!!), a na moim świadectwie widniała ocena 4 (db) i byłem mimo wszystko z siebie dumny. Na koniec była oczywiście impreza w barze u p.Stachowej i ten temat przemilczę dyskretnie... Na kursie poznałem naprawdę fantastycznych ludzi i mam nadzieję że się spotkamy w Rzędkach na wiosnę. Pozdrawim: Maxa, Marcina, Jarka (jeszcze raz), Andrzeja, Grześka, Pawła i na końcu tego z którym los związał mnie liną - Radka. Do zobaczenia. I ostatnie słowo - JEDŹCIE DO "PIONU" - CZEKA WAS TAM NAPRAWDĘ FANTASTYCZNA PRZYGODA I WSPANIALI LUDZIE!!! SZCZEPAN I STEFAN - POZDRAWIAM WAS SERDECZNIE I DO ZOBACZENIA W SKAŁACH. | |||
|
|
|
|